Śmierć pułkownika (Mickiewicz, 1899)
W głuchej puszczy, przed chatką leśnika,Rota strzelców stanęła zielona;A u wrót stoi straż pułkownika,Tam w izdebce pułkownik ich kona.Z wiosek zbiegły się tłumy wieśniacze.Wódz to był wielkiej mocy i sławy,Kiedy po nim lud prosty tak płaczeI o zdrowie tak pyta ciekawy.
Kazał konia pułkownik kulbaczyć,Konia w każdej sławnego potrzebie;Chce go jeszcze przed śmiercią obaczyć,Kazał przywieść do izby do siebie.Kazał przynieść swój mundur strzelecki,Swój kordelas i pas i ładunki:Stary żołnierz, on chce, jak Czarniecki,Umierając swe żegnać rynsztunki.
A gdy konia już z izby wywiedli,Potem do niej wszedł ksiądz z Panem Bogiem;I żołnierze od żalu pobledli,A lud modlił się, klęcząc przed progiem.Nawet starzy Kościuszki żołnierze:Tyle krwi swej i cudzej wylali,Łzy ni jednej — a teraz płakali,I mówili z księżami pacierze.
Z rannym świtem dzwoniono w kaplicy.Już przed chatą nie było żołnierza,Bo już Moskal był w tej okolicy.Przyszedł lud widzieć zwłoki rycerza.Na pastuszym tapczanie on leży;W ręku krzyż, w głowach siodło i burka,A u boku kordelas, dwururka.
Lecz ten wódz, choć w żołnierskiej odzieży,Jakie piękne, dziewicze ma lica!Jaką pierś!... Ach, to była dziewica,To Litwinka, dziewica-bohater,Wódz powstańców: Emilia Plater!