Pan Tadeusz — Księga szósta: Zaścianek

Adam Bernard Mickiewicz (1798–1855)

Nieznacznie z wilgotnego wykradał się mrokuŚwit bez rumieńca, wiodąc dzień bez światła w oku.Dawno wszedł dzień, a jeszcze ledwie jest widomy.Mgła wisiała nad ziemią, jak strzecha ze słomy5Nad ubogą Litwina chatką; w stronie WschoduWidać z bielszego nieco na niebie obwodu,Że słońce wstało, tędy ma zstąpić na ziemię,Lecz idzie niewesoło i po drodze drzemie.

Za przykładem niebieskim wszystko się spóźniło10Na ziemi. Bydło późno na paszę ruszyłoI zdybało zające przy późnem śniadaniu.One zwykły do gajów wracać o świtaniu,Dziś okryte tumanem, te mokrzycę chrupią,Te jamki w roli kopiąc, parami się kupią,15I na wolnem powietrzu myślą użyć wczasu;Ale przed bydłem muszą powracać do lasu.

I w lasach cisza. Ptaszek zbudzony nie śpiewa,Otrząsnął pierze z rosy, tuli się do drzewa,Głowę wciska w ramiona, oczy znowu mruży20I czeka słońca. Kędyś, u brzegów kałuży,Klekce bocian; na kopach siedzą wrony zmokłe,Rozdziawiwszy się, ciągną gawędy rozwlokłe,Obrzydłe gospodarzom jako wróżby słoty.Gospodarze już dawno wyszli do roboty.

25Już zaczęły żniwiarki swą piosnkę zwyczajną,Jak dzień słotny ponurą, tęskną, jednostajną,Tem smutniejszą, że dźwięk jej w mgłę bez echa wsiąka.Chrząsnęły sierpy w zbożu, ozwała się łąka,Rząd kosiarzy, otawę siekących, wciąż brząka,30Pogwizdując piosenkę; z końcem każdej zwrotkiStają, ostrzą żelezca i w takt kują młotki.Ludzi we mgle nie widać, tylko sierpy, kosy,I pieśni brzmią, jak muzyk niewidzialnych głosy.

W środku, na snopie zboża ekonom usiadłszy35Nudzi się, kręci głową, roboty nie patrzy,Pogląda na gościniec, na drogi rozstajne,Kędy działy się jakieś rzeczy nadzwyczajne.

Na gościńcu i drogach od samego rankaPanuje ruch niezwykły. Stąd chłopska furmanka40Skrzypi, lecąc jak poczta; stąd szlachecka brykaCzwałem tarkocze, drugą i trzecią spotyka;Z lewej drogi posłaniec jak kuryjer goni,Z prawej przebiegło w zawód kilkanaście koni,Wszyscy śpieszą, ku różnym kierują się stronom.

45Co to ma znaczyć? Powstał ze snopa ekonom,Chciał przypatrzyć się, spytać; długo stał nad drogą,Daremnie wołał, nie mógł zatrzymać nikogo,Ni poznać we mgle. Jezdni migają jak duchy.Tylko słychać raz po raz tętent kopyt głuchy,50I co dziwniejsza jeszcze, szczękanie pałaszy:Bardzo to ekonoma i cieszy i straszy.Bo choć na Litwie było naonczas spokojnie.Dawno już wieści głuche biegały o wojnie,O Francuzach, Dąbrowskim, o Napoleonie.55Miałyżby wojnę wróżyć ci jeźdźcy? te bronie?Ekonom pobiegł wszystko Sędziemu powiedzieć,Spodziewając się i sam czegoś się dowiedzieć.

W Soplicowie domowi i goście po kłótniWczorajszej wstali z siebie nieradzi i smutni.60Próżno Wojszczanka damy na kabałę sprasza,Mężczyznom próżno karty dają do marjasza:Nie chcą bawić się, ni grać, siedzą cicho w kątkach,Mężczyzni palą lulki, kobiety przy prątkach;Nawet śpią muchy.Wojski, rzuciwszy łopatkę,65Znudzony ciszą, idzie pomiędzy czeladkę.Woli w kuchennej słuchać ochmistrzyni krzyków,Gróźb i razów kucharza, hałasu kuchcików;Aż go powoli wprawił w przyjemne marzenieRuch jednostajny rożnów, kręcących pieczenie.

70Sędzia od rana pisał, zamknąwszy się w izbie,Woźny od rana czekał pod oknem na przyzbie.Sędzia, skończywszy pozew, Protazego wzywa,

Skargę przeciw Hrabiemu głośno odczytywaO skrzywdzenie honoru, zelżywe wyrazy,75Zaś przeciw Gerwazemu o gwałty i razy;Obudwu o przechwałki, o koszta z powoduProcesu ciągnie w rejestr taktowy do grodu.Pozew dziś trzeba wręczyć ustnie, oczywisto,Nim zajdzie słońce. Woźny z miną uroczystą80Wyciągnął słuch i rękę; skoro pozew zoczył,Stał poważnie, a radby z radości podskoczył.Na samą myśl procesu czuł, że się odmłodził:Wspomniał na dawne lata, gdy z pozwami chodziłPo guzy, ale razem po zapłaty hojne.85Tak żołnierz, który strawił życie, tocząc wojnę,A na starość w szpitalach spoczywa kaleki,Skoro usłyszy trąbę lub bęben daleki,Chwyta się z łoża, krzyczy przez sen: „Bij Moskala!“I na drewnianej nodze skacze ze szpitala90Tak prędko, że go ledwie może złowić młodzież.

Protazy śpieszył włożyć swą woźnieńską odzież.Przecież żupana ani kontusza nie kładzie,One służą ku wielkiej sądowej paradzie,Na podróż ma strój inny: szerokie rajtuzy95I kurtę, której poły, podpięte na guzy,Można zakasać albo spuścić na kolana;Czapka z uszami, sznurkiem u wierzchu związana,Wznosi się na pogodę, spuszcza się przed słotą.Tak ubrany wziął pałkę i ruszył piechotą,100Bo woźni przed procesem, jak szpiegi przed bojem,Muszą kryć się pod różną postacią i strojem.

Dobrze zrobił Protazy, że w drogę pośpieszył,Bo niedługoby swoim pozwem się nacieszył.W Soplicowie zmieniano kampanii plany.Do Sędziego wpadł nagle Robak zadumany, 105

I rzekł: „Sędzio, to bieda nam z tą panią ciotką,Z tą panią Telimeną, kokietką i trzpiotką!Kiedy Zosia została dzieckiem w biednym stanie,Jacek ją Telimenie dał na wychowanie,Słysząc, że jest osoba dobra, świat znająca, 110

A postrzegam, że ona coś tu nam zamąca,Intryguje i pono Tadeuszka wabi;Śledzę ją — albo może bierze się do Hrabi,Może do obu razem. Obmyślmy więc środki,Jak się jej pozbyć, bo stąd mogą uróść plotki, 115

Zły przykład i pomiędzy młokosami zwady,Które mogą pomieszać twe prawne układy“.„Układy? — krzyknął Sędzia z niezwykłym zapałem —Z układów kwita, już je skończyłem, zerwałem“.„A to co? — przerwał Robak — gdzie rozum? gdzie głowa? 120

Co tu mi Wasze bajesz? jaka burda nowa?“„Nie z mej winy — rzekł Sędzia — proces to wyjaśni:Hrabia pyszałek, głupiec, był przyczyną waśni,I Gerwazy łotr; lecz to do sądu należy.Szkoda, żeś nie był, Księże, w zamku na wieczerzy, 125

Poświadczyłbyś, jak Hrabia srodze mnie obraził“.„Po co Waść — krzyknął Robak — do tych ruin łaził?Wiesz, jak zamku nie cierpię; odtąd moja nogaTam nie postanie. Znowu kłótnia! kara Boga!Jakże tam było? powiedz, trzeba tę rzecz zatrzeć, 130

Już mię znudziło wreszcie na tyle głupstw patrzeć.Ważniejsze ja mam sprawy, niż godzić pieniaczy,

Ale jeszcze raz zgodzę“. — „Zgodzić? cóż to znaczy!A idźże mi Waść wreszcie z tą zgodą do licha!— Przerwał Sędzia, tupnąwszy nogą — patrzcie mnicha! 135

Że go przyjmuję grzecznie, chce mnie za nos wodzić!Wiedz Wasze, że Soplice nie zwykli się godzić,Gdy pozwą, muszą wygrać; nieraz w ich imieniuTrwał proces, aż wygrali w szóstem pokoleniu.Dosyć zrobiłem głupstwa z porady Waszeci, 140

Zwołując podkomorskie sądy po raz trzeci.Od dzisiaj niema zgody; niema, niema, niema!(I krzycząc chodził, tupał nogami obiema).Prócz tego za wczorajszy niegrzeczny uczynekMusi mnie deprekować, albo pojedynek!“ 145

„Ale, Sędzio, cóż będzie, jak się Jacek dowie?Wszak on umrze z rozpaczy! Czyliż SoplicowieNie narobili jeszcze w tym zamku dość złego?Bracie! wspominać nie chcę wypadku strasznego.Wiesz także, że część gruntów od zamku dziedzica 150

Zabrała i Soplicom dała Targowica.Jacek, za grzech żałując, musiał był ślubowaćPod absolucją dobra te restytuować.Wziął więc Zosię, Horeszków dziedziczkę ubogąHodować, wychowanie jej opłacał drogo; 155

Chciał ją Tadeuszkowi swojemu wyswatać,I tak dwa poróżnione domy znowu zbratać,I dziedziczce bez wstydu ustąpić grabieży“.

„Lecz cóż to? — krzyknął Sędzia — co do mnie należy?160Ja się nie znałem, nawet nie widziałem z Jackiem;Ledwiem słyszał o jego życiu hajdamackiem,Siedząc wtenczas retorem w jezuickiej szkole,Potem u wojewody służąc za pacholę.Dano mi dobra, wziąłem; kazał przyjąć Zosię,165Przyjąłem, hodowałem, myślę o jej losie:Dość mnie nudzi ta cała historyja babia!A potem, czegoż jeszcze wlazł mi tu ten Hrabia?Z jakiem prawem do zamku? Wszak wiesz, przyjacielu,On Horeszkom dziesiąta woda na kisielu!170I ma mnie lżyć? a ja go zapraszać do zgody?“„Bracie! — rzekł ksiądz — ważne są do tego powody.Pamiętasz, że Jacek chciał do wojska słać syna,Potem w Litwie zostawił: cóż w tem za przyczyna?Oto, w domu Ojczyznie potrzebniejszy będzie.175Słyszałeś pewnie, o czem już gadają wszędzie,O czem ja wiadomostki przynosiłem nieraz;Teraz czas już powiedzieć wszystko, czas już teraz!Ważne rzeczy, mój bracie! Wojna tuż nad nami!Wojna o Polskę! bracie! będziem Polakami!180Wojna niechybna! Kiedy z poselstwem tajemnemTu biegłem, wojsk forpoczty już stały nad Niemnem;Napoleon już zbiera armiję ogromną,Jakiej człowiek nie widział i dzieje nie pomną;Obok Francuzów ciągnie polskie wojsko całe,

Nasz Józef, nasz Dąbrowski, nasze Orły białe! 185

Już są w drodze, na pierwszy znak NapoleonaPrzejdą Niemen, i bracie! Ojczyzna wskrzeszona!

Sędzia słuchając, zwolna okulary składałI wpatrując się mocno w księdza, nic nie gadał,Westchnął głęboko, w oczach łzy się zakręciły... 190

Wreszcie porwał za szyję księdza z całej siły:„Mój Robaku — wołając — czy to tylko prawda?Mój Robaku! — powtarzał — czy to tylko prawda?Ileż razy zwodzono! pamiętasz? gadali:Napoleon już idzie! i my już czekali! 195

Gadano: już w Koronie, już Prusaka pobił,Wkracza do nas! A on! co? pokój w Tylży zrobił!Czy tylko prawda? Czy ty nie zwodzisz sam siebie?“„Prawda — zawołał Robak — jak Pan Bóg na niebie!“„Błogosławioneż niechaj będą usta, które 200

To zwiastują — rzekł Sędzia, wznosząc ręce w górę —Nie pożałujesz twego poselstwa, Robaku,Nie pożałuje klasztor; dwieście owiec z brakuDaję na klasztor. Księże, tyś się wczoraj paliłDo mojego kasztanka i gniadosza chwalił, 205

Dziś zaraz w twym kwestarskim wozie pójdą oba;Dziś proś mnie, o co zechcesz, co ci się podoba,Nie odmówię ! Lecz o tym interesie całymZ Hrabią, daj pokój; skrzywdził mnie, już zapozwałem;Czyż wypada?“ 210

Załamał ręce ksiądz „dziwiony.Wlepiwszy oczy w Sędzię, ruszywszy ramiony,Rzekł: „To gdy Napoleon wolność Litwie niesie,Gdy świat drży cały, to ty myślisz o procesie?I jeszczeż po tem wszystkiem, com tobie powiedział,Będziesz spokojnie, ręce założywszy, siedział, 215

Gdy działać trzeba!“ „Działać? — Cóż?“ — Sędzia zapytał.„Jeszcześ — rzekł Robak — z oczu moich nie wyczytał?Jeszcze serce nic tobie nie gada? Ach bracie!Jeśli Soplicowskiej krwi kroplę w żyłach macie,Uważ tylko: Francuzi uderzają zprzodu... 220

A gdyby ztyłu zrobić powstanie narodu?Co myślisz? Niechno Pogoń zarży, niech na ŻmudziNiedźwiedź ryknie! Ach, gdyby jakie tysiąc ludzi,Gdyby choć pięćset ztyłu na Moskwę natarło,Powstanie, jako pożar, wkoło rozpostarło, 225

Gdybyśmy my, nabrawszy Moskwie harmat, znaków,Zwycięscy szli powitać wybawców rodaków?Ciągniemy! Napoleon, widząc nasze lance,Pyta: co to za wojsko? my krzyczym: Powstańce,Najjaśniejszy Cesarzu, Litwa! ochotnicy! 230

Pyta: Pod czyją wodzą? — Sędziego Soplicy!Ach, któżby potem pisnąć śmiał o Targowicy?Bracie, póki Ponarom stać, Niemnowi płynąć,Póty w Litwie Sopliców imieniowi słynąć;Wnuków, prawnuków będzie Jagiełłów stolica 235

Wskazywać palcem, mówiąc: oto jest Soplica,Z tych Sopliców, co pierwsi zrobili powstanie!“

A na to Sędzia: „Mniejsza o ludzkie gadanie,Nigdy nie dbałem bardzo o pochwały świata;Bóg świadkiem, żem nie winien grzechów mego brata, 240

W politykę jam nigdy bardzo się nie wdawał,Urzędując i orząc mojej ziemi kawał.Lecz jestem szlachcic, radbym plamę domu zmazać;Jestem Polak, dla kraju radbym coś dokazac,Choć duszę oddać. W szable nie byłem zbyt tęgi, 245

Wszakże bierali ludzie i odemnie cięgi;Wie świat, że w czasie polskich ostatnich sejmikówWyzwałem i zraniłem dwóch braci Buzwików,Którzy... Ale to mniejsza. Jakże Wasze myśli?Czy potrzeba, żebyśmy zaraz w pole wyszli? 250

Strzelców zebrać, rzecz łatwa; prochu mam dostatek,W plebanii u księdza jest kilka armatek;Przypominam, iż Jankiel mówił, iż u siebieMa groty do lanc, że je mogę wziąć w potrzebie;Te groty przywiózł w pakach gotowych z Królewca 255

Pod sekretem; weźmiem je, zaraz zrobim drzewca,Szabel nam nie zabraknie; szlachta na koń wsiędzie,Ja z synowcem na czele, i — jakoś to będzie!“

„O, polska krwi! — zawołał bernardyn wzruszony,Z otwartemi skoczywszy na Sędzię ramiony 260

Prawe dziecię Sopliców! Tobie Bóg przeznaczaOczyścić grzechy brata twojego tułacza!Zawszem ciebie szanował, ale od tej chwiliKocham cię, jak gdybyśmy bracią sobie byli!Przygotujemy wszystko, lecz wyjść nie czas jeszcze, 265

Ja sam wyznaczę miejsce i czas wam obwieszczę.Wiem, że car wysłał gońców do NapoleonaProsić o pokój; wojna nie jest ogłoszona,

Lecz książę Józef słyszał od pana Biniona, 270

Francuza, co należy do cesarskiej rady,Że się na niczem skończą wszystkie te układy,Że będzie wojna. Książę wysłał mnie na zwiady,Z rozkazem, żeby byli Litwini gotowiDowieść przychodzącemu Napoleonowi,Że chcą złączyć się znowu z siostrą swą, Koroną, 275

I żądają, ażeby Polskę przywrócono.Tymczasem bracie, z Hrabią trzeba przyjść do zgody,Jest to dziwak, fantastyk trochę, ale młody,Poczciwy, dobry Polak; potrzebny nam taki,W rewolucyjach bardzo potrzebne dziwaki, 280

Wiem z doświadczenia; nawet głupi się przydadzą,Byle tylko poczciwi i pod mądrych władzą.Hrabia pan, ma u szlachty wielkie zachowanie,Cały powiat ruszy się, jeśli on powstanie;Znając jego majątek, każdy szlachcic powie: 285

Musi to być rzecz pewna, gdy z nią są panowie.Biegę do niego zaraz.“ „— Niech się pierwszy zgłosi, —Rzekł Sędzia, — niech przyjedzie tu, niech mnie przeprosi;Wszak jestem starszy wiekiem, jestem na urzędzie!Co się tycze procesu, sąd arbitrów będzie...“ 290

Bernardyn trzasnął drzwiami. „No, szczęśliwa droga!“Rzekł Sędzia.

Ksiądz wpadł w powóz stojący u proga,Tnie biczem konie, łechce lejcami po bokach;Furknęła kałamaszka, ginie w mgły obłokach,

Tylko kiedy niekiedy kaptur mnicha bury 295

Wznosi się nad tumany, jako sęp nad chmury.

Woźny już dawniej wyszedł ku domowi Hrabi.Jak lis bywalec, gdy go woń słoniny wabi.Bieży ku niej, a strzelców zna fortele skryte,Bieży, staje, przysiada coraz, wznosi kitę 300

I wiatr nią jak wachlarzem ku swym nozdrzom tuli,Pyta wiatru, czy strzelcy jadła nie zatruli?Protazy zesjedł z drogi i wzdłuż sianożęciKrąży około domu; pałkę w ręku kręci,Udaje, że obaczył kędyś bydło w szkodzie, 305

Tak zręcznie lawirując, stanął przy ogrodzie;Schylił się, bieży, rzekłbyś, iż derkacza tropi,Aż nagle skoczył przez płot i wpadł do konopi.

W tej zielonej, pachnącej i gęstej krzewinieKoło domu jest pewny przytułek zwierzynie 310

I ludziom. Nieraz zając, zdybany w kapuście,Skacze skryć się w konopiach, bezpieczniej, niż w chróście,Bo go dla gęstwi ziela ani chart nie zgoni,Ani ogar wywietrzy dla zbyt tęgiej woni.W konopiach człowiek dworski, uchodząc kańczuka, 315

Lub pięści, siedzi cicho, aż się pan wyfuka.I nawet często zbiegli od rekruta chłopi,Gdy ich rząd śledzi w lasach, siedzą śród konopi.I stądto w czasie bitew, zajazdów, tradowań,Obie strony nie szczędzą wielkich usiłowań, 320

Ażeby stanowisko zająć konopiane,Które zprzodu ciągnie się aż pod dworską ścianę,

A ztyłu, pospolicie stykając się z chmielem,Kryje atak i odwrót przed nieprzyjacielem.

Protazy, choć człek śmiały, uczuł nieco strachu, 325

Bo przypomniał z samego rośliny zapachuRóżne swoje dawniejsze woźnieńskie przypadki,Jedne po drugich, biorąc konopie na świadki:Jako raz zapozwany szlachcic z Telsz, Dzindolet,Rozkazał mu, oparłszy o piersi pistolet, 330

Wleźć pod stół i ów pozew psim głosem odszczekać,Że Woźny musiał co tchu w konopie uciekać.Jak później Wołodkowicz, pan dumny, zuchwały,Co rozpędzał sejmiki, gwałcił trybunały,Przyjąwszy urzędowy pozew zdarł na sztuki, 335

I postawiwszy przy drzwiach z kijami hajduki,Sam nad Woźnego głową trzymał goły rapier,Krzycząc: albo cię zetnę, albo zjedz twój papier!Woźny niby jeść zaczął jak człowiek roztropny,Aż skradłszy się do okna, wpadł w ogród konopny. 340

Wprawdzie już wtenczas w Litwie nie było zwyczajemOpędzać się od pozwów szablą lub nahajem,I ledwie woźny czasem usłyszał łajanie:Ale Protazy o tej obyczajów zmianieWiedzieć nie mógł, bo dawno już pozwów nie naszał. 345

Choć zawsze gotów, choć się Sędziemu sam wpraszał,Sędzia dotąd, przez winny wzgląd na lata stare,Odmawiał jego prośbom; dziś przyjął ofiaręDla naglącej potrzeby.

Woźny patrzy, czuwa —Cicho wszędzie — w konopie zwolna ręce wsuwa, 350

I rozchylając gęstwę badylów, w jarzynieJako rybak pod wodą nurkujący płynie;Wzniósł głowę — cicho wszędzie — do okien się skrada,Cicho wszędzie — przez okna głąb’ pałacu bada,Pusto wszędzie — na ganek wchodzi nie bez strachu, 355

Odmyka klamkę — pusto jak w zaklętym gmachu.Dobywa pozew, czyta głośno oświadczenie.A wtem, usłyszał turkot, uczuł serca drżenie,Chciał uciec... gdy ode drzwi zaszła mu osoba,Szczęściem znajoma! Robak! Zdziwili się oba. 360

Widno, że Hrabia kędyś ruszył z całym dworem,I bardzo śpieszył, bo drzwi zostawił otworem.Widać, że się uzbrajał; leżały dwururkiI sztućce na podłodze, dalej sztenfle, kurki,I narzędzia ślusarskie, któremi rynsztunki 365

Poprawiano, proch, papier; robiono ładunki.Czy Hrabia z całym dworem wyjechał na łowy?Ale po cóż broń ręczna? Tu szabla bez głowyZardzewiała, tam leży szpada bez temlaku:Zapewne wybierano oręż z tego braku, 370

I poruszono nawet stare broni składy.Robak obejrzał pilnie rusznice i szpady,A potem do folwarku wybrał się na zwiady,Szukając sług, żeby się rozpytał o Hrabię.W pustym folwarku ledwie wynalazł dwie babie, 375

Od których słyszy, że pan i dworska drużynaRuszyli tłumnie, zbrojnie, drogą do Dobrzyna.

Słynie szeroko w Litwie Dobrzyński zaścianekMęstwem swoich szlachciców, pięknością szlachcianek.Niegdyś możny i ludny, bo gdy król Jan Trzeci 380

Obwołał pospolite ruszenie przez wici,Chorąży województwa z samego DobrzynaPrzywiódł mu sześćset zbrojnej szlachty. Dziś rodzinaZmniejszona, zubożała. Dawniej w pańskich dworachLub wojsku, na zajazdach, sejmikowych zborach, 385

Zwykli byli Dobrzyńscy żyć o łatwym chlebie.Teraz zmuszeni sami pracować na siebie,Jako zaciężne chłopstwo! Tylko że siermięgiNie noszą, lecz kapoty białe, w czarne pręgi,A w niedzielę kontusze. Strój także szlachcianek 390

Najuboższych różni się od chłopskich katanek:Zwykle chodzą w drylichach albo perkaliczkach,Bydło pasą nie w łapciach z kory, lecz w trzewiczkach,I żną zboże, a nawet przędą w rękawiczkach.

Różnili się Dobrzyńscy między Litwą bracią 395

Językiem swoim, tudzież wzrostem i postacią.Czysta krew lacka, wszyscy mieli czarne włosy,Wysokie czoła, czarne oczy, orle nosy;

Z Dobrzyńskiej ziemi ród swój starożytny wiedli.A choć od lat czterystu na Litwie osiedli, 400

Zachowali mazurską mowę i zwyczaje.Jeśli który z nich dziecku imię na chrzcie daje,Zawsze zwykł za patrona brać koronijasza:Świętego Bartłomieja albo Matyjasza.Tak syn Macieja zawżdy zwał się Bartłomiejem, 405

A znowu Bartłomieja syn zwał się Maciejem;Kobiety wszystkie chrzczono Kachny lub Maryny.By rozeznać się wpośród takiej mieszaniny,Brali różne przydomki od jakiej zaletyLub wady, tak mężczyzni jako i kobiety. 410

Mężczyznom czasem kilka dawano przydomkówNa znak pogardy albo szacunku spółziomków;Czasem jedenże szlachcic inaczej w Dobrzynie,A pod innem nazwiskiem u sąsiadów słynie.Dobrzyńskich naśladując, inna szlachta bliska 415

Brała również przydomki, zwane „imioniska“.Teraz ich każda prawie używa rodzina,A rzadki wie, iż mają początek z Dobrzyna;I były tam potrzebne, kiedy w reszcie krajuGłupiem naśladownictwem weszły do zwyczaju. 420

Więc Matyjasz Dobrzyński, który stał na czeleCałej rodziny, zwan był Kurkiem na kościele.Potem z siedemset dziewięćdziesiąt czwartym rokiem,Odmieniwszy przydomek, ochrzcił się Zabokiem;Toż Królikiem Dobrzyńscy mianują go sami, 425

A Litwini nazwali Maćkiem nad Maćkami

Jak on nad Dobrzyńskimi, dom jego nad siołemPanował, stojąc między karczmą i kościołem.Widać rzadko zwiedzany, mieszka w nim hołota,Bo brama sterczy bez wrót, ogrody bez płota, 430

Nie zasiane, na grzędach już porosły brzózki:Przecież ten folwark zdał się być stolicą wioski,Iż kształtniejszy od innych chat, bardziej rozległy,I prawą stronę, gdzie jest świetlica, miał z cegły.Obok lamus, śpichrz, gumno, obora i stajnie, 435

Wszystko w kupie, jak bywa u szlachty zwyczajnie;Wszystko nadzwyczaj stare, zgniłe. Domu dachyŚwieciły się, jak gdyby od zielonej blachy,Od mchu i trawy, która buja jak na łące.Po strzechach gumien niby ogrody wiszące 440

Różnych roślin: pokrzywa i krokos czerwony,Żółta dziewanna, szczyru barwiste ogony.Gniazda ptastwa różnego, w strychach gołębniki,W oknach gniazda jaskółcze, u progu królikiBiałe skaczą i ryją w niedeptanej darni. 445

Słowem dwór nakształt klatki albo królikarni.

A dawniej był obronny! Pełno wszędzie śladów,Że wielkich i że częstych doznawał napadów.Pod bramą dotąd w trawie, jak dziecięca głowaWielka, leżała kula żelazna, działowa, 450

Od czasów szwedzkich; niegdyś skrzydło wrót otwarteBywało o tę kulę jak o głaz oparte.Na dziedzińcu, z pomiędzy piołunu i chwastu,Wznoszą się stare szczęty krzyżów kilkunastuNa ziemi nieświęconej; znak, że tu chowano 455

Poległych śmiercią nagłą i niespodziewaną.Ktoby uważał zbliska lamus, śpichrz i chatę,Ujrzy ściany od ziemi do szczytu pstrokateNiby rojem owadów czarnych; w każdej plamie460Siedzi we środku kula, jak czmiel w ziemnej jamie.

U drzwi domostwa wszystkie klamki, ćwieki, haki,Albo ucięte, albo noszą szabel znaki:Pewnie tu próbowano hartu Zygmuntówek,Któremi można śmiało ćwieki obciąć z główek,465Lub hak przerżnąć, w brzeszczocie nie zrobiwszy szczerby.Nade drzwiami Dobrzyńskich widne były herby;Lecz armaturę serów zasłoniły półkiI zasklepiły gęsto gniazdami jaskółki.

Wewnątrz samego domu, w stajni i wozowni,470Pełno znajdziesz rynsztunków, jak w starej zbrojowni.Pod dachem wiszą cztery ogromne szyszaki,Ozdoby czół marsowych: dziś Wenery ptaki,Gołębie w nich gruchając, karmią swe pisklęta.W stajni kolczuga wielka nad żłobem rozpięta475I pierścieniasty pancerz służą za drabinę,W którą chłopiec zarzuca źrebcom dzięcielinę.W kuchni kilka rapierów kucharka bezbożna

Odhartowała, kładąc je w piec zamiast rożna;Buńczukiem, łupem z Wiednia, otrzepywa żarna.480Słowem wygnała Marsa Ceres gospodarna,I panuje z Pomoną, Florą i WertumnemNad Dobrzyńskiego domem, stodołą i gumnem.Ale dziś muszą znowu ustąpić boginie:Mars powraca.O świcie zjawił się w Dobrzynie485Konny posłaniec; biega od chaty do chaty,Budzi jak na pańszczyznę. Wstają szlachta braty,Napełniają się ciżbą zaścianku ulice,Słychać krzyk w karczmie, widać w plebanii świéce.Biegą; jeden drugiego pyta, co to znaczy?490Starzy składają radę, młódź konie kulbaczy,Kobiety zatrzymują, chłopcy się szamocą,Rwą się biec, bić się, ale nie wiedzą z kim, o co?Muszą, chcąc nie chcąc, zostać. W mieszkaniu plebanaTrwa rada długa, tłumna, strasznie zamieszana,495Aż nie mogąc zdań zgodzić, nakoniec stanowiPrzełożyć całą sprawę Ojcu Maciejowi.

Siedmdziesiąt dwa lat liczył Maciej, starzec dziarski,Niskiego wzrostu, dawny konfederat barski.Pamiętają i swoi i nieprzyjaciele500Jego damaskowaną krzywą karabelę,

Którą piki i sztyki rzezał nakształt sieczki,I której żartem skromne dał imię Rózeczki.Z konfederata stał się stronnikiem królewskim,I trzymał z Tyzenhauzem, podskarbim litewskim;505Lecz gdy Król w Targowicy przyjął uczestnictwo,Maciej opuścił znowu królewskie stronnictwo.I stądto, że przechodził partyi tak wiele,Nazywany był dawniej Kurkiem na kościele,Że jak kurek za wiatrem chorągiewkę zwracał.510Przyczynę zmian tak częstych napróżnobyś macał:Może Maciej zbyt wojnę lubił, zwyciężonyW jednej stronie, znów bitwy szukał z drugiej strony?Może bystry polityk duch czasu zbadywał,I tam szedł, gdzie Ojczyzny dobro upatrywał?515Kto wie! To pewna, że go nigdy nie uwiodłyAni chęć osobistej chwały, ni zysk podły,I że nigdy z moskiewską partyją nie trzymał;Na sam widok Moskala pienił się i zżymał.By nie spotkać Moskala, po kraju zaborze520Siedział w domu jak niedźwiedź, gdy ssie łapę w borze.

Ostatni raz wojował, poszedłszy z OgińskimDo Wilna, gdzie służyli oba pod Jasińskim,I tam z Rózeczką cudów dokazał odwagi.Wiadomo, że sam jeden skoczył z wałów Pragi525Bronić pana Pocieja, który odbieżanyNa placu boju, dostał dwadzieścia trzy rany.Myślano długo w Litwie, że obu zabito:

Wrócili oba, każdy pokłóty jak sito.Pan Pociej, zacny człowiek, chciał zaraz po wojnie530Obrońcę Dobrzyńskiego wynagrodzić hojnie,Dawał mu folwark pięciu dymów w dożywocie,I wyznaczył mu rocznie tysiąc złotych w złocie.Lecz Dobrzyński odpisał: „Niech Pociej Macieja,A nie Maciej Pocieja ma za dobrodzieja“.535Odmówił więc folwarku i nie przyjął płacy;Sam wróciwszy do domu, żył z własnej rąk pracy,Sprawując ule dla pszczół, lekarstwa dla bydła,Szląc na targ kuropatwy, które łowił w sidła,I polując na zwierza.

Było dość w Dobrzynie540Starych ludzi roztropnych, którzy po łacinieUmieli i w palestrze ćwiczyli się zmłodu;Było dość majętniejszych, a z całego roduMaciek, prostak ubogi, był najwięcej czczony,Nietylko jako rębacz Rózeczką wsławiony,545Lecz jako człek mądrego i pewnego zdania,Znający dzieje kraju, rodziny podania,Zarówno świadom prawa, jak i gospodarstwa.Wiedział także sekreta strzelców i lekarstwa,Przyznawano mu nawet (czemu pleban przeczy)550Wiadomość nadzwyczajnych i nadludzkich rzeczy.To pewna, że powietrza zmiany zna dokładnieI częściej niż kalendarz gospodarski zgadnie.Nie dziw tedy, że czyto siejbę rozpoczynać,Czy wiciny wyprawiać, czy zboże zażynać,

555Czy procesować, czyli zawierać układy,Nie działo się w Dobrzynie nic bez Maćka rady.Wpływu takiego starzec bynajmniej nie szukał;Owszem, ciał się go pozbyć, klijentów swych fukał,I najczęściej wypychał milczkiem za drzwi domu.560Rady rzadko udzielał i nie lada komu;Ledwie w niezmiernie ważnych sporach lub umowachPytany, wyrzekł zdanie i w niewielu słowach.Myślano, że dzisiejszej podejmie się sprawyI stanie swą osobą na czele wyprawy;565Bo bijatykę lubił niezmiernie zamłodu,I był nieprzyjacielem moskiewskiego rodu.

Właśnie staruszek chodził po samotnym dworze,Nucąc piosenkę: „Kiedy ranne wstają zorze“,Rad, że się wypogadza. Mgła nie szła do góry,570Jak się dziać zwykło, kiedy zbierają się chmury,Ale coraz spadała. Wiatr rozwinął dłonieI mgłę muskał, wygładzał, rozścielał na błonie;Tymczasem słonko zgóry tysiącem promieniTło przetyka, posrebrza, wyzłaca, rumieni.575Jak para mistrzów w Słucku lity pas wyrabia,Dziewica siedząc w dole krośny ujedwabiaI tło ręką wygładza, tymczasem tkacz zgóryZrzuca jej nitki srebra, złota i purpury,Tworząc barwy i kwiaty; tak dziś ziemię całą580Wiatr tumanami osnuł, a słońce dzierzgało.

Maciej ogrzał się słońcem, zakończył pacierze,I już się do swojego gospodarstwa bierze.

Wyniósł traw, liścia, usiadł przed domem i świsnął:Na ten świst rój królików z pod ziemi wytrysnął.585Jako narcyzy nagle wykwitłe nad trawę,Bielą się długie słuchy; pod niemi jaskrawePrzeświecają się oczki, jak krwawe rubiny,Gęsto wszyte w aksamit zielonej darniny.Już króliki na łapkach stają, każdy słucha,590Patrzy; nakoniec cała trzódka białopuchaBieży do starca liśćmi kapusty znęcona,Do nóg mu, na kolana skacze, na ramiona.On sam biały jak królik lubi ich gromadzićWkoło siebie i ręką ciepły ich puch gładzić,595A drugą ręką z czapki proso w trawę miotaDla wróblów; spada z dachów krzykliwa hołota.

Gdy się staruszek bawił widokiem biesiady,Nagle króliki znikły w ziemi, a gromadyWróblów na dach uciekły przed gośćmi nowymi,600Którzy szli do folwarku krokami prędkiémi.Byli to z plebanii przez szlachty gromadęPosłowie wyprawieni do Maćka po radę.Zdala witając starca niskiemi ukłony,Rzekli: „Niech będzie Jezus Chrystus pochwalony“.605„Na wieki wieków, amen“ starzec odpowiedział,A gdy się o ważności poselstwa dowiedział,Prosi do chaty. Weszli, zasiadają ławę;Pierwszy z posłów stał w środku i jął zdawać sprawę.

Tymczasem szlachty coraz gęściej przybywało:610Dobrzyńscy prawie wszyscy, sąsiadów niemałoZ okolicznych zaścianków, zbrojni i bezbronni,

W kałamaszkach i bryczkach, i piesi i konni.Stawią wozy, podjezdki do brzezinek wiążą,Ciekawi skutku narad koło domu krążą;615Już izbę napełnili, kupią się do sieni,Inni słuchają, w okna głowami wciśnieni.