Obraz kochanki (Anakreont, 1841)
Rodyjskiéj szkoły najcelniejsza chlubo!Skreśl mi malarzu piękność sercu lubą,Lubo jéj nie znasz, oddasz rys za rysem,Za mym opisem.Odmaluj włosy czarne, miękkie, lśniące,I jeśli możesz miłą wonią tchnące,Przy niéj odbija jakby z kości słoniéjBiałość jéj skroni.Brwi nie oddzielaj, lecz i nie łącz ściśle.Maluj mi lubą, jak ja ci ją kryślę,U niéj brew każda, choć się z drugą sprzężeMa swe półkręże.
Pod czarną rzęsą umieść oczy tkliwe,Bystre jak ogień, jak Cyprydy żywe,Jak u Minerwy w łagodnym błękicie,Weselą życie.Nosek jéj ładny, a twarz jak jagoda.Jak róża z mlekiem świéża jéj uroda,Usta swawolne, wabią jak z niechcenia,Do uściśnienia.Pełen pieszczoty dołek na jéj twarzy,Szczęście niosącym uśmiechem nas darzy,A wszystkie wdzięki razem się zebrały,Na szyi białéj.Zarzuć jéj szaty blado purpurowe,Niech śnieżnych ramion odsłonią połowę,Piękne jéj ciałko niech nam się poszczęści,Widziéć choć w części.Dość już Malarzu! Biegłyś w twym zawodzie,Tak, to jest ona, w całéj swéj urodzie,Może ten obraz którym wzrok mój pieszczę,Przemówi jeszcze.