Lis i kozieł (1915)

Adam Bernard Mickiewicz (1798–1855)

Już był w ogródku, już witał się z gąską,kiedy skok robiąc wpadł w beczkę wkopanągdzie wodę zbierano.Ani pomyśleć o wyskoczeniu,chociaż wody nie było i nawet nie grząsko:studnia na półczwarta łokcia,Za wysokie progina lisie nogi:zrąb tak gładki, że nigdzie ni wścibić paznokcia.Postaw się teraz w tego lisa położeniu!inny zwierz pewno załamałby łapyi bił się w chrapy,wołając gromu, ażeby go dobił.Nasz lis takich głupstw nie robił.Wie, że rozpaczać jestto złe przydawać do zła.Zaczem maca wkoło zębem,a patrzy w górę. Jakoż wkrótce ujrzał kozła,stojącego tuż nad zrębemi patrzącego z ciekawością w studnię.Lis wnet spuścił pysk na dno, udając, że pije:cmoka mocno, głośno chłepcei tak sam do siebie szepce:»Oto mi woda! Takiej, nie piłem jak żyje«smak lodu, a czysta cudnie!Chce mi się całemu spłukać,ale mi ją szkoda zbrukać,szkoda!

bo co też to za woda!!!...«Kozioł, który tam właśnie przyszedł wody szukać»Ej — krzyknął z góry — ej ty ryży kudła!wara od źródła!«I hop w dół. Lis mu na kark, a z karku na rogi,a z rogów na zrąb i — w nogi!