Konrad Wallenrod — I
Z Maryjenburskiej wieży zadzwoniono,Działa zagrzmiały, w bębny uderzono:Dzień uroczysty w krzyżowym zakonie;Zewsząd komtury do stolicy śpieszą,Kędy, zebrani w kapituły gronie,Wezwawszy Ducha Świętego, uradzą,Na czyich piersiach wielki krzyż zawieszą,I w czyje ręce wielki miecz oddadzą.Na radach spłynął dzień jeden i drugi,Bo wielu mężów staje do zawodu,A wszyscy równie wysokiego rodu,I wszystkich równe w zakonie zasługi;Dotąd powszechna między bracią zgodaNad wszystkich wyżej stawi Wallenroda.
On cudzoziemiec, w Prusach nieznajomy,Sławą napełnił zagraniczne domy;Czy Maurów ścigał na kastylskich górach,Czy Ottomana przez morskie odmęty,W bitwach na czele, pierwszy był na murach,Pierwszy zahaczał pohańców okręty;I na turniejach, skoro wstąpił w szranki,Jeżeli raczył przyłbicę odsłonić,Nikt się nie ważył na ostre z nim gonić,Pierwsze mu zgodnie ustępując wianki.
Nietylko między krzyżowemi rotyWsławił orężem młodociane lata,Zdobią go wielkie chrześcijańskie cnoty:Ubóstwo, skromność i pogarda świata.
Konrad nie słynął w przydwornym naciskuGładkością mowy, składnością ukłonów,Ani swej broni dla podłego zyskuNie przedał w służbę niezgodnych baronów.Klasztornym murom wiek poświęcił młody,Wzgardził oklaski i górne urzędy;Nawet zacniejsze i słodsze nagrody,Minstrelów hymny i piękności względy,Nie przemawiały do zimnego ducha.Wallenrod pochwał obojętnie słucha,Na kraśne lica pogląda zdaleka,Od czarującej rozmowy ucieka.
Czy był nieczułym, dumnym z przyrodzenia,Czy stał się z wiekiem, — bo, choć jeszcze młody,Już włos miał siwy i zwiędłe jagody,Napiętnowane starością cierpienia —Trudno odgadnąć: zdarzały się chwile,W których zabawy młodzieży podzielał,Nawet niewieścich gwarów słuchał mile,Na żarty dworzan żartami odstrzelał,I sypał damom grzecznych słówek krocieZ zimnym uśmiechem, jak dzieciom łakocie.Były to rzadkie chwile zapomnienia;I wkrótce lada słówko obojętne,Które dla drugich nie miało znaczenia,W nim obudzało wzruszenia namiętne;Słowa: ojczyzna, powinność, kochanka,O krucyjatach i o Litwie wzmianka,
Nagle wesołość Wallenroda truły;Słysząc je, znowu odwracał oblicze,Znowu na wszystko stawał się nieczuły,I pogrążał się w dumy tajemnicze.Może, wspomniawszy świętość powołania,Sam sobie ziemskich słodyczy zabrania?Jedne znał tylko przyjaźni słodycze,Jednego tylko wybrał przyjaciela,Świętego cnotą i pobożnym stanem:Był to mnich siwy, zwano go Halbanem.On Wallenroda samotność podziela;On był i duszy jego spowiednikiem,On był i serca jego powiernikiem.Szczęśliwa przyjaźń! świętym jest na ziemi,Kto umiał przyjaźń zabrać ze świętemi.
Tak naczelnicy zakonnej obradyRozpamiętują Konrada przymioty;Ale miał wadę, — bo któż jest bez wady?Konrad światowej nie lubił pustoty,Konrad pijanej nie dzielił biesiady.Wszakże, zamknięty w samotnym pokoju,Gdy go dręczyły nudy lub zgryzoty,Szukał pociechy w gorącym napoju;I wtenczas zdał się wdziewać postać nową,Wtenczas twarz jego, bladą i surową,Jakiś rumieniec chorowity krasił;I wielkie, niegdyś błękitne źrenice,Które czas nieco skaził i przygasił,Ciskały dawnych ogniów błyskawice;Z piersi żałosne westchnienie ucieka,I łzą perłową nabrzmiewa powieka,Dłoń lutni szuka, usta pieśni leją,Pieśni, nucone cudzoziemską mową,
Lecz je słuchaczów serca rozumieją.Dosyć usłyszeć muzykę grobową,Dosyć uważać na śpiewaka postać;W licach pamięci widać natężenie,Brwi podniesione, pochyłe wejrzenie,Chcące z głębiny ziemnej coś wydostać;Jakiż być może pieśni jego wątek?Zapewne myślą, w obłędnych pogoniach,Ściga swą młodość na przeszłości toniach. —Gdzież dusza jego? — W krainie pamiątek.
Lecz nigdy ręka, w muzycznym zapędzie,Z lutni weselszych tonów nie dobędzie;I lica jego niewinnych uśmiechówZdają się lękać, jak śmiertelnych grzechów.Wszystkie uderza struny pokolei,Prócz jednej struny — prócz struny wesela.Wszystkie uczucia słuchacz z nim podziela,Oprócz jednego uczucia — nadziei.
Nieraz go bracia zeszli niespodzianie,I nadzwyczajnej dziwili się zmianie.Konrad zbudzony zżymał się i gniewał,Porzucał lutnię i pieśni nie śpiewał;Wymawiał głośno bezbożne wyrazy,Coś Halbanowi szeptał pokryjomu,Krzyczał na wojska, wydawał rozkazy,Straszliwie groził, niewiadomo komu.Trwożą się bracia, — stary Halban siada,I wzrok zatapia w oblicze Konrada,Wzrok przenikliwy, chłodny i surowy,Pełen jakowejś tajemnej wymowy.Czy coś wspomina, czyli coś doradza,Czy trwogę w sercu Wallenroda budzi,
Zaraz mu chmurne czoło wypogadza,Oczy przygasza i oblicze studzi.Tak na igrzysku, kiedy lwów dozorca,Sprosiwszy pany, damy i rycerze,Rozłamie kratę żelaznego dworca,Da hasło trąbą; wtem królewskie zwierzęGrzmi z głębi piersi, strach na widzów pada;Jeden dozorca kroku nie poruszy,Spokojnie ręce na piersiach zakłada,I lwa potężnie uderzy — oczyma,Tym nieśmiertelnej talizmanem duszyMoc bezrozumną na uwięzi trzyma.