Eugeniusz Oniegin — Rozdział V

Alexander Pushkin (1799–1837)

Translated by Leopold Blumental

Jesień w tym roku długo trwała:Jak gdyby czasu zwolniał bieg...Natura zimy wyglądała;Dopiero w styczniu upadł śnieg,Trzeciego w nocy... Już z posłania,Ocknąwszy się, spostrzega TaniaPrzez okno — pobielały dwór,Parkan z przeciwka, dachów sznur,Gałęzie sosen srebrem kryte,Na szybach w kształcie haftu szron,Na śniegu gwarne roje wron,Miękim kobiercem opowiteBłyszczące grzbiety blizkich wzgórz...Dokoła wszystko w bieli już!

Zima!... Włościanin, tryumfując,Saniami pierwszy znaczy ślad;Kobyłka, śnieg pod stopą czując,Kłusem przebiega mimo chat;Pryskając wokół śnieżnym puchem,Kibitka śmiga żwawym ruchem;Stangret na kozioł żywo wlazł,Lśni na kożuchu kraśny pas...Patrz, na folwarku biega malec,W saneczki z drzewa wsadził psa,Sam przy nich konia dzielnie gra;Swawolnik już odmroził palec.Choć ból doskwiera, mknie co tchu,A matka z okna grozi mu...

Lecz... wy wolicie temat inny,Nie tych obrazów prostych rząd;To wszystko jest natury gminnej,Nie wiele wdzięku bije stąd.Już inny wieszcz, ApollinowąObdarzon łaską, cudną mowąWam odmalował pierwszy śnieg,Wszystko o cudach zimy rzekł...Przejażdżki w saniach tajemniczeUmiał w ognisty zamknąć rym;

I pewnie was czarował nim...Z nim walczyć — sobie dziś nie życzę,Ani wymieniać z tobą strzał,Śpiewaku »Eddy« z fińskich skał!...

Tania — że ruską duszę miała —Rosyjskiej zimy chłodny wdziękCałą swą duszą ukochała...(Wyjaśnić, za co — byłby sęk!)Kochała sanek polot ślizki,W zorzy różowe śniegu błyski,Sosny na mrozie skrzący wierzch,Wieczorów grudnia długi zmierzch.Dom cały święcił zwyczaj miły:W zmroku służebnych huczał głos;Wróżyć panienkom przyszły losZ kuchni, z folwarków się schodziły:Przepowiadały im co rokWojskowych mężów blizki krok!

Tania w prostocie słucha służby,Wierzy w znaczenie wieszczych słów,W kabałę z kart, w księżyca wróżby,W przesądy, w głos proroczych snów.I różne złe ją trwożą znaki;Wypadek, przedmiot ladajaki —

Ma dla niej tajemniczy wiew;Przeczucie w żyłach ścina krew.Kot z zalotnością na kominie,Miaucząc, łapkami mordkę mył:To dla niej znak niemylny był,Że goście jadą. Wtem wypłynieDwurogiej Luny młoda twarzNa lewem niebie — otóż masz:

Tatjana zbladła i zadrżała!A kiedy, złoty kreśląc szlak,Przez ciemne niebo przeleciałaGwiazdka, spadając, — na ten znak,Tatjana spieszy szepnąć właśnie,Dopóki gwiazdka nie zagaśnie,Życzenie serca... Znaków złychUstrzedz się chce: gdy czarny mnichPrzeszedł jej drogę, albo zającMignął przed okiem pośród pól, —Uczuwa w sercu strach i ból,Na miejscu stoi, już dumając,Jaki ją rychło spotka cios,Jaki ją czeka smutny los...

Cóż? Tajny urok grozy siłaPosiada... Tanię nęci strach...

Natura tak nas utworzyła,Z sprzeczności wznosząc życia gmach!...Nastały Świątki. Toż uciecha!Młodość wróżenia nie zaniecha,Choć nie zna, wietrzna, co to żal,Choć przed jej okiem życia dalCiągnie się jasna... Z nią ochotniePrzez okulary wróży teżStarość, grobowych blizka leż,Straciwszy wszystko niepowrotnie!Nadzieja wszędzie bierze prym;Bełkotem dziecka kłamie im!...

Ciekawem okiem Tania bada,Jak mieni się, topniejąc, wosk;Przedziwny jego kształt powiada,Czy czekać uciech, czyli trosk.W naczynie z wodą kładzie rączki,Szuka pod pieśni takt obrączki,Wyjęła swoją... Biedna drży,Bo właśnie motyw stary brzmi:»A tam to chłopy są bogate,»A złota, srebra mają w bród...»Komu śpiewamy, temu cud»Przyniesie szczęście!«... Przecie stratęWróży ten motyw... Sercu dziewO »Kotku z kotką« milszy śpiew.

Noc mroźna... Niebo jasne, czyste...Gwiazdy, odwieczny pełniąc lot,Płyną poważne, uroczyste. —Tania wybiega na dwór... Ot!Lusterkiem w drżącej ręce błyśnie;Pierś wpółodkrytą drugą ciśnie,Patrzy w lusterko... W lustrze maszTylko miesiąca smutną twarz!Pst!... Śnieg zaskrzypiał... Ba, wędrowiec!Na palcach dziewczę biegnie wnetI pyta głosem, co jak fletRozbrzmiewa słodki: »Proszę, powiedz,Jak twoje imię?« Na to onSpojrzy i mruknie: »A-ga-fon!«

Tatjana, według rady niani,Nocą chce wróżb rozplątać nić;Przeto cichaczem każe w »bani«Na dwie osoby stolik kryć.Lecz straszno robi się Tatjanie...Ja sam — ach, na myśl o Świetlanie,Drżę również!... Strachu działa moc...Nie będziem z Tanią wróżyć w noc!Jedwabny pasek Tania zdjęła...Już się w posłania rzuca biel...

Nad piękną główką krąży Lel...A pod poduszkę, nim usnęła,Włożyła lustro z drżeniem rąk...Śpi Tania... Cisza legła wkrąg...

I dziwny sen się śni Tatjanie...Zdaje się jej, że idzie w dal,Idzie po śnieżnej wciąż polanie...W około mgła... a w sercu żal...Patrz! w rowie przed nią się przewalaPotoku ciemno-siwa fala;Nieskuty zimą wartki bieg,Szumiąc, unosi z brzegów śnieg...Dwie żerdzie, lodem słabo zbite,Tworzą przez potok zgubny most...Tania ku niemu dąży wprost,Lecz zatrzymała oczy wryte:Iść nie śmie... drży pod stopą żerdź...A z głębin, zda się, patrzy śmierć...

Jak na rozłąkę przykrą, srogą,Tatjana szemrze tak na toń...Po tamtej stronie — ba! nikogo,Ktoby pomocną podał dłoń.Wtem bryła rusza się śniegowa,Z pod niej potworna wstaje głowa...

Kudłaty niedźwiedź... Tania w krzyk...A na jej »ach!« odpowie ryk...Łapę, w pazury ostre zbrojną,Wyciąga zwierz; Tatjana, drżąc,Wsparła się, ledwie spojrzeć śmiąc,I przeszła stopą niespokojnąPrzez ruczaj... Idzie dalej w świat...Lecz niedźwiedź kroczy za nią w ślad.

Dreszcz trwogi wstrząsa moją Tanią;Przyspiesza krok... nie patrzy już...Ale kosmaty lokaj za niąJak nieodstępny goni stróż...Nieznośny niedźwiedź, rycząc, wali...Las nieruchomy widać w dali:Posępnie-pięknych sosen rzęd...Dźwiga gałęzi każdy skrętŚnieżną oponę; przez wierzchołkiNagich jesionów, lip i brzózBłyskają gwiazdy... Krzepnie mróz...Ni śladu drogi... Krzaki, dołki,Wszystko zamieci powiew skrył;Narzucił wszędy śnieżnych brył...

Tania do lasu... Niedźwiedź za nią...W śniegu do kolan dziewczę brnie...

To kolce sosny w szyję zranią,To długa wić ją w ucho tnieI złoty kolczyk wyrwie zdradnie;To kruchy śnieg z jej nóżki skradnieTrzewiczek mokry... Albo wrazChusteczkę zgubi... Lecz nie czasSchylić się, podnieść... Jak się zegnie,Gdy za nią niedźwiedź spieszy tuż?!Więc nawet drżącą ręką jużSzat nie unosi... Biegnie — biegnie...Zwierz za nią miecie śnieżny pył...I Tania biedz już nie ma sił.

Upadła w śnieg; a zwierz już czyha,Pochwycił, zręcznie niesie łup...Ona — bez ruchu — nie oddycha —Korna — nieczuła — jako trup...On z łupem mknie śród leśnej drogi...Wtem szałas pośród drzew, ubogi...Dokoła głucho... Z wszystkich stronŚnieg go zasypał... Lecz przez szronJaskrawem światłem błyszczy szyba,W szałasie hałas, gwar i szum...Niedźwiedź przemówił: tu mój kum...Pozwoli ci się ogrzać chyba...Do sieni wchodzi... U swych nógSkłada Tatjanę tam na próg...

Przyszła do siebie... Niedźwiedź szpetnyGdzieś zniknął... Tania wstaje w mig...Za drzwiami, jak na stypie świetnej,Słyszy brzęk szklanek, gwar i krzyk...Gdzież jest?!... Ciekawość ją pochłania...W dziurkę od klucza patrzy TaniaPrzebóg! co widzi?... stołu kąt...Przy nim potworów siedzi rząd...Tam szkielet hardy, tam dyablica,Tamten z rogami, mordą psią,Ów z łbem kogucim, z łapą lwią,Tuż z koźlą brodą czarownicaKarzeł z ogonem... dalej, ot!Napoły — żóraw, napół — kot...

Okropnych dziwów moc się skupia:Gna na pająku konno rak...Na gęsiej szyi głowa trupiaW czerwonym fezie kroczy wspak...I młyn w przysiudach żwawo pląsa,Skrzydłami warczy i potrząsa;Szczekanie, śmiechy, świst i rykTętenty końskie, ludzki krzyk!Lecz co się w sercu Tani mieści,Gdy wpadł jej w oczy pewien gość,

Co już ją w życiu strwożył dość —Miły bohater mej powieści?!Oniegin — tam! Za stołem grzmi...Czasem ukradkiem patrzy w drzwi.

Znak poda: wszyscy wnet poskoczą;Rozśmieje się — i wszyscy w śmiech;Pije — i wszyscy gęby moczą;Brwi chmurzy — wszystko wstrzyma dech.Rzecz jasna z ruchów, z jego twarzy:On na tej uczcie gospodarzy...Więc Tania z własnych obaw drwi...Zwolna otwiera nieco drzwi...Wtem wicher zadął... Drgnęli wszyscy...Gaśnie kagańców nocnych blask...Strwożona szajka... Ustał wrzask...Oniegin gniewnem okiem błyszczy,Powstał od stołu... groźnie grzmi...Powstali wszyscy... Idzie w drzwi...

I strach ją zdjął... i uciec pragnie...Lecz nie ma sił; chce wydać krzyk —Głos w gardle zamarł; drży, jak jagnię,Gdy z jaru idzie na nie dzik. —Pchnął drzwi Eugeniusz... Tania bladaW oczy piekielnym widmom wpada.

Brzmi dzikim śmiechem każdy kąt;I gorejących oczu rząd,Kopyta, kły, języki krwawe,Ogony, ryje, każdy róg —Wskazują Tanię... Mierzą w prógPalce kościste i koślawe...Lecz wymowniejszy, niźli gest,Krzyk poczwar: moja! moja jest!

»Moja!«... Eugeniusz krzyknął groźny...

I znikła szajka... tylko dymWzbił się na miejscu... We mgle groźnejZostało dziewczę samo z nim...On ją powoli wiódł do kąta,Na ławie złożył... Tam się krzątaWkoło niej, cuci... Potem skrońWsparł o jej ramię... ściska dłoń,Wtem Olga wchodzi, — Leński za nią...W izbie błysnęło mocą gusł,Oniegin rękę groźnie wzniósł,Klnie nieproszoną tę kompanią...I twarz mu skurczył dziki śmiech...Tatjanie w piersi zamarł dech...

Rozgorzał spór... Eugeniusz długiNóż chwycił nagle... Błysnął... W mig

Leński powalon. — Mroku strugiZgęstniały... straszny rozbrzmiał krzyk.Drży szałas... Ziemia go pochłania — —I w strachu z snów się budzi Tania...Patrzy... W komnatce widno już...Na zmarzłej szybie blaski zórzRóżowo grają... Drzwi otwieraOla... Wlatuje, jako ptak,A tak różowa, świeża, jakAurora, gdy się w drogę zbiera...»Siostrzyczko! — woła — kto był ten,Kogo widziałeś dziś przez sen?«

Nie widzi siostry — milczy Tania,W łóżku zajęta nie na żart,Książka uwagę jej pochłania...Przewraca szybko szereg kart.W tej książce niemasz dziwnych zdarzeń,Ani poety słodkich marzeń,Ani prawd mądrych... Jednak ot!Przenigdy Byron, ani Skott,Wirgili, Rasyn lub Seneka,A nawet Źurnal Damskich módNikogo tak nie zajął wprzód:Bowiem to Marcin był Zadeka,Co wiódł Chaldejskich mędrców huf,Kabały twórca — tłómacz snów!

W tę ustroń kupiec koczowniczy,Pod pliką książek chyląc kark,Przyniósł ten utwór tajemniczy,I z Tanią wreszcie kończąc targ, —Z Malwiną, gdzie brak kart sześćdziesiąt,Ustąpił go za trzy pięćdziesiąt.A że głęboki był to twór,Wziął na dodatek bajek zbiór,Gramatykę, dwie PetryjadyI Marmontela trzeci tom...A odkąd wszedł Zadeka w dom,Tania w nim szuka ulgi, rady...On wiernym druhem jej się stał,Pod jej poduszką zawsze spał.

Dziś senne trwoży ją marzenie...Przedmiot — uwagi głębszej wart.Ciemne groźnego snu znaczenieMusi odnaleźć śród tych kart.Po to spis rzeczy na początkuW abecadłowym ma porządku. —Znalazła: burza, bór i bieg,Mrok, mostek, niedźwiedź, potok, śnieg...Et cetera... Lecz i ZadekaZwikłanych nie rozjaśnił snów!

Jedno — widoczne z wszystkich słów,Że trosk i smutków moc ją czeka.Pamięta sen... Po kilku dniachJeszcze ją ciągle dręczy strach.

Lecz z dolin dłonią purpurowąWytacza zorza słońca glob,A za jasnością zdąża dniowąGwarne imienin święto w trop...Rój gości spieszy uczcić Tanię;Od rana bryczki, wózki, sanieLecą; sąsiadów zjechał huk —Z żonami, z dziećmi, z kupą sług.W podworcu ruch i psów szczekanie,W sieni bieganie, hałas, tłok,W bawialni posuwisty krok,Śmiechy, dziewczęcych ust cmokanie,Szuranie nóg, ukłonów szyk,Dziecięcy płacz i mamek krzyk!

Z tłustą połową okazałyZjechał Pustiakow; ze wsi »Głusz«Gwoździn, gospodarz doskonały,Właściciel mnogich głodnych dusz;Siwy Skotinin ze swą starą,Z dziatek wszelkiego wieku chmarą:

Od lat trzydziestu do dwóch lat;Pietuszkow — wiejskiej młodzi kwiat;I blizki kuzyn mój, Bujanow,W cylindrze z daszkiem — (w twarzy pons,Strój w pierzach, niegolony wąs)I »otstawnoj sowietnik« Flianow,Łapownik, żarłok, stary łgarz,Plotkarska gęba, błazna twarz.

Panfil Charlikow z żoną chudą,A z niemi wraz monsieur Tricke.(Żartami i peruką rudąW Tambowie niegdyś wsławił się)...Prawdziwy Francuz — dla TatjanyKuplet w kieszeni wiózł, na znanyDziateczkom motyw; kuplet brzmi:Reveillez-vous belle endormie...Śród kart zgrzybiałych almanachuBył drukowany kuplet ów,Tricke go z prochu wskrzesił znów;Zręczny poeta nie zna strachu:Więc śmiało — zamiast belle Nina —Postawił: »belle Tatiana!«

Wtem słychać ostróg brzęk... RotmistrzaZ mieściny blizkiej poznasz krok —

Panien przejrzałych już bożyszcza,Na którem matek wisi wzrok...Wszedł... Przyniósł nowość... Ba! muzykaWojskowa dąży... PułkownikaŚle ją tu rozkaz... (Toć nie dal...)Co za uciecha: będzie bal!Zawczasu już dziewczęta skaczą...Lecz jeść podano... Powstał gwar...Idą do stołu rzędy par...Panny na blizkość z Tanią baczą...Młodzież naprzeciw. — Cichnie szum...Przeżegnał się i zasiadł tłum.

Na mig rozmowa zwykła ścichać,Gdy żują usta... Tylko dźwiękTalerzy lub widelców słychać,Zgrzyt nożów i kieliszków brzęk.Ale powoli gwar znów rośnie;Ten i ów krzyczy coś donośnie,Nie słucha nikt... Zgiełkliwy chórTworzą śmiech, hałas, pisk i spór...Wtem drzwi rozwarto, Leński wchodzi,Oniegin z nim. Gosposia — »Ach!Nareszcie!« — woła... Jeszcze w drzwiach,A już im każdy rad wygodzi:Nakrycia, krzesła zsuwa gość,By druhom zrobić miejsca dość.

Naprzeciw Tani siedli oba...Drżąc, jako łań na rogów wieść,Bledsza niż miesiąc, kiedy dobaWszczyna się ranna — nie śmie wznieśćŚciemniałych oczu biedna Tania...Wre w sercu... Duszno... PowitaniaDruhów nie słyszy... Z oczu łzyGotowe upaść... Cała drży.Biedaczka ledwie nie zemdleje...Lecz wola i rozsądku mocSchodzącą na jej duszę nocPrzemogły... Zcicha się rozśmieje,Przez zęby cedzi słówka dwa...Usiedzi, chociaż boleść trwa!

Tragi-nerwowych zjawisk różnych,Dziewiczych zemdleń, płaczu burz, —(Zniósłszy tak wiele łez usłużnych),Eugeniusz mój nie znosił już!Dziwak, że wpadł na bal ogromny,Był mocno nierad... A nieskromnyChwilowy Tani widząc szał,Już oburzeniem skrytem wrzał;Nadął się, oczy spuścił gniewnie,Leńskiego w duchu mocno klął

I zemsty plan obmyślać jął...Uknuwszy, jak go skarać pewnie,Czas skraca, w duchu, jako widz,Karykatury tworząc z lic.

Zmięszanie Tani mej uroczejNie on jedynie dostrzedz mógł,Lecz tłusty »pieróg« wszystkich oczyPociągnął wówczas; (ręką sługBył na nieszczęście przesolony)...Lecz, patrz, w butelce zasmolonej,Nim po pieczystem przyjdzie krem,»Cymlańskie« służba wniosła... Z niemRzęd kieliszków długich, wiotkich,Jak twoja kibić, o Zizi,Krysztale młodych moich dni,Przedmiocie wierszy moich słodkich,Amforo uciech, których wiewPijanił ongi moją krew...

Wystrzelił korek mokry; winoPerli się w czarach; pośród pańSiedzący — wstał z poważną minąMonsieur Tricke (już dawno krtańTłoczył mu kuplet); wszystko w ciszyUtonie; Tania ledwie dyszy;

Do niej się zwraca mówca nasz:Laurka w ręku, wzniosła twarz...Śpiewa, fałszując... Wnet ogromnyWybucha zapał: brawa, krzyk...Tania zmuszona zrobić dyg;A wieszcz choć wielki, jednak skromny,Na cześć jej pierwszy toast wzniósł,Wręczając kuplet... Zapał wzrósł.

Z powinszowaniem tłum się rusza;Wokoło Tani gości tłok;Przyszła i kolej Eugeniusza:Podszedł... Dziewicy tęskny wzrok,Przy jej znużeniu i wzruszeniu,Budzi w nim litość... Więc w milczeniuZłożył jej ukłon... Ale z óczŚwieciła tkliwość... W czemże kluczZagadki był? — Czy mimo woliWzruszony, stracił duszy hart?Czy, kokietując, zrobił żart?Nienaumyślnie? — ze swawoli?Dość, że mu wzrok pieszczotą drgnąłI w serce Tani życie tchnął.

Zagrzmiały krzesła odsunięteI do bawialni wali tłum...

Tak na wiosennych łąk ponętęRój pszczół wylata — sprawia szum...I po paradnym syt obiedzie,Już sąsiad sapie: »Hm, sąsiedzie!«...Przy piecu zasiadł matron rząd;Panny poszeptać poszły w kąt;Zielone stoły rozstawiono;Spieszy kłótliwy młody graczDo gry w bostona, a tam, patrz! —Wistem się bawi starców grono.Z ich jednostajnych czytasz min,Że każdy — chciwej nudy syn...

Już osiem robrów odegraliBogowie wista; ósmy razJuż miejsca swoje pozmieniali...Herbatę dano... Lubię czasMierzyć obiadem i kolacyą;Na wsi, zaprawdę, z wielką racyąOkreślasz jadłem pory w dniu;Żołądek jest zegarkiem tu.Lecz zauważę rad, w nawiasach,Że równie często lubię wpleśćW strofy swej pieśni miłą treść —O ucztach, winach i frykasach,Jak ty, Homerze, bożku nasz,Co wiek trzydziesty w chwale trwasz.

Herbata... Panny wzięły sztywnieSpodeczki w palce... Ale wnetZa drzwiami w długiej sali dziwnieKusząco zabrzmią trąba, flet...Parys miasteczek okolicznychRzuca herbatę z rumem; z licznychPań wybrał Olgę, objął stan:Już mój Pietuszkow pomknął w tan.Leński z Tatjaną; z CharlikowąPuszcza się w tan Tambowski wieszcz;Walc w nich rozkoszy budzi dreszcz;Uniósł Bujanow Pustiakową...Tłum sypie się z sąsiednich sal...I w całej krasie błyszczy bal...

Jam na początku poematu(Patrz pierwszy zeszyt) zamiar miał,Jak Alban, hołdy składać światu,Stołeczny bal opisać chciał...Ale porwało mnie marzenie;Znajomych nóżek przypomnienie

Uniosło w snów młodzieńczych świat;O nóżki, wasz wąziutki śladBez uwag muszę dziś zostawić;Trzeźwiejszym, mędrszym trzeba być,Przestać w dojrzalszych latach śnić,W czynach i w stylu się poprawić —I piątej pieśni snując treść,Dygresyj brzydki zwyczaj znieść...

Migają pary; walca tonyMiarowo-słodko brzmią i w rytmKłębi się walca wiatr szalony,Jak wicher śród piaszczystych wydm..Godziny zemsty słysząc bicie,Oniegin się uśmiecha skrycie,Podszedł do Olgi... Spełnia plan...Nadługo ją porywa w tan,Potem na krześle usadowił,Przemówił do niej kilka słów,A po minutach paru, znówZ swoją tancerką walca wznowił;Wszyscy zdziwieni krokiem tym...Leński nie wierzy oczom swym...

Wtem mazur zagrzmi... Dawnym czasemBywało, kiedy mazur grzmi,

Posadzka trzeszczy pod obcasem,W ogromnej sali wszystko drżyI z dźwiękiem szyb się trzęsą ramy.Inaczej dziś. — I my, jak damy,Przyjmujem cichy, ślizki chód...Lecz wieś i powiatowy gródMazura w pełnym wdzięku chowa;Hołupce, podskok, ostróg brzęk,Ogromny wąs, obcasów dźwięk —Tam żyją jeszcze; moda nowa,Choroba dnia, ten tyran nasz,Nie prędko tam ukaże twarz.

Bujanow (brat mój) z Olgą TanięProwadzi śród tanecznych zmianDo Oniegina; ten powstanie,Wybrał — i... z Olgą idzie w tan!Niedbale sunie — jeszcze chwila:Z czułością ku niej się pochyla —I komplementem pieści słuch —I rączkę ściska... — Oli duchMiłości własnej pełen: żywyRumieniec bije z pięknych lic...Drgnął Leński — mimowolny widz,Końca mazura niecierpliwyCzeka... (Zazdrością oczy lśnią!)Do kotyliona prosi ją...

Ona »nie może«... Co?! nie może?!»Dała już słowo«... Komu?! Jak?!»Onieginowi!«... Boże! Boże!Czy wierzyć uszom?... A więc tak?!Więc to możliwe!... Takie dziecko —Kokietką! Igra już zdradziecko!Już wieje chytrość z serca dna!Wietrznica! sztukę zdrady zna!...Leńskiego tłoczy straszna mara;Klnie serca kobiet, pełne zdrad. —Wyszedł... na konia spiesznie siadł...I pędzi. Pistoletów para —Dwie kule — jednej kuli cios —Rozstrzygną wkrótce jego los!...