Pan Tadeusz — Księga pierwsza: Gospodarstwo
Litwo, Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie;Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobieWidzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.
5Panno święta, co Jasnej bronisz CzęstochowyI w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowyNowogrodzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem(Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę10Ofiarowany, martwą podniosłem powiekęI zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń proguIść za wrócone życie podziękować Bogu)Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono!...Tymczasem przenoś moję duszę utęsknioną15Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,20Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,A wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedząZieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą.
Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju,Na pagórku niewielkim we brzozowym gaju25Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany;Świeciły się z daleka pobielane ściany,
Tem bielsze, że odbite od ciemnej zieleniTopoli, co go bronią od wiatrów jesieni.Dom mieszkalny niewielki, lecz zewsząd chędogi,30I stodołę miał wielką, i przy niej trzy stogiUżątku, co pod strzechą zmieścić się nie może.Widać, że okolica obfita we zboże,I widać z liczby kopic, co wzdłuż i wszerz smugówŚwiecą gęsto, jak gwiazdy, widać z liczby pługów,35Orzących wcześnie łany ogromne ugoru,Czarnoziemne, zapewne należne do dworu,Uprawne dobrze na kształt ogrodowych grządek:Że w tym domu dostatek mieszka i porządek.Brama nawciąż otwarta przechodniom ogłasza,40Że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza.
Właśnie dwukonną bryką wjechał młody panekI, obiegłszy dziedziniec, zawrócił przed ganek.Wysiadł z powozu; konie porzucone same,Szczypać trawę ciągnęły powoli pod bramę.45We dworze pusto, bo drzwi od ganku zamkniętoZaszczepkami i kołkiem zaszczepki przetknięto.Podróżny do folwarku nie biegł sług zapytać,Odemknął, wbiegł do domu, pragnął go powitać.Dawno domu nie widział, bo w dalekiem mieście50Kończył nauki, końca doczekał nareszcie.Wbiega i okiem chciwie ściany starodawneOgląda czule, jako swe znajome dawne.Też same widzi sprzęty, też same obicia,
Z któremi się zabawiać lubił od powicia;55Lecz mniej wielkie, mniej piękne, niż się dawniej zdały.I też same portrety na ścianach wisiały:Tu Kościuszko w czamarce krakowskiej, z oczymaPodniesionemi w niebo, miecz oburącz trzyma;Takim był, gdy przysięgał na stopniach ołtarzów,60Że tym mieczem wypędzi z Polski trzech mocarzów,Albo sam na nim padnie. Dalej w polskiej szacieSiedzi Rejtan, żałosny po wolności stracie;W ręku trzyma nóż, ostrzem zwrócony do łona,A przed nim leży Fedon i żywot Katona.65Dalej Jasiński, młodzian piękny i posępny,Obok Korsak, towarzysz jego nieodstępny,Stoją na szańcach Pragi, na stosach Moskali,Siekąc wrogów, a Praga już się wkoło pali.
Nawet stary stojący zegar kurantowy70W drewnianej szafie poznał u wniścia alkowy,I z dziecinną radością pociągnął za sznurek,By stary Dąbrowskiego usłyszeć mazurek.
Biegał po całym domu i szukał komnaty,Gdzie mieszkał, dzieckiem będąc, przed dziesięciu laty.75Wchodzi, cofnął się, toczył zdumione źrenicePo ścianach: w tej komnacie mieszkanie kobiéce!Któżby tu mieszkał? Stary stryj nie był żonaty,A ciotka w Petersburgu mieszkała przed laty.To nie był ochmistrzyni pokój? Fortepiano?80Na niem nuty i książki; wszystko porzucanoNiedbale i bezładnie — nieporządek miły!Niestare były rączki, co je tak rzuciły.Tuż i sukienka biała, świeżo z kołka zdjętaDo ubrania, na krzesła poręczu rozpięta;85A na oknach donice z pachnącemi ziołki,Geranijum, lewkonja, astry i fijołki.Podróżny stanął w jednem z okien — nowe dziwo;W sadzie, na brzegu niegdyś zarosłym pokrzywą,Był maleńki ogródek ścieżkami porznięty,90Pełen bukietów trawy angielskiej i mięty.Drewniany, drobny, w cyfrę powiązany płotekPołyskał się wstążkami jaskrawych stokrotek.Grządki widać, że były świeżo polewane;
Tuż stało wody pełne naczynie blaszane,95Ale nigdzie nie widać było ogrodniczki.Tylko co wyszła; jeszcze kołyszą się drzwiczkiŚwieżo trącone, blisko drzwi ślad widać nożkiNa piasku — bez trzewika była i pończoszki.Na piasku drobnym, suchym, białym nakształt śniegu,100Ślad wyraźny, lecz lekki; odgadniesz, że w bieguChybkim był zostawiony nóżkami drobnemiOd kogoś, co zaledwie dotykał się ziemi.
Podróżny długo w oknie stał patrząc, dumając,Wonnemi powiewami kwiatów oddychając.105Oblicze aż na krzaki fijołkowe skłonił,Oczyma ciekawemi po drożynach gonił,I znowu je na drobnych śladach zatrzymywał,Myślał o nich i, czyje były, odgadywał.Przypadkiem oczy podniósł, i tuż na parkanie110Stała młoda dziewczyna... Białe jej ubranieWysmukłą postać tylko aż do piersi kryje,Odsłaniając ramiona i łabędzią szyję.W takiem Litwinka tylko chodzić zwykła z rana,W takiem nigdy nie bywa od mężczyzn widziana;115Więc choć świadka nie miała, założyła ręceNa piersiach, przydawając zasłony sukience.Włos w pukle nierozwity, lecz w węzełki małePokręcony, schowany w drobne strączki białe,Dziwnie ozdabiał głowę, bo od słońca blasku120Świecił się, jak korona na Świętych obrazku.Twarzy nie było widać. Zwrócona na poleSzukała kogoś okiem daleko na dole;Ujrzała, zaśmiała się i klasnęła w dłonie,Jak biały ptak, zleciała z parkanu na błonie,125I wionęła ogrodem, przez płotki, przez kwiaty,I po desce opartej o ścianę komnaty,Nim spostrzegł się, wleciała przez okno świecąca,
Nagła, cicha i lekka, jak światłość miesiąca.Nucąc chwyciła suknie, biegła do zwierciadła,130Wtem ujrzała młodzieńca, i z rąk jej wypadłaSuknia, a twarz od strachu i dziwu pobladła.Twarz podróżnego barwą spłonęła rumianą,Jak obłok, gdy z jutrzenką napotka się ranną.Skromny młodzieniec oczy zmrużył i przysłonił,135Chciał coś mówić, przepraszać; tylko się ukłoniłI cofnął się. Dziewica krzyknęła boleśnie,Niewyraźnie, jak dziecko przestraszone we śnie;Podróżny zląkł się, spojrzał, lecz już jej nie było.Wyszedł zmieszany i czuł, że serce mu biło140Głośno, i sam nie wiedział, czy go miało śmieszyćTo dziwaczne spotkanie, czy wstydzić, czy cieszyć.
Tymczasem na folwarku nie uszło baczności,Że przed ganek zajechał któryś z nowych gości.Już konie w stajnię wzięto, już im hojnie dano,145Jako w porządnym domu, i obrok i siano;Bo Sędzia nigdy nie chciał według nowej modyOdsyłać konie gości Żydom do gospody.Słudzy nie wyszli witać, ale nie myśl wcale,Aby w domu Sędziego służono niedbale;
150Słudzy czekają, nim się pan Wojski ubierze,Który teraz za domem urządzał wieczerzę.On pana zastępuje i on w niebytnościPana zwykł sam przyjmować i zabawiać gości(Daleki krewny pański i przyjaciel domu).155Widząc gościa, na folwark dążył pokryjomu,Bo nie mógł wyjść spotykać w tkackim pudermanie;Wdział więc, jak mógł najprędzej, niedzielne ubranie,Nagotowane z rana, bo od rana wiedział,Że u wieczerzy będzie z mnóstwem gości siedział.
160Pan Wojski poznał zdala, ręce rozkrzyżowałI z krzykiem podróżnego ściskał i całował.Zaczęła się ta prędka, zmieszana rozmowa,W której lat kilku dzieje chciano zamknąć w słowaKrótkie i poplątane, w ciąg powieści, pytań,165Wykrzykników i westchnień i nowych powitań.Gdy się pan Wojski dosyć napytał, nabadał,Na samym końcu dzieje tego dnia powiadał.
„Dobrze, mój Tadeuszu (bo tak nazywanoMłodzieńca, który nosił Kościuszkowskie miano
170Na pamiątkę, że w czasie wojny się urodził),Dobrze, mój Tadeuszu, żeś się dziś nagodziłDo domu, właśnie kiedy mamy panien wiele.Stryjaszek myśli wkrótce sprawić ci wesele;Jest z czego wybrać; u nas towarzystwo liczne175Od dni kilku zbiera się na sądy graniczneDla skończenia dawnego z panem Hrabią sporuI pan Hrabia ma jutro sam zjechać do dworu;Podkomorzy już zjechał z żoną i z córkami.Młodzież poszła do lasu bawić się strzelbami,180A starzy i kobiety żniwo oglądająPod lasem, i tam pewnie na młodzież czekają.Pójdziemy, jeśli zechcesz, i wkrótce spotkamyStryjaszka, Podkomorstwo i szanowne damy“.
Pan Wojski z Tadeuszem idą pod las drogą,185I jeszcze się dowoli nagadać nie mogą.Słońce, ostatnich kresów nieba dochodziło,Mniej silnie, ale szerzej niż we dnie świeciło,Całe zaczerwienione, jak zdrowe obliczeGospodarza, gdy, prace skończywszy rolnicze,190Na spoczynek powraca. Już krąg promienistySpuszcza się na wierzch boru i już pomrok mglisty,Napełniając wierzchołki i gałęzie drzewa,Cały las wiąże w jedno i jakoby zlewa;I bór czernił się nakształt ogromnego gmachu,195Słońce nad nim czerwone jak pożar na dachu.Wtem zapadło do głębi; jeszcze przez konaryBłysnęło, jako świeca przez okienic szpary,I zgasło. I wnet sierpy, gromadnie dzwoniące
We zbożach, i grabliska, suwane po łące,200Ucichły i stanęły: tak pan Sędzia każe,U niego ze dniem kończą pracę gospodarze.„Pan świata wie, jak długo pracować potrzeba;Słońce, jego robotnik, kiedy znidzie z nieba,Czas i ziemianinowi ustępować z pola“.205Tak zwykł mawiać pan Sędzia, a Sędziego wolaByła ekonomowi poczciwemu świętą;Bo nawet wozy, w które już składać zaczętoKopę żyta, niepełne jadą do stodoły;Cieszą się z niezwyczajnej ich lekkości woły.
210Właśnie z lasu wracało towarzystwo całeWesoło, lecz w porządku. Naprzód dzieci małeZ dozorcą, potem Sędzia szedł z Podkomorzyną,Obok pan Podkomorzy, otoczon rodziną;Panny tuż za starszymi, a młodzież na boku;215Panny szły przed młodzieżą o jakie pół kroku(Tak każe przyzwoitość). Nikt tam nie rozprawiałO porządku, nikt mężczyzn i dam nie ustawiał,A każdy mimowolnie porządku pilnował;Bo Sędzia w domu dawne obyczaje chował,220I nigdy nie dozwalał, by chybiano względuDla wieku, urodzenia, rozumu, urzędu.„Tym ładem — mawiał — domy i narody słyną,Z jego upadkiem domy i narody giną“.Więc do porządku wykli domowi i słudzy;225I przyjezdny gość, krewny albo człowiek cudzy,Gdy Sędziego nawiedził, skoro pobył mało,Przejmował zwyczaj, którym wszystko oddychało.
Krótkie były Sędziego z synowcem witania:Dał mu poważnie rękę do pocałowania,230I w skroń ucałowawszy, uprzejmie pozdrowił;A choć przez wzgląd na gości niewiele z nim mowił,
Widać było z łez, które wylotem kontuszaOtarł prędko, jak kochał pana Tadeusza.
W ślad gospodarza wszystko ze żniwa i z boru235I z łąk i z pastwisk razem wracało do dworu.Tu owiec trzoda, becząc, w ulicę się tłoczyI wznosi chmurę pyłu; dalej zwolna kroczyStado cielic tyrolskich z mosiężnemi dzwonki;Tam konie rżące lecą ze skoszonej łąki;240Wszystko bieży ku studni, której ramię z drzewaRaz wraz skrzypi i napój w koryta rozlewa.
Sędzia choć utrudzony, chociaż w gronie gości,Nie chybił gospodarskiej ważnej powinności:Udał się sam ku studni. Najlepiej z wieczora245Gospodarz widzi, w jakim stanie jest obora;Dozoru tego nigdy sługom nie poruczy,Bo Sędzia wie, że oko pańskie konia tuczy.
Wojski z woźnym Protazym ze świecami w sieniStali i rozprawiali, nieco poróżnieni;250Bo w niebytność Wojskiego Woźny pokryjomuKazał stoły z wieczerzą powynosić z domuI ustawić co prędzej w pośrodku zamczyska,Którego widne były pod lasem zwaliska.Pocóż te przenosiny? Pan Wojski się krzywił255I przepraszał Sędziego; Sędzia się zadziwił,Lecz stało się! już późno i trudno zaradzić:Wolał gości przeprosić i w pustki prowadzić.Po drodze Woźny ciągle Sędziemu tłumaczył,
Dlaczego urządzenie pańskie przeinaczył:260We dworze żadna izba nie ma obszernościDostatecznej dla tylu tak szanownych gości;W zamku sień wielka, jeszcze dobrze zachowana,Sklepienie całe, — wprawdzie pękła jedna ściana,Okna bez szyb, lecz latem nic to nie zawadzi;265Bliskość piwnic wygodna służącej czeladzi...Tak mówiąc, na Sędziego mrugał; widać z miny,Że miał i taił inne, ważniejsze przyczyny.
O dwa tysiące kroków zamek stał za domem.Okazały budową, poważny ogromem,270Dziedzictwo starożytnej rodziny Horeszków.Dziedzic zginął był w czasie krajowych zamieszków;Dobra całe zniszczone sekwestrami rządu,Bezładnością opieki, wyrokami sądu,W cząstce spadły dalekim krewnym po kądzieli,275A resztę rozdzielono między wierzycieli.Zamku żaden wziąść nie chciał, bo w szlacheckim stanieTrudno było wyłożyć koszt na utrzymanie;Lecz Hrabia, sąsiad bliski, gdy wyszedł z opieki,Panicz bogaty, krewny Horeszków daleki,280Przyjechawszy z wojażu, upodobał mury,Tłumacząc, że gotyckiej są architektury,Choć Sędzia z dokumentów przekonywał o tem,Że architekt był majstrem z Wilna, nie zaś Gotem.Dość, że Hrabia chciał zamku. Właśnie i Sędziemu285Przyszła nagle taż chętka niewiadomo czemu.Zaczęli proces w ziemstwie, potem w głównym sądzie,
W senacie, znowu w ziemstwie i w guberskim rządzie;Wreszcie po wielu kosztach i ukazach licznychSprawa wróciła znowu do sądów granicznych.
290Słusznie Woźny powiadał, że w zamkowej sieniZmieści się i palestra i goście proszeni.Sień wielka, jak refektarz, z wypukłem sklepieniemNa filarach, podłoga wysłana kamieniem,Ściany bez żadnych ozdób, ale mur chędogi.295Sterczały wkoło sarnie i jelenie rogiZ napisami, gdzie, kiedy te łupy zdobyte;Tuż myśliwców herbowne klejnoty wyryte,I stoi wypisany każdy po imieniu;Herb Horeszków, Półkozic, jaśniał na sklepieniu.
300Goście weszli w porządku i stanęli kołem.Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem;Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy,Idąc, kłaniał się damom, starcom i młodzieży;Przy nim stał kwestarz; Sędzia tuż przy bernardynie.305Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie;Mężczyznom dano wódkę; wtenczas wszyscy siedli,I chołodziec litewski milcząc żwawo jedli.
Pan Tadeusz, choć młodzik, ale prawem gościaWysoko siadł przy damach obok Jegomościa;310Między nim i stryjaszkiem jedno pozostałoPuste miejsce, jak gdyby na kogoś czekało.Stryj nieraz na to miejsce i na drzwi poglądał,Jakby czyjegoś przyjścia był pewny i żądał.I Tadeusz wzrok stryja ku drzwiom odprowadzał,315I z nim na miejscu pustem oczy swe osadzał.Dziwna rzecz! miejsca wkoło są siedzeniem dziewic,Na które mógłby spojrzeć bez wstydu królewic,Wszystkie zacnie zrodzone, każda młoda, ładna:Tadeusz tam pogląda, gdzie nie siedzi żadna.320To miejsce jest zagadką, młódź lubi zagadki.Roztargniony do swojej nadobnej sąsiadkiLedwie słów kilka wyrzekł, do Podkomorzanki;Nie zmienia jej talerzów, nie nalewa szklankiI panien nie zabawia przez rozmowy grzeczne,325Z którychby wychowanie poznano stołeczne.To jedno puste miejsce nęci go i mami...Już nie puste, bo on je napełnił myślami.Po tem miejscu biegało domysłów tysiące,Jako po deszczu żabki po samotnej łące;330Śród nich jedna króluje postać, jak w pogodęLilja jezior, skroń białą wznosząca nad wodę.
Dano trzecią potrawę. Wtem pan Podkomorzy,Wlawszy kropelkę wina w szklankę panny Roży,A młodszej przysunąwszy z talerzem ogórki,
335Rzekł: „Muszę ja wam służyć, moje panny córki,Choć stary i niezgrabny“. Zatem się rzuciłoKilku młodych od stołu i pannom służyło.Sędzia, zboku rzuciwszy wzrok na TadeuszaI poprawiwszy nieco wylotów kontusza,340Nalał węgrzyna i rzekł: „Dziś nowym zwyczajemMy na naukę młodzież do stolicy dajem,I nie przeczym, że nasi synowie i wnukiMają od starszych więcej książkowej nauki.Ale codzień postrzegam, jak młódź cierpi na tem,345Że niema szkół, uczących żyć z ludźmi i światem.Dawniej na dwory pańskie jechał szlachcic młody;Ja sam lat dziesięć byłem dworskim Wojewody,Ojca Podkomorzego, Mościwego Pana(Mówiąc, Podkomorzemu ścisnął za kolana);350On mnie radą do usług publicznych sposobił,Z opieki nie wypuścił, aż człowiekiem zrobił;W mym domu wiecznie będzie jego pamięć droga,Codzień za duszę jego proszę Pana Boga.Jeślim tyle na jego nie korzystał dworze,355Jak drudzy, i wróciwszy w domu ziemię orzę,Gdy inni, więcej godni Wojewody względów,Doszli potem najwyższych krajowych urzędów:Przynajmniej tom skorzystał, że mi w moim domuNikt nigdy nie zarzuci, bym uchybił komu360W uczciwości, w grzeczności; a ja powiem śmiało:Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą.Niełatwą, bo nie na tem kończy się, jak nogąZręcznie wierzgnąć, z uśmiechem witać lada kogo;Bo taka grzeczność modna zda mi się kupiecka,365Ale nie staropolska, ani też szlachecka.Grzeczność wszystkim należy, lecz każdemu inna,Bo nie jest bez grzeczności i miłość dziecinna,
I wzgląd męża dla żony przy ludziach, i panaDla sług swoich, — a w każdej jest pewna odmiana.370Trzeba się długo uczyć, ażeby nie zbłądzićI każdemu powinną uczciwość wyrządzić.I starzy się uczyli: u panów rozmowaByła to historyja żyjąca krajowa,A między szlachtą dzieje domowe powiatu.375Dawano przez to poznać szlachcicowi bratu,Że wszyscy o nim wiedzą, lekce go nie ważą;Więc szlachcic obyczaje swe trzymał pod strażą.Dziś człowieka nie pytaj: co zacz? kto go rodzi?Z kim on żył? co porabiał? Każdy, gdzie chce, wchodzi,380Byle nie szpieg rządowy i byle nie w nędzy.Jak ów Wespazyjanus nie wąchał pieniędzy,I nie chciał wiedzieć, skąd są, z jakich rąk i krajów,Tak nie chcą znać człowieka rodu, obyczajów!Dość, że ważny i że się stempel na nim widzi,385Więc szanują przyjaciół, jak pieniądze Żydzi“.
To mówiąc, Sędzia gości obejrzał porządkiem;Bo choć zawsze i płynnie mówił i z rozsądkiem,Wiedział, że niecierpliwa młodzież teraźniejsza,Że ją nudzi rzecz długa, choć najwymowniejsza390Ale wszyscy słuchali w milczeniu głębokiem;Sędzia Podkomorzego zdał się radzić okiem,Podkomorzy pochwałą rzeczy nie przerywał,Ale częstem skinieniem głowy potakiwał.Sędzia milczał, on jeszcze skinieniem przyzwalał;395Więc Sędzia jego puhar i swój kielich nalał,
I dalej mówił: „Grzeczność nie jest rzeczą małą:Kiedy się człowiek uczy ważyć, jak przystało,Drugich wiek, urodzenie, cnoty, obyczaje,Wtenczas i swoją ważność zarazem poznaje:400Jak na szalach żebyśmy nasz ciężar poznali,Musim kogoś posadzić na przeciwnej szali.Zaś godna jest Waszmościów uwagi osobnejGrzeczność, którą powinna młódź dla płci nadobnej;Zwłaszcza gdy zacność domu, fortuny szczodroty,405Objaśniają wrodzone wdzięki i przymioty.Stąd droga do afektów i stąd się kojarzyWspaniały domów sojusz — tak myślili starzy.A zatem...“ Tu pan Sędzia nagłym zwrotem głowySkinął na Tadeusza, rzucił wzrok surowy,410Znać było, że przychodził już do wniosków mowy.
Wtem brząknął w tabakierę złotą PodkomorzyI rzekł: „Mój Sędzio, dawniej było jeszcze gorzéj!Teraz nie wiem, czy moda i nas starych zmienia,Czy młodzież lepsza, ale widzę mniej zgorszenia.415Ach, ja pamiętam czasy, kiedy do OjczyznyPierwszy raz zawitała moda francuszczyzny!Gdy raptem paniczyki młode z cudzych krajówWtargnęli do nas hordą gorszą od Nogajów,Prześladując w Ojczyźnie Boga, przodków wiarę,420Prawa i obyczaje, nawet suknie stare.Żałośnie było widzieć wyżółkłych młokosów,Gadających przez nosy, a często bez nosów,Opatrzonych w broszurki i w różne gazety,
Głoszących nowe wiary, prawa, toalety.425Miała nad umysłami wielką moc ta tłuszcza,Bo Pan Bóg, kiedy karę na naród przepuszcza,Odbiera naprzód rozum od obywateli.I tak mędrsi fircykom oprzeć się nie śmieli:I zląkł ich się, jak dżumy jakiej, cały naród,430Bo już sam wewnątrz siebie czuł choroby zaród.Krzyczano na modnisiów, a brano z nich wzory:Zmieniano wiarę, mowę, prawa i ubiory.Była to maszkarada, zapustna swawola,Po której miał przyjść wkrótce wielki post — niewola!
435„Pamiętam, chociaż byłem wtenczas małe dziecie,Kiedy do ojca mego w oszmiańskim powieciePrzyjechał pan Podczaszyc na francuskim wózku,Pierwszy człowiek, co w Litwie chodził po francusku.Biegali wszyscy za nim jakby za rarogiem,440Zazdroszczono domowi, przed którego progiemStanęła Podczaszyca dwukolna dryndulka,Która się po francusku zwała karyjulka.Zamiast lokajów w kielni siedziały dwa pieski,A na kozłach Niemczysko chude nakształt deski;
445Nogi miał długie, cienkie, jak od chmielu tyki,W pończochach, ze srebrnemi klamrami trzewiki,Peruka z harbajtelem, zawiązanym w miechu.Starzy na on ekwipaż parskali ze śmiechu,A chłopi żegnali się, mówiąc, że po świecie450Jeździ wenecki djabeł w niemieckiej karecie.Sam Podczaszyc jaki był, opisywać długo;Dosyć, że się nam zdawał małpą lub papugą,W wielkiej peruce, którą do złotego runaOn lubił porównywać, a my do kołtuna.455Jeśli kto i czuł wtenczas, że polskie ubraniePiękniejsze jest, niż obcej mody małpowanie,Milczał, boby krzyczała młodzież, że przeszkadzaKulturze, że tamuje progresy, że zdradza!Taka była przesądów owoczesnych władza!
460„Podczaszyc zapowiedział, że nas reformować,Cywilizować będzie i konstytuować:Ogłosił nam, że jacyś Francuzi wymowniZrobili wynalazek, iż ludzie są rowni;Choć o tem dawno w Pańskim pisano zakonie,465I każdy ksiądz toż samo gada na ambonie.Nauka dawną była, szło o jej pełnienie!Lecz wtenczas panowało takie oślepienie,Że nie wierzono rzeczom najdawniejszym w świecie,Jeśli ich nie czytano w francuskiej gazecie.
470Podczaszyc, mimo równość, wziął tytuł markiża:Wiadomo że tytuły przychodzą z Paryża,A natenczas tam w modzie był tytuł markiża.Jakoż, kiedy się moda odmieniła z laty,Tenże sam markiż przybrał tytuł demokraty;475Wreszcie z odmienną modą pod Napoleonem,Demokrata przyjechał z Paryża baronem;Gdyby żył dłużej, może nową alternatąZ barona przechrzciłby się kiedyś demokratą.Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi,480A co Francuz wymyśli, to Polak polubi.
„Chwała Bogu, że teraz jeśli nasza młodzieżWyjeżdża zagranicę, to już nie po odzież,Nie szukać prawodawstwa w drukarskich kramarniach,Lub wymowy uczyć się w paryskich kawiarniach.485Bo teraz Napoleon, człek mądry a prędki,Nie daje czasu szukać mody i gawędki.Teraz grzmi oręż, a nam starym serca rosną,Że znowu o Polakach tak na świecie głośno:Jest sława, a więc będzie i Rzeczpospolita!490Zawżdy z wawrzynów drzewo wolności wykwita.Tylko smutno, że nam, ach! tak się lata wlekąW nieczynności! a oni tak zawsze daleko!Tak długo czekać! nawet tak rzadka nowina!...Ojcze Robaku, (ciszej rzekł do bernardyna)495Słyszałem, żeś z za Niemna odebrał wiadomość;Może też co o naszem wojsku wie Jegomość?“— „Nic a nic“ — odpowiedział Robak obojętnie,
(Widać było, że słuchał rozmowy niechętnie)„Mnie polityka nudzi; jeżeli z Warszawy500Mam list, to rzecz zakonna, to są nasze sprawyBernardyńskie; cóż o tem gadać u wieczerzy?Są tu świeccy, do których nic to nie należy“.
Tak mówiąc, spojrzał zyzem, gdzie śród biesiadnikówSiedział gość Moskal, był to pan kapitan Ryków,505Stary żołnierz, stał w bliskiej wiosce na kwaterze,Pan Sędzia go przez grzeczność prosił na wieczerzę.Ryków jadł smaczno, mało wdawał się w rozmowę,Lecz na wzmiankę Warszawy, rzekł podniósłszy głowę:„Pan Podkomorzy! Oj Wy! Pan zawsze ciekawy510O Bonaparta, — zawsze wam tam do Warszawy!
He! Ojczyzna! Ja nie szpieg, a po polsku umiem,Ojczyzna! ja to czuję wszystko, ja rozumiem!Wy Polaki, ja Ruski, teraz się nie bijem,Jest armistycjum, to my razem jemy, pijem.515Często na awanpostach nasz z Francuzem gada,Pije wódkę; jak krzykną: ura! — kanonada.Ruskie przysłowie: z kim się biję, tego lubię:Gładź drużkę jak po duszy, a bij jak po szubie.Ja mówię, będzie wojna u nas. Do majora520Płuta adjutant sztabu przyjechał zawczora;Gotować się do marszu! Pójdziem czy pod Turka,Czy na Francuza; oj, ten Bonapart figurka!Bez Suwarowa to on może nas wytuza.U nas w pułku gadano, jak szli na Francuza,525Że Bonapart czarował: no tak i SuwarówCzarował; tak i były czary przeciw czarów.Raz w bitwie gdzie podział się? — szukać Bonaparta.A on zmienił się w lisa, tak Suwarów w charta;Tak Bonaparte znowu w kota się przerzuca,530Dalej drzeć pazurami, a Suwarów w kuca.Obaczcież, co się stało wkońcu z Bonapartą...“Tu Ryków przerwał i jadł; wtem z potrawą czwartąWszedł służący, i raptem boczne drzwi otwarto.
Weszła nowa osoba, przystojna i młoda,535Jej zjawienie się nagłe, jej wzrost i uroda,Jej ubiór zwrócił oczy; wszyscy ją witali;Prócz Tadeusza, widać, że ją wszyscy znali.Kibić miała wysmukłą, kształtną, pierś powabną,Suknię materyjalną, różową, jedwabną.540Gors wycięty, kołnierzyk z koronek, rękawkiKrótkie, w ręku kręciła wachlarz dla zabawki(Bo nie było gorąca); wachlarz pozłocistyPowiewając rozlewał deszcz iskier rzęsisty.Głowa do włosów, włosy pozwijane w kręgi,545W pukle i przeplatane różowemi wstęgi,Pośród nich brylant, niby zakryty od oczu,Świecił się jako gwiazda w komety warkoczu, —Słowem ubiór galowy; szeptali niejedni,Że zbyt wykwintny na wieś i na dzień powszedni.550Nóżek, choć suknia krótka, oko nie zobaczy,Bo biegła bardzo szybko, suwała się raczéj,Jako osóbki, które na trzykrólskie świętaPrzesuwają w jasełkach ukryte chłopięta.Biegła i wszystkich lekkim witając ukłonem,555Chciała usieść na miejscu sobie zostawionem.Trudno było, bo krzeseł dla gości nie stało:Na czterech ławach cztery ich rzędy siedziało;Trzeba było rzęd ruszyć, lub ławę przeskoczyć.Zręcznie między dwie ławy umiała się wtłoczyć,560A potem między rzędem siedzących i stołem,Jak bilardowa kula toczyła się kołem.W biegu dotknęła blisko naszego młodziana;Uczepiwszy falbaną o czyjeś kolana,
Pośliznęła się nieco, i w tem roztargnieniu565Na pana Tadeusza wsparła się ramieniu.Przeprosiwszy go grzecznie, na miejscu swem siadłaPomiędzy nim i stryjem, ale nic nie jadła,Tylko się wachlowała, to wachlarza trzonekKręciła, to kołnierzyk z brabanckich koronek570Poprawiała, to lekkiem dotknięciem się rękiMuskała włosów pukle i wstąg jasnych pęki.
Ta przerwa rozmów trwała już minut ze cztery,Tymczasem, w końcu stoła naprzód ciche szmery,A potem się zaczęły wpółgłośne rozmowy;575Mężczyźni rozsądzali swe dzisiejsze łowy.Asesora z Rejentem wzmogła się uparta,Coraz głośniejsza kłótnia o kusego charta,Którego posiadaniem pan Rejent się szczyciłI utrzymywał, że on zająca pochwycił;580Asesor zaś dowodził na złość Rejentowi,Że ta chwała należy chartu Sokołowi.Pytano zdania innych; więc wszyscy dokołaBrali stronę Kusego albo też Sokoła,Ci jak znawcy, ci znowu jak naoczne świadki.585Sędzia na drugim końcu do nowej sąsiadkiRzekł półgłosem: „Przepraszam, musieliśmy siadać,Niepodobna wieczerzy na później odkładać:Goście głodni, chodzili daleko na pole;
Myśliłem, że dziś z nami nie będziesz przy stole“.590To rzekłszy, z Podkomorzym przy pełnym kielichuO politycznych sprawach rozmawiał pocichu.
Gdy tak były zajęte stołu strony obie,Tadeusz przyglądał się nieznanej osobie.Przypomniał, że za pierwszem na miejsce wejrzeniem595Odgadnął zaraz, czyjem miało być siedzeniem.Rumienił się, serce mu biło nadzwyczajnie;Więc rozwiązane widział swych domysłów tajnie!Więc było przeznaczono, by przy jego bokuUsiadła owa piękność, widziana w pomroku!600Wprawdzie zdała się teraz wzrostem dorodniejsza,Bo ubrana, a ubiór powiększa i zmniejsza.I włos u tamtej widział krótki, jasnozłoty,A u tej krucze, długie, zwijały się sploty.Kolor musiał pochodzić od słońca promieni,605Któremi przy zachodzie wszystko się czerwieni.Twarzy wówczas nie dostrzegł, nazbyt rychło znikła,Ale myśl twarz nadobną odgadywać zwykła;Myślił, że pewnie miała czarniutkie oczęta,Białą twarz, usta kraśne, jak wiśnie bliźnięta;610U tej znalazł podobne oczy, usta, lica.W wieku możeby była największa różnica:Ogrodniczka dziewczynką zdawała się małą,A pani ta niewiastą już w latach dojrzałą;Lecz młodzież o piękności metrykę nie pyta,615Bo młodzieńcowi młodą jest każda kobiéta,Chłopcowi każda piękność zda się rówiennicą,A niewinnemu każda kochanka dziewicą.
Tadeusz, chociaż liczył lat blisko dwadzieście,I od dzieciństwa mieszkał w Wilnie, wielkiem mieście,620Miał za dozorcę księdza, który go pilnowałI w dawnej surowości prawidłach wychował.Tadeusz zatem przywiózł w strony swe rodzinneDuszę czystą, myśl żywą i serce niewinne,Ale razem niemałą chętkę do swywoli.625Zgóry już robił projekt, że sobie pozwoliUżywać na wsi długo wzbronionej swobody;Wiedział, że był przystojny, czuł się rześki, młody,A w spadku po rodzicach wziął czerstwość i zdrowie.Nazywał się Soplica: wszyscy Soplicowie630Są, jak wiadomo, krzepcy, otyli i silni,Do żołnierki jedyni, w naukach mniej pilni.
Tadeusz się od przodków swoich nie odrodził:Dobrze na koniu jeździł, pieszo dzielnie chodził,Tępy nie był, lecz mało w naukach postąpił,635Choć stryj na wychowanie niczego nie skąpił.On wolał z flinty strzelać, albo szablą robić;Wiedział, że go myślano do wojska sposobić,Że ojciec w testamencie wyrzekł taką wolę;Ustawicznie do bębna tęsknił, siedząc w szkole.640Ale stryj nagle pierwsze zamiary odmienił,Kazał, aby przyjechał i aby się żeniłI objął gospodarstwo; przyrzekł na początekDać małą wieś, a potem cały swój majątek.
Te wszystkie Tadeusza cnoty i zalety645Ściągnęły wzrok sąsiadki, uważnej kobiety.Zmierzyła jego postać kształtną i wysoką,Jego ramiona silne, jego pierś szeroką,I w twarz spojrzała, z której wytryskał rumieniec,Ilekroć z jej oczyma spotkał się młodzieniec:650Bo z pierwszej lękliwości całkiem już ochłonął,I patrzył wzrokiem śmiałym, w którym ogień płonął.Również patrzyła ona, i cztery źreniceGorzały przeciw sobie, jak roratne świéce.
Pierwsza z nim po francusku zaczęła rozmowę,655Wracał z miasta ze szkoły, więc o książki nowe,O autorów pytała Tadeusza zdania,I ze zdań wyciągała na nowo pytania.Cóż, gdy potem zaczęła mówić o malarstwie,O muzyce, o tańcach, nawet o rzeźbiarstwie!660Dowiodła, że zna równie pędzel, nuty, druki.Aż osłupiał Tadeusz na tyle nauki;Lękał się, by nie został pośmiewiska celem,I jąkał się, jak żaczek przed nauczycielem.Szczęściem, że nauczyciel ładny i niesrogi;665Odgadnęła sąsiadka powód jego trwogi,Wszczęła rzecz o mniej trudnych i mądrych przedmiotach,O wiejskiego pożycia nudach i kłopotach,I jak bawić się trzeba, i jak czas podzielić,By życie uprzyjemnić i wieś rozweselić.670Tadeusz odpowiadał śmielej, szła rzecz daléj,W pół godziny już byli z sobą poufali;Zaczęli nawet małe żarciki i sprzeczki.
Wkońcu, stawiła przed nim trzy z chleba gałeczki,Trzy osoby na wybór: wziął najbliższą sobie,675Podkomorzanki na to zmarszczyły się obie,Sąsiadka zaśmiała się, lecz nie powiedziała,Kogo owa szczęśliwsza gałka oznaczała.
Inaczej bawiono się w drugim końcu stoła,Bo tam, wzmógłszy się nagle, stronnicy Sokoła680Na partyję Kusego bez litości wsiedli,Spór był wielki, już potraw ostatnich nie jedli;Stojąc i pijąc, obie kłóciły się strony,A najstraszniej pan Rejent był zacietrzewiony:Jak raz zaczął, bez przerwy rzecz swoję tokował685I gestami ją bardzo dobitnie malował.(Był dawniej adwokatem pan Rejent Bolesta,Zwano go kaznodzieją, że zbyt lubił gesta).Teraz ręce przy boku miał, wtył wygiął łokcie,Z pod ramion wytknął palce i długie paznokcie,690Przedstawiając dwa smycze chartów tym obrazem,Właśnie rzecz kończył. „Wyczha! puściliśmy razemJa i Asesor, razem, jakoby dwa kurkiJednym palcem spuszczone u jednej dwururki;Wyczha! poszli, a zając jak struna — smyk w pole,695Psy tuż (to mówiąc, ręce ciągnął wzdłuż po stoleI palcami ruch chartów przedziwnie udawał),Psy tuż, i hec! od lasu odsadzili kawał;Sokół smyk naprzód, rączy pies, lecz zagorzalec,Wysadził się przed Kusym, o tyle, o palec;
700Wiedziałem, że spudłuje. Szarak, gracz nielada,Czchał niby prosto w pole, za nim psów gromada;Gracz szarak! skoro poczuł wszystkie charty w kupie,Pstręk na prawo koziołka, z nim w prawo psy głupie,A on znowu fajt w lewo, jak wytnie dwa susy,705Psy za nim fajt na lewo, on w las, a mój KusyCap!!“ Tak krzycząc, pan Rejent, na stół pochylony,Z palcami swemi zabiegł aż do drugiej strony,I „Cap!“ Tadeuszowi wrzasnął tuż nad uchem.Tadeusz i sąsiadka tym głosu wybuchem710Znienacka przestraszeni właśnie w pół rozmowy,Odstrychnęli od siebie mimowolnie głowy,Jako wierzchołki drzewa powiązane społem,Gdy je wicher rozerwie; i ręce pod stołem,Blisko siebie leżące, wstecz nagle uciekły715I dwie twarze w jeden się rumieniec oblekły.
Tadeusz, by nie zdradzić swego roztargnienia,„Prawda — rzekł — mój Rejencie, prawda bez wątpieniaKusy piękny chart z kształtu, jeśli równie chwytny“...„Chwytny? — krzyknął pan Rejent — mój pies faworytny720Żeby nie miał być chwytny?“ — Więc Tadeusz znowuCieszył się, że tak piękny pies nie ma narowu,Żałował, że go tylko widział, idąc z lasu,I że przymiotów jego poznać nie miał czasu.
Na to zadrżał Asesor, puścił z rąk kieliszek,725Utopił w Tadeusza wzrok jak bazyliszek.
Asesor mniej krzykliwy i mniej był ruchawyOd Rejenta, szczuplejszy i mały z postawy,Lecz straszny na reducie, balu i sejmiku,Bo powiadano o nim: ma żądło w języku.730Tak dowcipne żarciki umiał komponować,Iżby je w kalendarzu można wydrukować:Wszystkie złośliwe, ostre. Dawniej człek dostatni,Schedę ojca swojego i majątek bratni,Wszystko strwonił, na wielkim figurując świecie;735Teraz wszedł w służbę rządu, by znaczyć w powiecie.Lubił bardzo myślistwo już to dla zabawy,Już to, że odgłos trąbki i widok obławyPrzypominał mu jego lata młodociane,Kiedy miał strzelców licznych i psy zawołane;740Teraz mu z całej psiarni dwa charty zostały,I jeszcze z tych jednemu chciano przeczyć chwały!Więc zbliżył się i zwolna gładząc faworyty,Rzekł z uśmiechem, a był to uśmiech jadowity:„Chart bez ogona jest jak szlachcic bez urzędu,745Ogon też znacznie chartom pomaga do pędu,A Pan kusość uważasz za dowód dobroci?Zresztą, zdać się możemy na sąd Pańskiej cioci.Choć pani Telimena mieszkała w stolicyI bawi się niedawno w naszej okolicy,750Lepiej zna się na łowach, niż myśliwi młodzi:Tak to nauka sama z latami przychodzi“.
Tadeusz, na którego niespodzianie spadałGrom taki, wstał zmieszany, chwilę nic nie gadał,Lecz patrzył na rywala coraz straszniej, srożéj...
755Wtem, wielkiem szczęściem, dwakroć kichnął Podkomorzy:„Wiwat!“ krzyknęli wszyscy; on się wszystkim skłonił,I zwolna w tabakierę palcami zadzwonił.Tabakiera ze złota, z brylantów oprawa,A w środku jej był portret króla Stanisława.760Ojcu Podkomorzego sam król ją darował,Po ojcu Podkomorzy godnie ją piastował;Gdy w nię dzwonił, znak dawał, że miał głos zabierać.Umilkli wszyscy i ust nie śmieli otwierać.On rzekł: „Wielmożni Szlachta, Bracia Dobrodzieje!765Forum myśliwskiem tylko są łąki i knieje,Więc ja w domu podobnych spraw nie decyduję,I posiedzenie nasze na jutro solwuję,I dalszych replik stronom dzisiaj nie dozwolę,Woźny! odwołaj sprawę na jutro na pole.770Jutro i Hrabia z całem myślistwem tu zjedzie,I Waszeć z nami ruszysz, Sędzio, mój sąsiedzie,I pani Telimena i panny i panie,Słowem, zrobim na urząd wielkie polowanie;I Wojski towarzystwa nam też nie odmowi“.775To mówiąc, tabakierę podawał starcowi.
Wojski na ostrym końcu śród myśliwych siedział.Słuchał, zmrużywszy oczy, słowa nie powiedział;
Choć młodzież nieraz jego zasięgała zdania,Bo nikt lepiej nad niego nie znał polowania,780On milczał; szczyptę wziętą z tabakiery ważyłW palcach i długo dumał, nim ją wkońcu zażył;Kichnął, aż cała izba rozległa się echem,I potrząsając głową rzekł z gorzkim uśmiechem:„O, jak mnie to starego i smuci i dziwi!785Cóżby to o tem starzy mówili myśliwi,Widząc, że w tylu szlachty, w tylu panów gronie,Mają sądzić się spory o charcim ogonie?Cóżby rzekł na to stary Rejtan, gdyby ożył?Wróciłby do Lachowicz i w grób się położył!790Coby rzekł wojewoda Niesiołowski stary,Który ma dotąd pierwsze na świecie ogary,I dwiestu strzelców trzyma obyczajem pańskim,I ma sto wozów sieci w zamku worończańskim,A od tylu lat siedzi jak mnich na swym dworze.795Nikt go na polowanie uprosić nie może,Białopiotrowiczowi samemu odmowił!Bo cóżby on na waszych polowaniach łowił?Piękna byłaby sława, ażeby pan takiWedle dzisiejszej mody jeździł na szaraki!800Za moich, panie, czasów w języku strzeleckimDzik, niedźwiedź, łoś, wilk zwany był zwierzem szlacheckim,A zwierzę, nie mające kłów, rogów, pazurów,
Zostawiano dla płatnych sług i dworskich ciurów;Żaden pan nigdy przyjąć nie chciałby do ręki805Strzelby, którą zhańbiono, sypiąc w nią śrut cienki!Trzymano wprawdzie chartów, bo z łowów wracając,Trafia się, że z pod konia mknie się biedak zając;Puszczano wtenczas za nim dla zabawki smycze,I na konikach małe goniły panicze810Przed oczyma rodziców, którzy te pogonieLedwie raczyli widzieć, cóż kłócić się o nie!Więc niech Jaśnie Wielmożny Podkomorzy raczyOdwołać swe rozkazy i niech mi wybaczy,Że nie mogę na takie jechać polowanie,815I nigdy na niem noga moja nie postanie!Nazywam się Hreczecha, a od króla LechaŻaden za zającami nie jeździł Hreczecha“.
Tu śmiech młodzieży mowę Wojskiego zagłuszył,Wstano od stołu. Pierwszy Podkomorzy ruszył,820Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy;Idąc, kłaniał się damom, starcom i młodzieży.Za nim szedł kwestarz, Sędzia tuż przy bernardynie,Sędzia u progu rękę dał Podkomorzynie,Tadeusz Telimenie, Asesor Krajczance,825A pan Rejent nakońcu Wojskiej Hreczeszance.
Tadeusz z kilku gośćmi poszedł do stodoły,A czuł się pomieszany, zły i niewesoły.Rozbierał myślą wszystkie dzisiejsze wypadki,Spotkanie się, wieczerzę przy boku sąsiadki;830A szczególniej mu słowo „ciocia“ koło uchaBrzęczało ciągle, jako naprzykrzona mucha.Pragnąłby u Woźnego lepiej się wypytać,
O pani Telimenie, lecz go nie mógł schwytać;Wojskiego też nie widział, bo zaraz z wieczerzy835Wszyscy poszli za gośćmi, jak sługom należy,Urządzając we dworze izby do spoczynku.Starsi i damy spały we dworskim budynku,Młodzież Tadeuszowi prowadzić kazanoW zastępstwie gospodarza w stodołę na siano.
840W pół godziny tak było głucho w całym dworze,Jako po zadzwonieniu na pacierz w klasztorze;Ciszę przerywał tylko głos nocnego stróża.Usnęli wszyscy. Sędzia sam oczu nie zmruża:Jako wódz gospodarstwa, obmyśla wyprawę845W pole, i w domu przyszłą urządza zabawę.Dał rozkaz ekonomom, wójtom i gumiennym,Pisarzom, ochmistrzyni, strzelcom i stajennym,I musiał wszystkie dzienne rachunki przezierać;Nareszcie rzekł Woźnemu, że się chce rozbierać.850Woźny pas mu odwiązał, pas słucki, pas lity,Przy którym świecą gęste kutasy jak kity,Z jednej strony złotogłów’ w purpurowe kwiaty,Nawywrót jedwab’ czarny posrebrzany w kraty;Pas taki można równie kłaść na strony obie,855Złotą na dzień galowy a czarną w żałobie.Sam Woźny umiał pas ten odwiązywać, składać;Właśnie tem się zatrudniał i kończył tak gadać:
„Cóż złego, że przeniosłem stoły do zamczyskazamczyska,Nikt na tem nic nie stracił, a Pan może zyska,860Bo przecież o ten zamek dziś toczy się sprawa.My od dzisiaj do zamku nabyliśmy prawa,
I mimo całą strony przeciwnej zajadłośćDowiodę, że zamczysko wzięliśmy w posiadłość.Wszakże kto gości prosi w zamek na wieczerzę,865Dowodzi, że posiadłość tam ma, albo bierze;Nawet strony przeciwne weźmiemy na świadki:Pamiętam za mych czasów podobne wypadki“.
Już Sędzia spał. Więc Woźny cicho wszedł do sieni,Siadł przy świecy i dobył książeczkę z kieszeni,870Która mu jak „Ołtarzyk złoty“ zawsze służy,Której nigdy nie rzuca w domu i w podróży.Była to trybunalska wokanda: tam rzędemStały spisane sprawy, które przed urzędemWoźny sam głosem swoim przed laty wywołał,875Albo o których później dowiedzieć się zdołał.Prostym ludziom wokanda zda się imion spisem;Woźnemu jest obrazów wspaniałych zarysem.Czytał więc i rozmyślał: Ogiński z Wizgirdem,Dominikanie z Rymszą, Rymsza z Wysogirdem,880Radziwiłł z Wereszczaką, Giedrojć z Rodułtowskim,Obuchowicz z kahałem, Juraha z Piotrowskim,Maleski z Mickiewiczem, a nakoniec HrabiaZ Soplicą; i czytając, z tych imion wywabiaPamięć spraw wielkich, wszystkie procesu wypadki,I stają mu przed oczy sąd, strony i świadki;885I ogląda sam siebie, jak w żupanie białym,W granatowym kontuszu stał przed trybunałem,
Jedna ręka na szabli, a drugą do stołaPrzywoławszy dwie strony: „Uciszcie się!“ woła.890Marząc i kończąc pacierz wieczorny, pomałuUsnął ostatni w Litwie Woźny trybunału.
Takie były zabawy, spory w one lataŚród cichej wsi litewskiej, kiedy reszta świataWe łzach i krwi tonęła, gdy ów mąż, bóg wojny,895Otoczon chmurą pułków, tysiącem dział zbrojny,Wprzągłszy w swój rydwan orły złote obok srebnych,Od puszcz Libijskich latał do Alpów podniebnych,Ciskając grom po gromie w Piramidy, w Tabor,W Marengo, w Ulm, w Austerlitz. Zwycięstwo i Zabor900Biegły przed nim i za nim. Sława czynów tylu,Brzemienna imionami rycerzy, od NiluSzła hucząc ku północy, aż u Niemna brzegówOdbiła się, jak od skał, od Moskwy szeregów,Które broniły Litwę murami żelaza905Przed wieścią, dla Rosyji straszną jak zaraza.
Przecież nieraz nowina, niby kamień z nieba,Spadała w Litwę. Nieraz dziad żebrzący chleba,Bez ręki lub bez nogi, przyjąwszy jałmużnę,Stanął i oczy wkoło obracał ostróżne.910Gdy nie widział we dworze rosyjskich żołnierzy,Ani jarmułek, ani czerwonych kołnierzy,
Wtenczas, kim był, wyznawał: był legijonistą,Przynosił kości stare na ziemię ojczystą,Której już bronić nie mógł... Jak go wtenczas cała915Rodzina pańska, jak go czeladka ściskała,Zanosząc się od płaczu! On za stołem siadał,I dziwniejsze od baśni historyje gadał.On opowiadał, jako jenerał DąbrowskiZ ziemi włoskiej stara się przyciągnąć do Polski;920Jak on rodaków zbiera na Lombardzkiem polu;Jak Kniaziewicz rozkazy daje z Kapitolu,I, zwycięzca, wydartych potomkom cezarówRzucił w oczy Francuzów sto krwawych sztandarów;Jak Jabłonowski zabiegł, aż kędy pieprz rośnie,925Gdzie się cukier wytapia i gdzie w wiecznej wiośnie
Pachnące kwitną lasy; z legiją DunajuTam wódz murzyny gromi, a wzdycha do kraju.
Mowy starca krążyły we wsi pokryjomu;Chłopiec, co je posłyszał, znikał nagle z domu,930Lasami i bagnami skradał się tajemnie,Ścigany od Moskali skakał kryć się w Niemnie,I nurkiem płynął na brzeg Księstwa Warszawskiego,Gdzie usłyszał głos miły: „Witaj nam kolego!“Lecz nim odszedł, wyskoczył na wzgórek z kamienia935I Moskalom przez Niemen rzekł: „Do zobaczenia!“Tak przekradł się Gorecki, Pac i Obuchowicz,Piotrowski, Obolewski, Różycki, Janowicz,Mierzejewscy, Brochocki i Bernatowicze,Kupść, Giedymin i inni, których nie policzę:940Opuszczali rodziców i ziemię kochaną,I dobra, które na skarb carski zabierano.
Czasem do Litwy kwestarz z obcego klasztoruPrzyszedł i, kiedy bliżej poznał panów dworu,Gazetę im pokazał, wyprutą z szkaplerza.945Tam stała wypisana i liczba żołnierza,I nazwisko każdego wodza legijonu,I każdego z nich opis zwycięstwa lub zgonu.Po wielu latach pierwszy raz miała rodzinaWieść o życiu, o chwale i o śmierci syna:950Brał dom żałobę, ale powiedzieć nie śmiano,Po kim była żałoba; tylko zgadywano
W okolicy i tylko cichy smutek panów,Lub cicha radość była gazetą ziemianów.
Takim kwestarzem tajnym był Robak podobno:955Często on z panem Sędzią rozmawiał osobno;Po tych rozmowach zawsze jakowaś nowinaRozeszła się w sąsiedztwie. Postać bernardynaWydawała, że mnich ten niezawsze w kapturzeChodził i nie w klasztornym zestarzał się murze.960Miał on nad prawem uchem, nieco wyżej skroni,Bliznę wyciętej skóry na szerokość dłoni,I w brodzie ślad niedawny lancy lub postrzału;Ran tych nie dostał pewnie przy czytaniu mszału.Ale nietylko groźne wejrzenie i blizny,965Lecz sam ruch i głos jego miał coś żołnierszczyzny.
Przy mszy, gdy z wzniesionemi zwracał się rękamiOd ołtarza do ludu, by mówić: „Pan z wami!“,To nieraz tak się zręcznie skręcił jednym razem,Jakby prawo wtył robił za wodza rozkazem,970I słowa liturgii takim wyrzekł tonemDo ludu, jak oficer, stojąc przed szwadronem:Postrzegali to chłopcy, służący mu do mszy.Spraw także politycznych był Robak świadomszy,Niżli żywotów Świętych, a jeżdżąc po kweście,975Często zastanawiał się w powiatowem mieście.Miał pełno interesów: to listy odbierał,Których nigdy przy obcych ludziach nie otwierał,To wysyłał posłańców, ale gdzie i po co,Nie powiadał; częstokroć wymykał się nocą
980Do dworów pańskich, z szlachtą ustawicznie szeptał,I okoliczne wioski dokoła wydeptał,I w karczmach z wieśniakami rozprawiał niemało,A zawsze o tem, co się w cudzych krajach działo.Teraz Sędziego, który już spał od godziny,985Przychodzi budzić; pewnie ma jakieś nowiny.