Tukaj Ballada II

Adam Bernard Mickiewicz (1798–1855)

Poezye Adama Mickiewicza

II.

Ja mam, ja mam przyjaciela!Konający Tukaj woła;Wraz uchodzi bladość z czoła,Jskrą zdrowia oko strzela,Tukaj wydarty mogile,Wstaje: dziwią się doktory;Wstaje, chodzi o swéj sile,Jakby nigdy nie był chory.A wtém na poduszce z boku,Ujrzy z wolej skóry karty,Gdzie tajemnice wyroku,Przeklęte spisały czarty.Tukaj s ciekawością chwyta,Siada, podparł się, i czyta:„Kiedy miesiąc na młodziku,Jdź za górę do gaiku,

Znajdziesz kamień, s pod kamienia,Białego urwij korzenia.Kiedy będziesz bliski śmierci,Każ ciało posiec na cwierci.W wodzie zgotować korzonki,Pocięte namaścić członki,Znowu się duch z ciałem zrośnie,W młodociannéj wstaniesz wiosnie,I możesz skutkiem tych leków,Umiérać, wstawać, wiek wieków.”Daléj tam były przestrogi,Jak siekać głowę, jak nogi;W jakiéj wodzie smażyć trunek,Po jakiéj brać zioła szczypcie,Ale na końcu w postskrypcie,Taki dodano warunek:„Jeśli użyty któś drugi,Do namaszczalnéj posługi,Zwiedzion przez nasze fortele,Innemu pokaże ziele;Lub w oznaczonéj godzinie,Twego ciała nie namaści;

Wtenczas skutek zioła zginie,Wtenczas piekło czeka waści.Jeśli na to się ośmielisz,Dla znaku że zaszła zgoda,Nasz poseł Mefistofelisz,Do wymiany traktat poda.Ostrzegliśmy o fortelach,Strzeż się; potém próżny kweres.Dan w Erebie, w szabas rano,Własną ręką podpisano;Tak ma stać się: Lucyferes.A za zgodność: Hadramelach.”Tukaj trochę się zagniéwał,Warunku się nie spodziéwał;Brodę na ręku podpiéra,Potarł czoło, skrzywił nosa,Na kontrakt spojrzał z ukosa;Tabaczki dwa razy zażył,To na ziemię spuszcza oczy,To po stolowaniu toczy.Wziął pargamin, w ręku zważył;Znowu nań zézem poziéra,

Znowu czytał i odczytał,Znowu zważył, znowu zmierzył,Kułakiem o stoł uderzył,Westchnął, mruczał, zębem zgrzytał;Ręce nad czoło zakłada,Skoczył raptem i w zapędzie,Machnął ręką: niech tak będzie!Znowu umilkł, znowu siada;Znowu myśli, znowu wstaje;Znowu chodzi, znowu siada,Niech go za to nikt nie łaie.Bo z diabłami rzecz nie lada.Myśli: albo wieczne życie,Albo wiecznie diabłu dusza.Nic nie mówi, myśli skrycie,Tylko troche wargą rusza.Nadszedł już czas odpowiedzi,Tukaj oddala się s tłumu,I do pracowni rozumu,Zamknąwszy się jeden siedzi.I tam swój traktat raz jeszczeNim stępel przyjęcia zyska,

W surowéj uwagi kleszczeBierze i porządnie ściska.Tam myśl rozmaita ścieka,W jedne podobieństwa tygle,Tam jednę myśl niedoscigle,Różnicy nożykiem sieka,Sieka, topi, nakształt wosku,Aż wycisnął extrakt wniosku.Obejrżawszy wniosek ściśle,Tak rzekł, po długim namyśle:„Jakieżkolwiek te fortele,O których słyszałem zgóry,Czy ich nie wiele, czy wiele;Trojakiéj będą natury.Chcąc kogo przywieść do zdrady,Trzeba siły, albo rady;Albo podarunkiem skusić,Albo strwozyć, albo zmusić.Toż samo krótszémi słowy,Będzie syllogizm takowy:Trojaka do zguby droga,Ciekawość, łakomstwo, trwoga:

Więc kto w tym trojakim względzieTwardéj nie ulegnie probie;Takiemu już można będzieUfać, jak samemu sobie.”Tukaj kontent z wynalazku,Szuka atramentu, piasku,Idzie kryślić pismo grzechu;Ale idzie bez pospiechu.Już ciemno, pisać nie wcześnie,W atramencie jakieś pleśnie;Dwie swiéce musiał zapalać,I dwa kałamarze nalać.Cóś mu zabolało w łokciu;Wziął pióro, na piórze włosek,I bardzo spisany nosek;Otrząsł, przyciął na paznogciuPo długim względzie, rozględzie,Wreszcie pisze: niech tak będzie.Chciał dołożyć i nazwisko,Lecz nim pierwsze T napisał,Myślał półgodziny blisko,Głową i piórem kołysał,

I nic więcéj nienapisał;Tylko do pierwszéj litery,Dodał małe kropki.... cztery.Gdy już napisano widzi,Jeszcze patrzy, jeszcze bada;Niechaj z tego nikt nieszydzi,Bo z diabłami rzecz nie lada.Lecz jakże się musiał zdumieć,Gdy głoska B, w słowie Będzie,Zaczęła brzęczeć i szumieć,I wzdymać wszystkie krawędzie.Kręci się, beczy, podrastaJak na drożdzach kawał ciasta,Dolna litery połowaWykurcza się w brzuch i żebra,U zwierzchniéj wypukła głowa,Na kształt ogromnego cebra.Szyjka jak u osy wąska,Nosik orła, bródka kozła,A z jednéj go strony końska,Z drugiéj kurza łapka wiozła.

Pogląda okiem wołowém.Skrzydła na kształt młyńskich wioseł,Był to djabeł jedném słowem,Był to Mefistofel poseł.Jeszcze Tukaj nie mógł wiedziéć;Czy żegnać, czy prosić siedziéć;Kiedy przyskoczył zuchwalec,Porwał za maleńki palec,Zasadził nożyk pod skórką;I umoczył we krwi piórko;Piórko wścibił, ścisnął w ręku,Ręką wodzi pomaleńku.Gdy już U, K, A, J, minąłZrobiło się całkiem Tukaj.Diabeł świsnął, chychnął, zginął,Terazże z nim ładu szukaj.

(Dalsze Ballady o Tukaju w następnych tomikach.)