Pan Tadeusz — Księga czwarta: Dyplomatyka i łowy

Adam Bernard Mickiewicz (1798–1855)

Rówienniki litewskich wielkich kniaziów, drzewaBiałowieży, Świtezi, Ponar, Kuszelewa!Których cień spadał niegdyś na koronne głowyGroźnego Witenesa, wielkiego Mindowy,5I Giedymina, kiedy na Ponarskiej górze,

Przy ognisku myśliwskiem, na niedźwiedziej skórzeLeżał, słuchając pieśni mądrego Lizdejki,A Wilii widokiem i szumem WilejkiUkołysany, marzył o wilku żelaznym,10I zbudzony, za bogów rozkazem wyraźnymZbudował miasto Wilno, które w lasach siedzi,Jak wilk pośrodku żubrów, dzików i niedźwiedzi!Z tego to miasta Wilna, jak z rzymskiej wilczycy,Wyszedł Kiejstut i Olgierd i Olgierdowicy,15Równie myśliwi wielcy jak sławni rycerze,Czyli wroga ścigali, czyli dzikie zwierzę.Sen myśliwski nam odkrył tajnie przyszłych czasów:Że Litwie trzeba zawsze żelaza i lasów.Knieje! do was ostatni przyjeżdżał na łowy20Ostatni król, co nosił kołpak Witoldowy,Ostatni z Jagiellonów wojownik szczęśliwy,I ostatni na Litwie monarcha myśliwy.Drzewa moje ojczyste! jeśli Niebo zdarzy,Bym wrócił was oglądać, przyjaciele starzy,25Czyli was znajdę jeszcze? czy dotąd żyjecieWy, koło których niegdyś pełzałem jak dziecię?...Czy żyje wielki Baublis, w którego ogromieWiekami wydrążonym, jakby w dobrym domie,Dwunastu ludzi mogło wieczerzać za stołem?

30Czy kwitnie gaj Mendoga pod farnym kościołem?I tam na Ukrainie, czy się dotąd wznosiPrzed Hołowińskich domem nad brzegami RosiLipa tak rozrośniona, że pod jej cieniamiSto młodzieńców, sto panien, szło w taniec parami?

35Pomniki nasze! ileż co rok was pożeraKupiecka, lub rządowa, moskiewska siekiera!Nie zostawia przytułku ni leśnym śpiewakom,Ni wieszczom, którym cień wasz tak miły, jak ptakom.Wszak lipa Czarnolaska, na głos Jana czuła,40Tyle rymów natchnęła! wszak ów dąb gadułaKozackiemu wieszczowi tyle cudów śpiewa!

Ja ileż wam winienem, o domowe drzewa!Błahy strzelec, uchodząc szyderstw towarzyszyZa chybioną zwierzynę, ileż w waszej ciszy45Upolowałem dumań, gdy w dzikim ostępie,Zapomniawszy o łowach, usiadłem na kępie,A koło mnie srebrzył się tu mech siwobrody,Zlany granatem czarnej zgniecionej jagody,A tam się czerwieniły wrzosiste pagórki,50Strojne w brusznice, jakby w koralów paciorki.Wokoło była ciemność; gałęzie u góry

Wisiały, jak zielone gęste niskie chmury;Wicher kędyś nad sklepem szalał nieruchomym,Jękiem, szumami, wyciem, łoskotami, gromem:55Dziwny, odurzający hałas! Mnie się zdało,Że tam nad głową morze wiszące szalało.

Na dole, jak ruiny miast: tu wywrot dębuWysterka z ziemi nakształt ogromnego zrębu;Na nim oparte, jak ścian i kolumn obłamy,60Tam gałęziste kłody, tu wpół zgniłe tramy,Ogrodzone parkanem traw. W środek tarasuZajrzeć straszno: tam siedzą gospodarze lasu,Dziki, niedźwiedzie, wilki; u wrót leżą kościNapół zgryzione jakichś nieostrożnych gości.65Czasem wymkną się wgórę przez trawy zielenie,Jakby dwa wodotryski, dwa rogi jelenie,I mignie między drzewa zwierz żółtawym pasem,Jak promień, kiedy wpadłszy gaśnie między lasem.

I znowu cichość wdole. Dzięcioł na jedlinie70Stuka zlekka i dalej odlatuje, ginie,Schował się, ale dziobem nie przestaje pukać,Jak dziecko gdy schowane woła, by go szukać.Bliżej siedzi wiewiórka, orzech w łapkach trzyma,Gryzie go; zawiesiła kitkę nad oczyma,75Jak pióro nad szyszakiem u kirasyjera.Chociaż tak osłoniona, dokoła spoziera;Dostrzegłszy gościa, skacze gajów tanecznicaZ drzew na drzewa, miga się jako błyskawica;Nakoniec w niewidzialny otwór pnia przepada,

80Jak wracająca w drzewo rodzime dryjada.Znowu cicho.

Wtem gałąź wstrzęsła się trącona,I pomiędzy jarzębin rozsunione grona,Kraśniejsze od jarzębin zajaśniały lica:To jagód, lub orzechów zbieraczka, dziewica.85W krobeczce z prostej kory, podaje zebraneBrusznice świeże, jako jej usta rumiane;Obok młodzieniec idzie, leszczynę nagina,Chwyta wlot migające orzechy dziewczyna.

Wtem usłyszeli odgłos rogów i psów granie:90Zgadują, że się ku nim zbliża polowanie,I pomiędzy gałęzi gęstwę, pełni trwogi,Zniknęli nagle z oczu, jako leśne bogi.

W Soplicowie ruch wielki. Lecz ni psów hałasy,Ani rżące rumaki, skrzypiące kolasy,95Ni odgłos trąb, dających hasło polowania,Nie mogły Tadeusza wyciągnąć z posłania;Ubrany padłszy w łóżko, spał jak bobak w norze.Nikt z młodzieży nie myślił szukać go po dworze,Każdy sobą zajęty, śpieszył, gdzie kazano;100O towarzyszu sennym całkiem zapomniano.

On chrapał. Słońce w otwór, co śród okienicyWyrznięty był w kształt serca, wpadło do ciemnicy

Słupem ognistym prosto sennemu na czoło.On jeszcze chciał zadrzemać i kręcił się wkoło,105Chroniąc się blasku, nagle usłyszał stuknienie,Przebudził się. Wesołe było przebudzenie.Czuł się rzeźwym jak ptaszek, z lekkością oddychał,Czuł się szczęśliwym, sam się do siebie uśmiéchał:Myśląc o wszystkiem, co mu wczora się zdarzyło,110Rumienił się i wzdychał i serce mu biło.Spojrzał w okno: o dziwy! W promieni przezroczu,W owem sercu błyszczało dwoje jasnych oczu,Szeroko otworzonych, jak zwykle wejrzenieKiedy z jasności dziennej przedziera się w cienie.115Ujrzał i małą rączkę, niby wachlarz zbokuNadstawioną ku słońcu dla ochrony wzroku;Palce drobne, zwrócone na światło różowe,Czerwieniły się nawskróś jakby rubinowe.Usta widział ciekawe, roztulone nieco,120I ząbki, co jak perły śród koralów świecą,I lica, choć od słońca zasłaniane dłoniąRóżową, same całe jak róże się płonią.

Tadeusz spał pod oknem; sam ukryty w cieniu,Leżąc nawznak, cudnemu dziwił się zjawieniu,125I miał je tuż nad sobą, ledwie nie na twarzy,Nie wiedział, czy to jawa, czyli mu się marzyJedna z tych miłych jasnych twarzyczek dziecinnych,Które pomnim widziane we śnie lat niewinnych.Twarzyczka schyliła się: ujrzał, drżąc z bojaźni130I radości, niestety! ujrzał najwyraźniéj,Przypomniał, poznał włos ów krótki, jasnozłoty,W drobne, jako śnieg białe, zwity papiloty,Niby srebrzyste strączki, co od słońca blaskuŚwiecił się, jak korona na Świętych obrazku.

135Zerwał się, i widzenie zaraz uleciałoPrzestraszone łoskotem; czekał, nie wracało!Tylko usłyszał znowu trzykrotne stukanieI słowa: „Niech Pan wstaje, czas na polowanie,Pan zaspał“. Skoczył z łóżka i obu rękami140Pchnął okienicę, że aż trzasła zawiasami,I rozwarłszy się w obie uderzyła ściany;Wyskoczył, patrzył wkoło, zdumiony, zmieszany,Nic nie widział, nie dostrzegł niczyjego śladu.Niedaleko od okna był parkan od sadu,145Na nim chmielowe liście i kwieciste wieńceChwiały się; czy je lekkie potrąciły ręce?Czy wiatr ruszył? Tadeusz długo patrzył na nie,Nie śmiał iść w ogród; tylko wsparł się na parkanie,Oczy podniósł, i z palcem do ust przyciśnionym150Kazał sam sobie milczeć, by słowem kwapionémNie rozerwał myślenia; potem w czoło stukał,Niby do wspomnień dawnych, uśpionych w niem pukał,Nakoniec, gryząc palce, do krwi się zadrasnął,I na cały głos: „dobrze, dobrze mi tak!“ wrzasnął.

155We dworze, gdzie przed chwilą tyle było krzyku,Teraz pusto i głucho, jak na mogilniku:Wszyscy ruszyli w pole. Tadeusz nadstawiłUszu, i ręce do nich jak trąbki przyprawił,Słuchał, aż mu wiatr przyniósł, wiejący od puszczy,160Odgłosy trąb i wrzaski polującej tłuszczy.

Koń Tadeusza czekał w stajni osiodłany,Wziął więc flintę, skoczył nań, i jak opętany

Pędził ku karczmom, które stały przy kaplicy,Kędy mieli się rankiem zebrać obławnicy.

165Dwie chyliły się karczmy po dwóch stronach drogi,Oknami wzajem sobie grożące jak wrogi;Stara należy z prawa do zamku dziedzica,Nową na złość zamkowi postawił Soplica.W tamtej, jak w swem dziedzictwie, rej wodził Gerwazy,170W tej najwyższe za stołem brał miejsce Protazy.

Nowa karczma nie była ciekawa z pozoru.Stara, wedle dawnego zbudowana wzoru,Który był wymyślony od tyryjskich cieśli,A potem go Żydowie po świecie roznieśli,175Rodzaj architektury, obcym budowniczymWcale nieznany; my go od Żydów dziedziczym.

Karczma zprzodu jak korab’, ztyłu jak świątynia:Korab’, istna Noego czworogranna skrzynia,Znany dziś pod prostackiem nazwiskiem stodoły;180Tam różne są zwierzęta: konie, krowy, woły,Kozy brodate; w górze zaś ptastwa gromady,I płazów choć po parze, są też i owady.Część tylna, nakształt dziwnej świątyni stawiona,Przypomina z pozoru ów gmach Salomona,185Który pierwsi ćwiczeni w budowań rzemieśleHiramscy na Syjonie wystawili cieśle.Żydzi go naśladują dotąd we swych szkołach,A szkół rysunek widny w karczmach i stodołach.

Dach z dranic i ze słomy, spiczasty, zadarty,190Pogięty jako kołpak żydowski podarty.Ze szczytu wytryskują krużganku krawędzie,Oparte na drewnianym licznych kolumn rzędzie.Kolumny, co jest wielkie architektów dziwo,Trwałe, chociaż wpół zgniłe i stawione krzywo,195Jako w wieży pizańskiej, nie podług modelówGreckich, bo są bez podstaw i bez kapitelów.Nad kolumnami biega wpółokrągłe łuki,Także z drzewa, gotyckiej naśladowstwo sztuki.Z wierzchu ozdoby sztuczne, nie rylcem, nie dłótem,200Ale zręcznie ciesielskim wyrzezane sklutem,Krzywe, jak szabasowych ramiona świeczników;Na końcu wiszą gałki, coś nakształt guzików,Które Żydzi, modląc się, na łbach zawieszają,I które po swojemu cyces nazywają.205Słowem, zdaleka karczma chwiejąca się, krzywa,Podobna jest do Żyda, gdy się modląc kiwa:Dach jak czapka, jak broda strzecha roztrząśniona,Ściany dymne i brudne jak czarna opona,A zprzodu rzeźba sterczy, jak cyces na czole.

210W środku karczmy jest podział, jak w żydowskiej szkole:Jedna część, pełna izbic ciasnych i podłużnych,Służy dla dam wyłącznie i panów podróżnych;W drugiej ogromna sala. Koło każdej ścianyCiągnie się wielonożny stół wąski, drewniany,

215Przy nim stołki, choć niższe, podobne do stoła,Jako dzieci do ojca.

Na stołkach dokołaSiedziały chłopy, chłopki, tudzież szlachta drobna,Wszyscy rzędem; ekonom sam siedział zosobna.Po rannej mszy z kaplicy, że była niedziela,220Zabawić się i wypić przyszli do Jankiela.Przy każdym już szumiała siwą wódką czarka,Ponad wszystkimi z butlą biegała szynkarka.W środku arendarz Jankiel, w długim aż do ziemiSzarafanie, zapiętym haftkami srebrnemi,225Rękę jedną za czarny pas jedwabny wsadził,Drugą poważnie sobie siwą brodę gładził;Rzucając wkoło okiem, rozkazy wydawał,Witał wchodzących gości, przy siedzących stawał,Zagajając rozmowę, kłótliwych zagadzał,230Lecz nie służył nikomu, tylko się przechadzał.Żyd stary i powszechnie znany z poczciwości,Od lat wielu dzierżawił karczmę, a nikt z włości,Nikt ze szlachty nie zaniósł nań skargi do dworu.O cóż skarżyć? Miał trunki dobre do wyboru,235Rachował się ostrożnie, lecz bez oszukaństwa,Ochoty nie zabraniał, nie cierpiał pijaństwa,Zabaw wielki miłośnik: u niego weseleI chrzciny obchodzono, on w każdą niedzielęKazał do siebie ze wsi przychodzić muzyce,240Przy której i basetla była i kozice.

Muzykę znał, sam słynął muzycznym talentem;Z cymbałami, narodu swego instrumentem,Chadzał niegdyś po dworach i graniem zdumiewał

I pieśniami, bo biegle i uczenie śpiewał.245Chociaż Żyd, dosyć czystą miał polską wymowę,Szczególniej zaś polubił pieśni narodowe,Przywoził mnóstwo z każdej za Niemen wyprawy:Kołomyjek z Halicza, mazurów z Warszawy;Wieść, nie wiem, czyli pewna, w całej okolicy250Głosiła, że on pierwszy przywiózł z zagranicyI upowszechnił wówczas, w tamecznym powiecie,Ową piosenkę, sławną dziś na całym świecie,A którą po raz pierwszy na ziemi AuzonówWygrały Włochom polskie trąby legijonów.255Talent śpiewania bardzo na Litwie popłaca,Jedna miłość u ludzi, wsławia i wzbogaca;Jankiel zrobił majątek; syt zysków i chwały,Zawiesił dźwięcznostrunne na ścianie cymbały;Osiadłszy z dziećmi w karczmie, zatrudniał się szynkiem,260Przytem w pobliskiem mieście był też podrabinkiem,A zawsze miłym wszędzie gościem i domowymDoradcą; znał się dobrze na handlu zbożowym,Na wicinnym; potrzebna jest znajomość takaNa wsi. — Miał także sławę dobrego Polaka.

265On pierwszy zgodził kłótnie, często nawet krwawe,Między dwiema karczmami: obie wziął w dzierżawę;Szanowali go równie i starzy stronnicyHoreszkowscy i słudzy sędziego Soplicy.On sam powagę umiał utrzymać nad groźnym

270Klucznikiem Horeszkowskim i kłótliwym Woźnym;Przed Jankielem tłumili dawne swe urazy,Gerwazy groźny ręką, językiem Protazy.

Gerwazego nie było; ruszył na obławę,Nie chcąc, aby tak ważną i trudną wyprawę275Odbył sam Hrabia, młody i niedoświadczony;Poszedł więc z nim dla rady, tudzież dla obrony.

Dziś miejsce Gerwazego, najdalsze od progu,Między dwiema ławami, w samym karczmy rogu,Zwane pokuciem, kwestarz ksiądz Robak zajmował;280Jankiel go tam posadził. Widać, że szanowałWysoko bernardyna, bo skoro dostrzegałUbytek w jego szklance, natychmiast podbiegałI rozkazał dolewać lipcowego miodu.Słychać, że z bernardynem znali się zamłodu,285Kędyś tam w cudzych krajach. Robak często chadzałNocą do karczmy, tajnie z Żydem się naradzałO ważnych rzeczach; słychać było, że towaryKsiądz przemycał, lecz potwarz ta niegodna wiary.

Robak, wsparty na stole, wpółgłośno rozprawiał,290Tłum szlachty go otaczał i uszy nadstawiał,I nosy ku księdzowskiej chylił tabakierze;Brano z niej, i kichała szlachta jak moździerze.

„Reverendissime — rzekł kichnąwszy Skołuba —To mi tabaka, co to idzie aż do czuba!

295Od czasu jak nos dźwigam (tu głasnął nos długi),Takiej nie zażywałem (tu kichnął raz drugi),Prawdziwa bernardynka, pewnie z Kowna rodem,Miasta sławnego w świecie tabaką i miodem,Byłem tam lat już...“ — Robak przerwał mu: „Na zdrowie300Wszystkim Waszmościom, moi Mościwi Panowie!Co się tabaki tyczy, hem, ona pochodziZ dalszej strony, niż myśli Skołuba dobrodziej,Pochodzi z Jasnej Góry. Księża paulinowieTabakę taką robią w mieście Częstochowie,305Kędy jest obraz tylu cudami wsławiony,Bogarodzicy Panny, Królowej KoronyPolskiej; zowią ją dotąd i Księżną Litewską!Koronęć jeszcze dotąd piastuje królewską,Lecz na Litewskiem Księstwie teraz syzma siedzi!“310„Z Częstochowy? — rzekł Wilbik — byłem tam w spowiedzi,Kiedym na odpust chodził lat temu trzydzieście.Czy to prawda, że Francuz gości teraz w mieście,Że chce kościół rozwalać, i skarbiec zabierze?Bo to wszystko w Litewskim stoi Kuryjerze?“315„Nieprawda — rzekł bernardyn — nie! Pan NajjaśniejszyNapoleon, katolik jest najprzykładniejszy.Wszak go Papież namaścił, żyją z sobą w zgodzieI nawracają ludzi w francuskim narodzie,

Który się trochę popsuł. Prawda, z Częstochowy320Oddano wiele srebra na skarb narodowyDla Ojczyzny, dla Polski; sam Pan Bóg tak każe,Skarbcem Ojczyzny zawsze są Jego ołtarze.Wszakże w Warszawskiem Księstwie mamy sto tysięcyWojska polskiego, może wkrótce będzie więcéj,325A któż wojsko opłaci? czy nie wy Litwini?Wy tylko grosz dajecie do moskiewskiej skrzyni“.„Kat by dał — krzyknął Wilbik — gwałtem od nas biorą“.„Oj, Dobrodzieju! — chłopek ozwał się z pokorą,Pokłoniwszy się księdzu i skrobiąc się w głowę —330Już to szlachcie, to jeszcze bieda przez połowę,Lecz nas drą, jak na łyka“... „Cham! — Skołuba krzyknął —Głupi, tobieć to lepiej, tyś chłopie przywyknął,Jak węgorz do odarcia, lecz nam urodzonym,Nam wielmożnym, do złotych swobód wzwyczajonym!335Ach, bracia! wszak to dawniej szlachcic na zagrodzie...(„Tak, tak — krzyknęli wszyscy — równy wojewodzie!“)Dziś nam szlachectwa przeczą, każą nam drabowaćPapiery, i szlachectwa papierem probować“.„Jeszcze Waszeci mniejsza — zawołał Juraha —340Waszeć z pradziadów chłopów uszlachcony szlacha;Ale ja, z kniaziów! Pytać u mnie o patenta,Kiedym został szlachcicem? sam Bóg to pamięta!Niechaj Moskal w las idzie pytać się dębiny,Kto jej dał patent rosnąć nad wszystkie krzewiny?“

345„Kniaziu — rzekł Żagiel — świeć Waść baki lada komu,Tu znajdziesz pono mitry i w niejednym domu“.„Waść ma krzyż w herbie — wołał Podhajski — to skrytaAluzyja, że w rodzie bywał neofita“.„Fałsz! — przerwał Birbasz — przecież ja z tatarskich hrabiów350Pochodzę, a mam krzyże nad herbem Korabiów“.„Poraj — krzyknął Mickiewicz — z mitrą w polu złotem,Herb książęcy, Stryjkowski gęsto pisze o tem“.

Zaczem wielkie powstały w całej karczmie szmery.Ksiądz bernardyn uciekł się do swej tabakiery,355Wkolej częstował mówców; gwar zaraz ucichnął,Każdy zażył przez grzeczność i kilkakroć kichnął.Bernardyn, korzystając z przerwy, mówił daléj:„Oj, wielcy ludzie od tej tabaki kichali!Czy uwierzycie Państwo, że z tej tabakiery,360Pan jenerał Dąbrowski zażył razy cztery?“„Dąbrowski?“ zawołali. „Tak, tak, on, jenerał.Byłem w obozie, gdy on Gdańsk Niemcom odbierał;Miał coś pisać; bojąc się, ażeby nie zasnął,Zażył, kichnął, dwakroć mię po ramieniu klasnął:365Księże Robaku, mówił, księże bernardynie,Obaczymy się Litwie, może nim rok minie;

Powiedz Litwinom, niech mnie czekają z tabakąCzęstochowską, nie biorę innej, tylko taką“.

Mowa księdza wzbudziła takie zadziwienie,370Taką radość, że całe huczne zgromadzenieMilczało chwilę; potem napół ciche słowaPowtarzano: „Tabaka z Polski? Częstochowa?Dąbrowski? z ziemi włoskiej?...“ Aż nakoniec razem,Jakby myśl z myślą, wyraz sam zbiegł się z wyrazem,375Wszyscy [wraz] jednogłośnie, jak na dane hasło,Krzyknęli: „Dąbrowskiego!“ wszystko razem wrzasło,Wszystko się uścisnęło: chłop z tatarskim hrabią,Mitra z Krzyżem, Poraje z Gryfem i z Korabią;Zapomnieli wszystkiego, nawet bernardyna,380Tylko śpiewali, krzycząc: „Wódki, miodu, wina!“

Długo się przysłuchiwał ksiądz Robak piosence,Nakoniec chciał ją przerwać; wziął w obiedwie ręceTabakierkę, kichaniem melodyją zmieszał,I nim się nastroili, tak mówić pośpieszał:385„Chwalicie mą tabakę, Mości Dobrodzieje,Obaczcież, co się wewnątrz tabakierki dzieje!“Tu, wycierając chustką zabrudzone denko,Pokazał malowaną armiją, maleńkąJak rój much; w środku jeden człowiek na rumaku,390Wielki jako chrząszcz siedział, pewnie wódz orszaku;Spinał konia, jak gdyby chciał skakać w niebiosa,Jedną rękę na cuglach, drugą miał u nosa.„Przypatrzcie się, — rzekł Robak — tej groźnej postawie;Zgadnijcie, czyja?“ — Wszyscy patrzyli ciekawie, —395„Wielki to człowiek, cesarz, ale nie Moskali,

Ich carowie tabaki nigdy nie bierali...“„Wielki człowiek — zawołał Cydzik — a w kapocie?Ja myśliłem, że wielcy ludzie chodzą w złocie,Bo u Moskalów lada jenerał, Mospanie,400To tak świeci się w złocie, jak szczupak w szafranie“.„Ba — przerwał Rymsza — przecież widziałem zamłoduKościuszkę, naczelnika naszego narodu:Wielki człowiek! a chodził w krakowskiej sukmanie,To jest czamarce.“ — „W jakiej czamarce, Mospanie?405— Odparł Wilbik — to przecież zwano taratatką“.„Ale tamta z fręzlami, ta jest całkiem gładką“ —Krzyknął Mickiewicz. Zatem wszczynały się swaryO różnych taratatki kształtach i czamary.

Przemyślny Robak, widząc, że się tak rozpryska410Rozmowa, jął ją znowu zbierać do ogniska,Do swojej tabakiery; częstował, kichali,Życzyli sobie zdrowia, on rzecz ciągnął daléj:„Gdy cesarz Napoleon w potyczce zażywaRaz po raz, to znak pewny, że bitwę wygrywa.415Naprzykład pod Austerlic: Francuzi tak staliZ armatami, a na nich biegła ćma Moskali,Cesarz patrzył i milczał. Co Francuzi strzelą,To Moskale pułkami jak trawa się ścielą;Pułk za pułkiem cwałował i spadał z kulbaki,420Co pułk spadnie, to cesarz zażyje tabaki.Aż wkońcu Aleksander ze swoim braciszkiemKonstantym i z niemieckim cesarzem FranciszkiemW nogi z pola; więc cesarz widząc, że po walce,

Spojrzał na nich, zaśmiał się i otrząsnął palce.425Otóż, jeśli kto z Panów, coście tu przytomni,Będzie w wojsku cesarza, niech to sobie wspomni“.

„Ach — zawołał Skołuba — mój Księże Kwestarzu!Kiedyż to będzie? Wszak to, ile w kalendarzuJest świąt, na każde święto Francuzów nam wróżą!430Wygląda człek, wygląda, aż się oczy mrużą,A Moskal, jak nas trzymał, tak trzyma za szyję.Pono nim słońce wnidzie, rosa oczy wyje“.

„Mospanie — rzekł bernardyn — babska rzecz narzekać,A żydowska rzecz, ręce założywszy, czekać,435Nim kto w karczmę zajedzie i do drzwi zapuka.Z Napoleonem pobić Moskalów nie sztuka.Jużci on Szwabom skórę trzy razy wymłócił,Brzydkie Prusactwo zdeptał, Anglików wyrzuciłHet za morze, Moskalom zapewne wygodzi;440Ale co stąd wyniknie, wie Asan Dobrodziéj?Oto szlachta litewska wtenczas na koń wsiędzieI szable weźmie, kiedy bić się z kim nie będzie;Napoleon, sam wszystkich pobiwszy, nareszciePowie: obejdę się ja bez was, kto jesteście?445Więc nie dość gościa czekać, nie dość i zaprosić,Trzeba czeladkę zebrać i stoły pownosić,A przed ucztą potrzeba dom oczyścić z śmieci,Oczyścić dom, powtarzam, oczyścić dom, dzieci!“

Nastąpiło milczenie, potem głosy w tłumie:450„Jakżeto dom oczyścić? jak to Ksiądz rozumie?

Jużci my wszystko zrobim, na wszystko gotowi,Tylko niech Ksiądz Dobrodziej jaśniej się wysłowi“.

Ksiądz poglądał za okno, przerwawszy rozmowę;Ujrzał coś ciekawego, z okna wytknął głowę,455Po chwili rzekł powstając: „Dziś czasu nie mamy;Potem o tem obszerniej z sobą pogadamy.Jutro będę dla sprawy w powiatowem mieście,I do Waszmościów z drogi zajadę po kweście“.

„Niech też do Niehrymowa Ksiądz na nocleg zdąży460— Rzekł Ekonom — rad będzie Księdzu pan Chorąży;Wszakże na Litwie stare powiada przysłowie:Szczęśliwy człowiek, jako kwestarz w Niehrymowie!“„I do nas — rzekł Zubkowski — wstąp, jeżeli łaska;Znajdzie się tam półsztuczek płótna, masła faska,465Baran lub krówka; wspomnij Księże na te słowa:Szczęśliwy człowiek, trafił jak ksiądz do Zubkowa“.„I do nas“, — rzekł Skołuba. „Do nas — Terajewicz —Żaden bernardyn głodny nie wyszedł z Pucewicz“.Tak cała szlachta prośbą i obietnicami470Przeprowadziła księdza; on już był za drzwiami.

On już pierwej przez okno ujrzał Tadeusza,Który leciał gościńcem, w cwał, bez kapelusza,Z głową schyloną, bladem, posępnem obliczem,A konia ustawicznie bódł i kropił biczem.475Ten widok bardzo księdza bernardyna zmieszał;Więc za młodzieńcem kroki szybkiemi pośpieszał,

Do wielkiej puszczy, która, jako oko sięga,Czerniła się na całym brzegu widnokręga.

Któż zbadał puszcz litewskich przepastne krainy,480Aż do samego środka, do jądra gęstwiny?Rybak ledwie u brzegów nawiedza dno morza;Myśliwiec krąży koło puszcz litewskich łoża,Zna je ledwie po wierzchu, ich postać, ich lice,Lecz obce mu ich wnętrzne serca tajemnice.485Wieść tylko albo bajka wie, co się w nich dzieje.Bo gdybyś przeszedł bory i podszyte knieje,Trafisz w głębi na wielki wał pniów, kłód, korzeni,Obronny trzęsawicą, tysiącem strumieniI siecią zielsk zarosłych, i kopcami mrowisk,490Gniazdami os, szerszeniów, kłębami wężowisk.Gdybyś i te zapory zmógł nadludzkiem męstwem,Dalej spotkać się z większem masz niebezpieczeństwem:Dalej co krok czyhają, niby wilcze doły,Małe jeziorka, trawą zarosłe napoły,495Tak głębokie, że ludzie dna ich nie dośledzą,(Wielkie jest podobieństwo, że djabły tam siedzą).Woda tych studni sklni się, plamista rdzą krwawą,A z wnętrza ciągle dymi, zionąc woń plugawą,Od której drzewa wkoło tracą liść i korę;500Łyse, skarłowaciałe, robaczliwe, chore,Pochyliwszy konary mchem kołtunowate,I pnie garbiąc, brzydkiemi grzybami brodate,iedzą wokoło wody, jak czarownic kupa,Grzejąca się nad kotłem, w którym warzą trupa.

505Za temi jeziorkami, już nietylko krokiem,Ale daremnie nawet zapuszczać się okiem,

Bo tam już wszystko mglistym zakryte obłokiem,Co się wiecznie ze trzęskich oparzelisk wznosi.A za tą mgłą nakoniec (jak wieść gminna głosi)510Ciągnie się bardzo piękna, żyzna okolica,Główna królestwa zwierząt i roślin stolica.W niej są złożone wszystkich drzew i ziół nasiona,Z których się rozrastają na świat ich plemiona;W niej, jak w arce Noego, z wszelkich zwierząt rodu515Jedna przynajmniej para chowa się dla płodu.W samym środku (jak słychać) mają swoje dwory:Dawny tur, żubr i niedźwiedź, puszcz imperatory.Około nich, na drzewach, gnieździ się ryś bystry,I żarłoczny rosomak, jak czujne ministry;520Dalej zaś, jak podwładni szlachetni wasale,Mieszkają dziki, wilki i łosie rogale;Nad głowami sokoły i orłowie dzicy,Żyjący z pańskich stołów, dworscy zausznicy.Te pary zwierząt główne i patryjarchalne,525Ukryte w jądrze puszczy, światu niewidzialne,Dzieci swe ślą dla osad za granicę lasu,A sami we stolicy używają wczasu;Nie giną nigdy bronią sieczną ani palną,Lecz starzy umierają śmiercią naturalną.530Mają też i swój smętarz, kędy bliscy śmierci,Ptaki składają pióra, czworonogi sierci.Niedźwiedź, gdy, zjadłszy zęby, strawy nie przeżuwa,

Jeleń zgrzybiały, gdy już ledwie nogi suwa,Zając sędziwy, gdy mu już krew w żyłach krzepnie,535Kruk, gdy już posiwieje, sokół, gdy oślepnie,Orzeł, gdy mu dziób stary tak się w kabłąk skrzywi,Że zamknięty na wieki już gardła nie żywi,Idą na smętarz; nawet mniejszy zwierz, ranionyLub chory, bieży umrzeć w swe ojczyste strony.540Stądto w miejscach dostępnych, kędy człowiek gości,Nie znajdują się nigdy martwych zwierząt kości.Słychać, że tam w stolicy, między zwierzętamiDobre są obyczaje, bo rządzą się sami;Jeszcze cywilizacją ludzką nie popsuci,545Nie znają praw własności, która świat nasz kłóci,Nie znają pojedynków, ni wojennej sztuki.Jak ojce żyły w raju, tak dziś żyją wnuki,Dzikie i swojskie razem, w miłości i zgodzie,Nigdy jeden drugiego nie kąsa, ni bodzie.550Nawet gdyby tam człowiek wpadł, chociaż niezbrojny,Toby środkiem bestyi przechodził spokojny;Oneby nań patrzyły tym wzrokiem zdziwienia,Jakim w owym ostatnim, szóstym dniu stworzeniaOjce ich pierwsze, co się w ogrójcu gnieździły,555Patrzyły na Adama, nim się z nim skłóciły.Szczęściem człowiek nie zbłądzi do tego ostępu,Bo Trud i Trwoga i Śmierć bronią mu przystępu.

Czasem tylko w pogoni zaciekłe ogary,Wpadłszy niebacznie między bagna, mchy i jary,560Wnętrznej ich okropności rażone widokiemUciekają, skowycząc, z obłąkanym wzrokiem;I długo potem ręką pana już głaskane,Drżą jeszcze u nóg jego strachem opętane.Te puszcz stołeczne, ludziom nieznane tajniki565W języku swoim strzelcy zowią: „Mateczniki!“

Głupi niedźwiedziu! gdybyś w mateczniku siedział,Nigdyby się o tobie Wojski nie dowiedział.Ale czyli pasieki zwabiła cię wonność,Czy uczułeś do owsa dojrzałego skłonność:570Wyszedłeś na brzeg puszczy, gdzie się las przerzedził,I tam zaraz leśniczy bytność twą wyśledził,I zaraz obsaczniki, chytre nasłał szpiegi,By poznać, gdzie popasasz i gdzie masz noclegi.Teraz Wojski z obławą, już od matecznika575Postawiwszy szeregi, odwrót ci zamyka.

Tadeusz się dowiedział, że niemało czasuJuż przeszło, jak ogary wpadły w otchłań lasu.Cicho. — Próżno myśliwi natężają ucha;Próżno, jak najciekawszej mowy, każdy słucha580Milczenia, długo w miejscu nieruchomy czeka:Tylko muzyka puszczy gra do nich zdaleka.Psy nurtują po puszczy jak pod morzem nurki,A strzelcy, obróciwszy do lasu dwururki,Patrzą Wojskiego: ukląkł, ziemię uchem pyta;

585Jako w twarzy lekarza wzrok przyjaciół czytaWyrok życia lub zgonu miłej im osoby,Tak strzelcy, ufni w sztuki Wojskiego sposoby,Topili w nim spojrzenia nadziei i trwogi.„Jest! jest!“ — wyrzekł półgłosem, zerwał się na nogi.590On słyszał! oni jeszcze słuchali — nareszcieSłyszą: jeden pies wrzasnął, potem dwa, dwadzieście,Wszystkie razem ogary rozpierzchnioną zgrająDoławiają się, wrzeszczą, wpadły na trop, grają,Ujadają. Już nie jest to powolne granie595Psów goniących zająca, lisa albo łanię,Lecz wciąż wrzask krótki, częsty, ucinany, zjadły;To nie na ślad daleki ogary napadły,Na oko gonią — nagle ustał krzyk pogoni,Doszli zwierza. Wrzask znowu, skowyt; zwierz się broni600I zapewne kaleczy: śród ogarów graniaSłychać coraz to częściej jęk psiego konania.

Strzelcy stali, i każdy ze strzelbą gotowąWygiął się jak łuk naprzód z wciśnioną w las głową.Nie mogą dłużej czekać! Już ze stanowiska605Jeden za drugim zmyka i w puszczę się wciska,Chcąc pierwsi spotkać zwierza: choć Wojski ostrzegał,Choć Wojski stanowiska na koniu obiegał,Krzycząc, że, czy kto prostym chłopem, czy paniczem,Jeżeli z miejsca zejdzie, dostanie w grzbiet smyczem!610Nie było rady! Wszyscy pomimo zakazuW las pobiegli. Trzy strzelby huknęły odrazu;Potem wciąż kanonada, aż głośniej nad strzałyRyknął niedźwiedź i echem napełnił las cały.Ryk okropny boleści, wściekłości, rozpaczy!

615Za nim wrzask psów, krzyk strzelców, trąby dojeżdżaczyGrzmiały ze środka puszczy. Strzelcy — ci w las śpieszą,Tamci kurki odwodzą, a wszyscy się cieszą;Jeden Wojski w żałości, krzyczy, że chybiono.Strzelcy i obławnicy poszli jedną stroną620Na przełaj zwierza, między ostępem i puszczą,A niedźwiedź, odstraszony psów i ludzi tłuszczą,Zwrócił się nazad w miejsca mniej pilnie strzeżone,Ku polom, skąd już zeszły strzelce rozstawione,Gdzie tylko pozostali z mnogich łowczych szyków625Wojski, Tadeusz, Hrabia z kilką obławników.

Tu las był rzadszy. Słychać z głębi ryk, trzask łomu.Aż z gęstwy, jak z chmur, wypadł niedźwiedź nakształt gromu;Wkoło psy gonią, straszą, rwą; on wstał na nogiTylne i spojrzał wkoło, rykiem strasząc wrogi,630I przedniemi łapami to drzewa korzenie,To pniaki osmalone, to wrosłe kamienieRwał, waląc w psów i w ludzi; aż wyłamał drzewo,Kręcąc niem jak maczugą, na prawo, na lewo,Runął wprost na ostatnich strażników obławy,635Hrabię i Tadeusza. Oni bez obawyStoją w kroku, na zwierza wytknęli flint rury,Jako dwa konduktory w łono ciemnej chmury;Aż oba, jednym razem, pociągnęli kurki,(Niedoświadczeni!) razem zagrzmiały dwururki:

640Chybili. Niedźwiedź skoczył: oni tuż utkwionyOszczep jeden chwycili czterema ramiony,Wydzierali go sobie. Spojrzą, aż tu z pyskaWielkiego, czerwonego, dwa rzędy kłów błyskaI łapa z pazurami już się na łby spuszcza:645Pobledli, wtył skoczyli i, gdzie rzadnie puszcza,Zmykali. Zwierz za nimi wspiął się, już pazuryZahaczał, chybił, podbiegł, wspiął się znów do góry,I czarną łapą sięgał Hrabiego włos płowy.Zdarłby mu czaszkę z mózgów jak kapelusz z głowy,650Gdy Asesor z Rejentem wyskoczyli z boków,A Gerwazy biegł z przodu o jakie sto kroków,Z nim Robak, choć bez strzelby, — i trzej w jednej chwili,Jak gdyby na komendę, razem wystrzelili.Niedźwiedź wyskoczył wgórę, jak kot przed chartami,655I głową nadół runął, i czterma łapamiPrzewróciwszy się młyńcem, cielska krwawe brzemięWaląc tuż pod Hrabiego, zbił go z nóg na ziemię.Jeszcze ryczał, chciał jeszcze powstać, gdy nań wsiadłyRozjuszona Strapczyna i Sprawnik zajadły.

660Natenczas Wojski chwycił na taśmie przypiętySwój róg bawoli, długi, centkowany, krętyJak wąż boa; oburącz do ust go przycisnął,Wzdął policzki jak banię, w oczach krwią zabłysnął,Zasunął wpół powieki, wciągnął w głąb pół brzucha,665I do płuc wysłał z niego cały zapas ducha,I zagrał. Róg jak wicher, niewstrzymanym dechemNiesie w puszczę muzykę i podwaja echem.Umilkli strzelcy, stali szczwacze, zadziwieni

Mocą, czystością, dziwną harmoniją pieni.670Starzec cały kunszt, którym niegdyś w lasach słynął,Jeszcze raz przed uszami myśliwców rozwinął;Napełnił wnet, ożywił knieje i dąbrowy,Jakby psiarnię w nią wpuścił i rozpoczął łowy.Bo w graniu była łowów historyja krótka:675Zrazu odzew dźwięczący, rześki: to pobudka;Potem jęki po jękach skomlą: to psów granie;A gdzieniegdzie ton twardszy jak grzmot: to strzelanie.

Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało,Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało.

680Zadął znowu. Myśliłbyś, że róg kształty zmieniałI że w ustach Wojskiego to grubiał, to cieniał,Udając głosy zwierząt: to raz, w wilczą szyjęPrzeciągając się, długo, przeraźliwie wyje;Znowu, jakby w niedźwiedzie rozwarłszy się gardło,685Ryknął; potem beczenie żubra wiatr rozdarło.

Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało,Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało.Wysłuchawszy rogowej arcydzieło sztuki,Powtarzały je dęby dębom, bukom buki.

690Dmie znowu: jakby w rogu były setne rogi,Słychać zmieszane wrzaski szczwania, gniewu, trwogi,Strzelców, psiarni i zwierząt; aż Wojski dogóryPodniósł róg, i triumfu hymn uderzył w chmury.

Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało,

695Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało.Ile drzew, tyle rogów znalazło się w boru,Jedne drugim pieśń niosą jak z choru do choru.I szła muzyka coraz szersza, coraz dalsza,Coraz cichsza i coraz czystsza, doskonalsza,700Aż znikła gdzieś daleko, gdzieś na niebios progu!

Wojski obiedwie ręce odjąwszy od roguRozkrzyżował; róg opadł, na pasie rzemiennymChwiał się. Wojski z obliczem nabrzmiałem, promienném,Z oczyma wzniesionemi stał jakby natchniony,705Łowiąc uchem ostatnie znikające tony.A tymczasem zagrzmiało tysiące oklasków,Tysiące powinszowań i wiwatnych wrzasków.

Uciszono się zwolna, i oczy gawiedziZwróciły się na wielki, świeży trup niedźwiedzi.710Leżał krwią opryskany, kulami przeszyty,Piersiami w gęszczę trawy wplątany i wbity;Rozprzestrzenił szeroko przednie krzyżem łapy,Dyszał jeszcze, wylewał strumień krwi przez chrapy,Otwierał jeszcze oczy, lecz głowy nie ruszy.715Pjawki Podkomorzego dzierżą go pod uszy,Z lewej strony Strapczyna, a z prawej zawisałSprawnik i, dusząc gardziel, krew czarną wysysał.

Zaczem Wojski rozkazał kij żelazny włożyćPsom między zęby i tak paszczęki roztworzyć.720Kolbami przewrócono nawznak zwierza zwłoki,I znów trzykrotny wiwat uderzył w obłoki.

„A co! — krzyknął Asesor, kręcąc strzelby rurą —A co? fuzyjka moja? Górą nasi, górą!

A co? fuzyjka moja? Niewielka ptaszyna,725A jak się popisała! To jej nie nowina,Nie puści ona na wiatr żadnego ładunku,Od książęcia Sanguszki mam ją w podarunku“.Tu pokazywał strzelbę przedziwnej roboty,Choć maleńką, i zaczął wyliczać jej cnoty.730„Ja biegłem — przerwał Rejent otarłszy pot z czoła —Biegłem tuż za niedźwiedziem; a pan Wojski woła:Stój na miejscu! Jak tam stać? Niedźwiedź w pole wali,Rwąc z kopyta jak zając coraz daléj, daléj,Aż mi ducha nie stało, dobiec ni nadziei.735Aż spojrzę, w prawo sadzi, a tu rzadko w kniei...Jak też wziąłem na oko, postójże marucha!Pomyśliłem, — i basta: ot, leży bez ducha!Tęga strzelba, prawdziwa to Sagalasówka,Napis: Sagalas London à Bałabanówka“.740(Sławny tam mieszkał ślusarz Polak, który robiłPolskie strzelby, ale je po angielsku zdobił).

„Jakto — parsknął Asesor — do kroćset niedźwiedzi!To to niby Pan zabił? Co też to Pan bredzi?“„Słuchajno — odparł Rejent — tu, Panie, nie śledztwo,745Tu obława; tu wszystkich weźmiem na świadectwo“.

Więc kłótnia między zgrają wszczęła się zawzięta;Ci stronę Asesora, ci brali Rejenta.O Gerwazym nie wspomniał nikt, bo wszyscy biegli

Z boków i co się zprzodu działo, nie postrzegli.750Wojski głos zabrał: „Teraz jest przynajmniej za co,Bo to, Panowie, nie jest ów szarak ladaco,To niedźwiedź; tu już nie żal poszukać odwetu,Czy szerpentyną, czyli nawet z pistoletu.Spór wasz trudno pogodzić, więc dawnym zwyczajem,755Na pojedynek nasze pozwolenie dajem.Pamiętam, za mych czasów, żyło dwóch sąsiadów,Oba ludzie uczciwi, szlachta z prapradziadów,Mieszkali po dwóch stronach nad rzeką Wilejką,Jeden zwał się Domejko a drugi Dowejko.760Do niedźwiedzicy oba razem wystrzelili:Kto zabił, trudno dociec; strasznie się kłócili,I przysięgli strzelać się przez niedźwiedzią skórę:To mi to po szlachecku prawie rura w rurę.Pojedynek ten wiele narobił hałasu;765Pieśni o nim śpiewano za owego czasu.Ja byłem sekundantem; jak się wszystko działo,Opowiem od początku historyją całą...“

Nim Wojski zaczął mówić, Gerwazy spór zgodził.On niedźwiedzia z uwagą dokoła obchodził;770Nareszcie dobył tasak, rozciął pysk na dwoje,I w tylcu głowy, mózgu rozkroiwszy słoje,Znalazł kulę, wydobył, suknią ochędożył,Przymierzył do ładunku, do flinty przyłożył,A potem, dłoń podnosząc i kulę na dłoni:775„Panowie — rzekł — ta kula nie jest z waszej broni;Ona z tej Horeszkowskiej wyszła jednorurki,(Tu podniósł flintę starą, obwiązaną w sznurki),Lecz nie ja wystrzeliłem. O, trzeba tam było

Odwagi; straszno wspomnieć, w oczach mi się ćmiło!780Bo prosto biegli ku mnie oba paniczowie,A niedźwiedź ztyłu już, już na Hrabiego głowie,Ostatniego z Horeszków! chociaż po kądzieli.Jezus Marja! krzyknąłem, i Pańscy anieli,Zesłali mi na pomoc księdza bernardyna.785On nas wszystkich zawstydził; oj, dzielny księżyna!Gdym drżał, gdym się do cyngla dotknąć nie ośmielił,On mi z rąk flintę wyrwał, wycelił, wystrzelił:Między dwie głowy strzelić! sto kroków! nie chybić,I w sam środek paszczęki! tak mu zęby wybić!790Panowie! długo żyję: jednego widziałemCzłowieka, co mógł takim popisać się strzałem.Ów głośny niegdyś u nas z tylu pojedynków,Ów, co korki kobietom wystrzelał z patynków,Ów łotr nad łotry, sławny w czasy wiekopomne,795Ów Jacek, vulgo Wąsal — nazwiska nie wspomnę;Ale mu nie czas teraz dojeżdżać niedźwiedzi;Pewnie po same wąsy hultaj w piekle siedzi.Chwała księdzu! dwom ludziom on życie ocalił —Może i trzem; Gerwazy nie będzie się chwalił,800Ale gdyby ostatnie z krwi Horeszków dziecięWpadło w bestyi paszczę, nie byłbym na świecie,I moje by tam stare pogryzł niedźwiedź kości.Pójdź Księże, wypijemy zdrowie Jegomości“.

Próżno szukano księdza; wiedzą tylko tyle,805Że po zabiciu zwierza zjawił się na chwilę,Podskoczył ku Hrabiemu i Tadeuszowi,A widząc że obadwa cali są i zdrowi,

Podniósł ku niebu oczy, cicho pacierz zmówił,I pobiegł w pole szybko, jakby go kto łowił.

810Tymczasem na Wojskiego rozkaz pęki wrzosu,Suche chrósty i pniaki rzucono do stosu;Bucha ogień, wyrasta szara sosna dymu,I rozszerza się w górze nakształt baldakimu.Nad płomieniem oszczepy złożono w koziołki,815Na grotach zawieszono brzuchate kociołki;Z wozów niosą jarzyny, mąki i pieczyste,I chleb.

Sędzia otworzył puzderko zamczyste,W którem rzędami flaszek białe sterczą głowy;Wybiera z nich największy kufel kryształowy,820(Dostał go Sędzia w darze od księdza Robaka).Wódka to gdańska, napój miły dla Polaka:„Niech żyje — krzyknął Sędzia, w górę wznosząc flaszę —Miasto Gdańsk! niegdyś nasze, będzie znowu nasze!“I lał srebrzysty likwor wkolej, aż nakońcu825Zaczęło złoto kapać i błyskać na słońcu.

W kociołkach bigos grzano. W słowach wydać trudnoBigosu smak przedziwny, kolor i woń cudną;Słów tylko brzęk usłyszy i rymów porządek,Ale treści ich miejski nie pojmie żołądek.

830Aby cenić litewskie pieśni i potrawy,Trzeba mieć zdrowie, na wsi żyć, wracać z obławy.

Przecież i bez tych przypraw potrawą nieladaJest bigos, bo się z jarzyn dobrych sztucznie składa.Bierze się doń siekana, kwaszona kapusta,835Która, wedle przysłowia, sama idzie w usta;Zamknięta w kotle, łonem wilgotnem okrywaWyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa;I praży się, aż ogień wszystkie z niej wyciśnieSoki żywne, aż z brzegów naczynia war pryśnie,840I powietrze dokoła zionie aromatem.

Bigos już gotów. Strzelcy z trzykrotnym wiwatem,Zbrojni łyżkami, biegą i bodą naczynie.Miedź grzmi, dym bucha, bigos jak kamfora ginie,Zniknął, uleciał; tylko w czeluściach saganów,845Wre para, jak w kraterze zagasłych wulkanów.

Kiedy się już dowoli napili, najedli,Zwierza na wóz złożyli, sami na koń siedli,Radzi wszyscy, rozmowni, oprócz AsesoraI Rejenta; ci byli gniewliwsi, niż wczora,850Kłócąc się o zalety, ten swej Sanguszkówki,A ten bałabanowskiej swej Sagalasówki.Hrabia też i Tadeusz jadą nieweseli,Wstydząc się, że chybili i że się cofnęli:Bo na Litwie kto zwierza wypuści z obławy,855Długo musi pracować, nim poprawi sławy.

Hrabia mówił, że pierwszy do oszczepu godziłI że spotkaniu z zwierzem Tadeusz przeszkodził;

Tadeusz utrzymywał, że, będąc silniejszyI do robienia ciężkim oszczepem zręczniejszy,860Chciał wyręczyć Hrabiego: tak sobie niekiedyPrzymawiali śród gwaru i wrzasku czeredy.

Wojski jechał pośrodku; staruszek szanowny,Wesoły był nadzwyczaj i bardzo rozmowny.Chcąc kłótników zabawić i do zgody dowieść,865Kończył im o Dowejce i Domejce powieść:„Asesorze, jeżeli chciałem, byś z RejentemPojedynkował, nie myśl, że jestem zawziętymNa krew ludzką; broń Boże! Chciałem was zabawić,Chciałem wam komedyją niby to wyprawić,870Wznowić koncept, który ja, lat temu czterdzieścieWymyśliłem — przedziwny! Wy młodzi jesteście,Nie pamiętacie o nim, lecz za moich czasów,Głośny był od tej puszczy do poleskich lasów.

„Domejki i Dowejki wszystkie sprzeciwieństwa875Pochodziły, rzecz dziwna, z nazwisk podobieństwaBardzo niewygodnego. Bo, gdy w czas sejmikówPrzyjaciele Dowejki skarbili stronników,Szepnął ktoś do szlachcica: daj kreskę Dowejce!A ten nie dosłyszawszy, dał kreskę Domejce.880Gdy na uczcie wniósł zdrowie marszałek Rupejko:Wiwat Dowejko! drudzy krzyknęli: Domejko!A kto siedział w pośrodku, nie trafił do ładu,Zwłaszcza przy niewyraźnej mowie w czas obiadu.

„Gorzej było. Raz w Wilnie, jakiś szlachcic pjany885Bił się w szable z Domejką i dostał dwie rany;Potem ów szlachcic, z Wilna wracając do domu,Dziwnym trafem z Dowejką zjechał się u promu.Gdy więc na jednym promie płynęli Wilejką,Pyta sąsiada: kto on? odpowie: Dowejko —

890Nie czekając, dobywa rapier z pod kirejki:Czach, czach, i za Domejkę podciął wąs Dowejki.

„Wreszcie, jak na dobitkę, trzeba jeszcze było,Żeby na polowaniu tak się wydarzyło,Że stali blisko siebie oba imiennicy.895I do jednej strzelili razem niedźwiedzicy.Prawda, że po ich strzale upadła bez duchu,Ale już pierwej niosła z dziesiątek kul w brzuchu:Strzelby z jednym kalibrem miało wiele osób!Kto zabił niedźwiedzicę? dojdźże! jaki sposób?

900„Tu już krzyknęli: „Dosyć! trzeba raz rzecz skończyć;„Bóg nas czy djabeł złączył, trzeba się rozłączyć:„Dwóch nas, jak dwóch słońc, pono zanadto na świecie“, —A więc do szerpentynek i stają na mecie.Oba szanowni ludzie; co ich szlachta godzą,905To oni na się jeszcze zapalczywiej godzą.Zmienili broń, od szabel szło na pistolety;Stają, krzyczym, że nadto przybliżyli mety;Oni na złość, przysięgli przez niedźwiedzią skóręStrzelać się, śmierć niechybna! prawie rura w rurę;910Oba tęgo strzelali. — „Sekunduj Hreczecha!“„Zgoda, rzekłem, niech zaraz dół wykopie klecha;Bo taki spór nie może skończyć się na niczém;Lecz bijcie się szlacheckim trybem, nie rzeźniczym:Dosyć już mety zbliżać, widzę, żeście zuchy;915Chcecie strzelać się, rury oparłszy na brzuchy?

Ja nie pozwolę. Zgoda, że na pistolety,Lecz strzelać się nie z dalszej ani z bliższej mety,Jak przez skórę niedźwiedzią. Ja rękami memi,Jako sekundant, skórę rozciągnę na ziemi920I ja sam was ustawię. Waść po jednej stronieStanie na końcu pyska, a Waść na ogonie.“Zgoda! wrzaśli; czas? — jutro; miejsce? — karczma Usza.Rozjechali się. Ja zaś do Wirgilijusza —“

Tu Wojskiemu przerwał krzyk: Wyczha! Tuż z pod koni925Smyknął szarak; już Kusy, już go Sokół goni.Psy wzięto na obławę, wiedząc, że z powrotemNa polu łatwo można napotkać się z kotem;Bez smyczy szły przy koniach; gdy kota spostrzegły,Wprzód, nim strzelcy poszczuli, już za nim pobiegły.930Rejent też i Asesor chcieli końmi natrzeć;Lecz Wojski wstrzymał, krzycząc: „Wara! stać i patrzeć!Nikomu krokiem ruszyć z miejsca nie dozwolę;Stąd widzim wszyscy dobrze, zając idzie w pole“.W istocie, kot czuł ztyłu myśliwych i psiarnie,935Rwał w pole, słuchy wytknął, jak dwa różki sarnie,Sam szarzał się nad rolą długi, wyciągnięty,Skoki pod nim sterczały, jakby cztery pręty,Rzekłbyś, że ich nie rusza, tylko ziemię trącaPo wierzchu, jak jaskółka wodę całująca.940Pył za nim, psy za pyłem; zdaleka się zdało,Że zając, pył i charty jedno tworzą ciało:Jakby jakaś przez pole suwała się żmija,

Kot jak głowa, pył ztyłu jakby modra szyja,A psami jak podwójnym ogonem wywija.

945Rejent, Asesor patrzą; otworzyli usta,Dech wstrzymali. Wtem Rejent pobladnął jak chusta,Zbladł i Asesor, widzą — fatalnie się dzieje,Owa żmija im dalej, tem bardziej dłużeje,Już rwie się wpół, już znikła owa szyja pyłu,950Głowa już blisko lasu, ogony gdzie! ztyłu!Głowa niknie, raz jeszcze jakby kto kutasemMignął, w las wpadła; ogon urwał się pod lasem.

Biedne psy ogłupiałe biegały pod gajem,Zdawały się naradzać, oskarżać nawzajem;955Wreszcie wracają, zwolna skacząc przez zagony,Spuściły uszy, tulą do brzucha ogony,I przybiegłszy, ze wstydu nie śmieją wznieść oczu,I zamiast iść do panów, stały na uboczu.

Rejent spuścił ku piersiom zasępione czoło,960Asesor rzucał okiem, ale niewesoło,Potem zaczęli oba słuchaczom wywodzić:Jak ich charty bez smycza nie nawykły chodzić,Jak kot znienacka wypadł, jak źle był poszczutyNa roli, gdzie psom chyba trzebaby wdziać buty,965Tak pełno wszędzie głazów i ostrych kamieni.

Mądrze rzecz wyłuszczali szczwacze doświadczeni;Myśliwi z tych mów wiele mogliby korzystać,Lecz nie słuchali pilnie. Ci zaczęli świstać,Ci śmiać się w głos, ci, mając niedźwiedzia w pamięci,970Gadali o nim, świeżą obławą zajęci.

Wojski ledwie raz okiem za zającem rzucił,Widząc, że uciekł, głowę obojętnie zwrócił

I kończył rzecz przerwaną: „Na czem więc stanąłem?A ha! na tem, że obu za słowo ująłem,975Iż będą strzelali się przez niedźwiedzią skórę...Szlachta w krzyk: To śmierć pewna! prawie rura w rurę!A ja w śmiech, bo mnie uczył mój przyjaciel Maro,Że skóra zwierza nie jest ladajaką miarą.Wszak wiecie Waćpanowie, jak królowa Dydo980Przypłynęła do Libów i tam z wielką biédąWytargowała sobie taki ziemi kawał,Któryby się wołową skórą nakryć dawał;Na tym kawałku ziemi stanęła Kartago!Więc ja to sobie w nocy rozbieram z uwagą.

985„Ledwie dniało, już z jednej strony taradejkąJedzie Dowejko, z drugiej na koniu Domejko.Patrzą, aż tu przez rzekę leży most kosmaty,Pas ze skóry niedźwiedziej, porzniętej na szmaty.Postawiłem Dowejkę na zwierza ogonie 990

Z jednej strony, Domejkę zaś po drugiej stronie.Pukajcie teraz, rzekłem, choć przez całe życie,Lecz póty was nie spuszczę, aż się pogodzicie.Oni w złość; a tu szlachta kładnie się na ziemiOd śmiechu, a ja z księdzem słowy poważnemi995Nuż im z ewanielii, z statutów dowodzić;Niema rady: śmiali się i musieli zgodzić.

„Spór ich potem w dozgonną przyjaźń się zamienił,I Dowejko się z siostrą Domejki ożenił,Domejko pojął siostrę szwagra, Dowejkównę,1000Podzielili majątek na dwie części równe,A w miejscu, gdzie się zdarzył tak dziwny przypadek,Pobudowawszy karczmę, nazwali Niedźwiadek“.