Epimenides (Norwid, 1934)

Cyprian Kamil Norwid (1821–1883)

«Zawsze są kłamliwymi sprośni Kretensowie,Nakształt bestii żyjący, leniwi brzuchowie».

Był czas, kiedy o Grecji rzecz w następny sposóbWzmiankowały gazety, wszystkiego świadome:«Wiemy, to jest nie wiemy, lecz od pewnych osóbSłychać, że kraj, gdzie góry nad morzem są strome,Południowy, przeszłością bogaty niemałą,Kraj, który dzisiaj plemię ujarzmia bezbożne,Może mieć «szansę» — jak to wyżej się wspomniało».Na co więc inny dziennik: «Wieści nieostrożneO Grecji, pod tureckim jęczącej obuchem,Pytam się redaktora, skąd wzięły swe źródło?Klnę przez Leonidasów, jakim rzecz ta duchemOżyła? Rzecz kulawa! Usuwam jej szczudło,I w piasek prę, jak twardych Homera rycerzy».Podpisano: «Philwrzaskos — pisze tak, jak wierzy!»Na ten głos wiele innych zrywa się dziennikówI chrzęszczą pióra, sprawie poświęcone onéj,A Grek w kawiarni czyta lub u ulicznikówKupuje i uważnie czyta zamyślony;Oczy trze, czasem wstaje i usiada znowu,Częściej się marszczy, nowin niepewny połowu.

Nie przeto i wśród tego gwarnego mamidłaByła prawda, ta dzisiaj znana jest wybornie;Zwłaszcza, iż się wykluwa nawierzch kształtem szydła,Tem bystrzej, im ją pierwej tłoczono upornie.Znana więc treść gdy minę, powiem raczej rzeczy,Mniejszą mające wartość i za nic podziane,Których wówczas nie można było mieć na pieczy,Ani są gdzie w poważnej kronice spisane,Rzeczy błahe — te nowin patetycznych kordonPrzeciął, gdy sztandar grecki wiał ku EuropieSławą nową, a śpiewał i działał lord Gordon:Mąż umiejący zgadnąć bohatera w chłopie;Śpiewak, co, brzeg rodzinny odepchnąwszy nogą,Pył z obuwia na pokład otrząsnął okrętuI stało mu się odtąd rozpaczliwie błogo! —

Syn wierny niewiernego historji zamętu,Syn wierny społeczeństwa, co nie było wartoWierności — ta już bowiem stawała się zdradą —Syn wierny Anglji. Dzieje gdy ostatnią kartęKsięgi czasów przed takim charakterem kładąI mówią mu: «Zapisuj swoją epopeję»,Rzuca się im w zamianę karta wizytowaZ napisem: «Tom następny zawiera nadzieję»,I jeśli jest do kogo, mówi się: «Bądź zdrowa!»Tak zeszedł on; a będąc do ojców podobny,Rzekł w duchu: «Zbójców wolę nad faryzeusze,I wyklnę ich nad onych, i stworzę osobnyZakon, i wyszlachetnię, i martwość poruszę —Bo dość mi płazem dotknąć dzikiego zbrodniarza,By z nim jako z rycerzem usiąść u ogniska,Jestżem albowiem lorda syn — czy arendarza,Co dzieje wziął na wyszynk i patrzy, jak zyska?»A mówiąc to, i pieśnią tak idąc, i czynem,Bardzo niecierpiał Anglji. — Był wiernym jej synem.

Kiedy tak pięknie mylił się szlachetny człowiek,Któremu wraz szaleńca przyznano epitet,Baczni o dzień, a mężni troskali się o wiek.Uczeni zaś, jak zwykle, złożyli komitet.Ten miał na celu, osłów ujuczywszy sporo,Scjentyficzną uczynić po wyspach wycieczkę,idąc za czasu duchem i z przyjazną porąI z poświęceniem, także z zapałem troszeczkę.

Siedmiu ich było: każdy nazwisko miał noweI osła swego; kilku albańskich hajdukówZa nimi szło i namiot i łóżka poloweI nieodstępne chłopcy od osłów i juków,Których się razem z zwierzem najmuje w gospodach,Nie dba w drodze i mało wspomina w rapsodach.A celny mąż nazwisko miał: Amphipapyron.Miał on systemat — wszystkim to było nietajne —I miał przysłowie swoje, bardzo mu zwyczajne.Które tak brzmiało: «Mało poprawny, jak Byron».I wydał ksiąg, oprawnych dobrze, liczbę dużą,Bajkę napisał jedną przeciw systemowiLumbagjusa, gdzie żaby, skrzeczące przed burzą,Znaczą przeciwne zdania, które bocian łowi,Ten zaś bocian, nie «mało poprawny, jak Byron»,Nie jest bocian, lecz autor, sam Amphipapyron.Ktoby jednakże myślał, że mędrzec takowy,Jadący przeszłość ludu wykopywać z grobu,Helladę marzy i jej biedny byt a nowyPróbuje, i tradycji pyta jak sposobu,Sposobu jak tradycji, i puls haczy żywyI popiół i cmentarne w ruinach pokrzywy,I smutny jest, szukając, czy to smutek wieczny,I wciąż bada się, ile łzę ma już dziejową,A ile jest to zachwyt tylko niestateczny,A ile wiedza, samą otrzymana głową;I ktoby, pracy takiej, ze Sfinksem łamania,Widzem będąc, pozdrowił Amphipapyrona,Nie widziałby, że własnej godności się kłania,Albo jest kwiatem, który trącił o strzemionaJadącego na ośle! Mędrzec ów ma plany,Plany wyższe: on myśli, sprawozdaniem jakiemZagaić ów komitet, zpowrotem zebranyI jako przeciwnika okaże być żakiem,Jak cały system jego powali, i którePłody jego zniesławi, jak szczenięta bure.Tymczasem laur czerwony tak zamyślonemuI orzech, i podobne coś winu dzikiemu,Cieniami swemi chłody wiały w dzień upału;Osły szły, chłopcy jukom wtórzyli pomału.

Był też i historjograf w onej ekspedycji,Człek pracowity bardzo, pilny tak dalece,Że tylko myślał naprzód o dziejów edycji,

Lecz, nim gdzie dojechali, miał już wszystko w tece.Tak rachmistrz dobry, który nie czeka godziny,O wiele pierwej robiąc to, co się należy,Słuszny jest, szkoda tylko, że cyfry nie czyny;Lecz mniejsza, on napisał pierw, przybył i leży.

Nareszcie i graf Ponej, amator szanowny,Naraził się na podróż tę przez poświęcenie:Dedykowano jemu manuskrypt kosztownyO kształcie monet. Miał on monet doświadczenieI kucharza, niekiedy piękny styl listowny;Tudzież to go przed wszystkiem zalecało silnie,Że, bywało, jak powie, klaskają niemylnie.Trzech przynajmniej za zdaniem swem porywał w sporze:Trzech też miał sekretarzy. Znano go na dworze.

Był też i siódmy: mędrców zdawna siedem bywa,I liczba to, jeżeli szczęśni są, szczęśliwa —Ten siódmy wszakże był to pisarz narodowy,Flamand z rodu, tęskniący do dżdżystego nieba,Do włosów blond, do znanej wódki jałowcowéj.Napojów, potraw pewnych i pewnego chleba.

Słowem, ktokolwiek zdala, na kiju opartyStojąc, patrzył na mężów onych karawanę,Cóż widział? — Tło... Tło było, jako oko Marty,Siostry Łazarza: modre, łzą poosrebrzane,Łzą morza. Ruin wiele jak grobów sterczało,Kolumn wiele, panieńskie mających kibicie,Zbłąkanych kolumn wiele, gmachu gdzieś szukałoI czczo było: czas mijał, pył padał — cóż życie?

Wcale nie powiem, z Aten jaka wieś została,Z Koryntu jakie sioło. Przemilczę, gdzie skała,Na której mech, choć dawniej był tu Areopag.Partenon minę, wcale postąpię naopak,I to, co opisane jest, co w sprawozdaniuNiejednem brzmiało, o czem więc pióra poprawneKreśliły, i co w wieków spoczęło podaniu:Niech, lekką ziemię mając, nie będzie mniej sławne! —Owszem, na Kretę płynąc z mędrców karawaną,Pójdę, gdzie oni pójdą, gdzie staną.Pójdę, albowiem Muzy mojej jest przydomekSieroctwo; więc podniosę rzecz zapamiętaną,Jako wieszcz poniewierki, i ostatnich ziomekI pisarz treści, co jest krzyżem przemazaną;Jako ziomek na ziemi krańcu, brzegu morzaMiedzy, na grób starczącej, na szerokość łoża.A kto me pieśni, kiedyś rzucane z za świata,I pobite, jak starych urn dzika mogiła,Złoży duchem: jedna z nich będzie, i skrzydlata,Co nazywa się popiół, lecz zwie się i siła.I to zowie się życia toast. Dalej w drogę,Dopóki stać na skrzydeł parę, lub ostrogę!

Ileż papieru za mną zostało, a ilePoczernił go atrament przez lat gorzkich tyle?Tak myślałem, gdy Muzy mej szedłem polotemPo górach, za siedmiorga onych karawaną,Marząc, że, jeśli piękną spotkam rzecz nieznaną,Sam do pióra się wezmę, napiszę jej o tem,Nieba jej poszlę szmatkę, gdy na Olimp wnijdęA grom zatrzęsie wielkim lazuru namiotem —Albo jej gwiazdę poszlę, jak EumenidęZłotowłosą, lub łzę jej włożę w list, a onaOdbierze łzę, gdy będzie bardzo roztargniona.

Na Kretę gdy przybyli, gdzie ziemia jest wzdętąI płyt marmuru sterczy, kopać rozpoczęto.Ufni, że żaden garnek zbity, ani jakaFibula rdza zielona, ni złamek kołpaka,Ni stilus krzywy wymknąć się im niepotrafi,Lecz wszystko się popisze i uparagrafi.Kopią więc dzień, deszcz upadł, z czego graf korzysta,I siedli przy dwóch stołach, i — zagrali w wista.Zaś historjograf kończył naprzód sprawozdanie,Styl gładząc. Weszło słońce. Dalej znów kopanie:A było zbrojnych w rydle dwunastu Maniotów,Którzy są ludem silnym, mówiącym niepłynnie,W śmiechu jeno podobnym do dalekich grzmotów;Lecz chłop ateński przy nich wygląda dziecinnie,Tak, że raz wraz, gdy patrzysz na one postacie,To ci się zda, że Herkul, zeszedłszy zwysoka,Przebrał się i zamieszkał w pochylonej chacieI milczy, aby ustrzec się ludzkiego oka —Do dni, o których pierwej cisza jest głęboka.Manioty kopią. Nasi podróżni zdalekaSiedli, symbola w ręku mając naukowe,Gdy piasek, popiół, gruzy płynęły jak rzekaCzasu. Urn kilka, medal, ogniwa bronzowe,Tu, tam, prysnęły w tydzień po otwarciu ziemi,A w dwa tygodnie izba z drzwiami ogromnemiI gmach podziemny wyjrzał stawiony na skale,Groty, mające w sobie krużganki i sale.I nieznanego wielkie powietrza wyziewyBuchnęły i dni cztery szły jako kolumnyBiałe dymu, nie mając powonienia trumny,Lecz jako wiatr cichemi trzęsąc białodrzewy.O czem Manioty swoje przypowieści rzekli,Wyziewom onym dając lakoński epitet;Podróżni zaś do domów na czas się uciekliI w wista grali, przyczem złożyli komitet.

I koniec. Resztę znajdziesz w sprawozdaniu onych,Którzy wrócili do dom, księgi uczyniwszy;Są zaś portretowani w kształtach zamyślonychWszyscy siedm, każdy z wszystkich razem — najszczęśliwszy.Tymczasem nad otwartej ziemi wywrotamiKsiężyc wypłynął biały na niebo bezchmurneI, w gmach wyglądając, krzywo zaparty wrotami,Czaszek wysrebrzał resztki, przelewał się w urnę,Bruk stary blachą niby z ołowiu powlekał:Lis wchodził tam i pasterz przed burzą uciekał.Gdzie przeto nawskróś wszystko było już zbadane,Objęte inwentarzem, stylem okrzesane,Lubiłem chadzać w pustkę tę po kaligrafji,Pewny, że nic nie spotkam z onego łańcuchaDziejów, co porządkuje się i paragrafiW muzeach, że nie znajdę już nic — oprócz ducha.Jakoż bywało: pójdę między te zwaliska,O Filhellenach marząc, przez Grecję zdradzanych,I myślę, czy nie skradli im drzew do ogniska,By odprzedać napowrót po cenach zwiększanych:I myślę, czy w tej Ziemi dłuta i marmuruZ kilku desek postawią im pomnik u muru.I myślę: że zmartwychwstać jest bolesnym trudem,Pracą człowieka, z Bożem dokonaniem — cudem!

A kiedy tak myślałem raz, w ciemnym obszarzeKształt dostrzegłem leżący w księżyca promieniu,I, ów zoczywszy, jako zmarłego na marze,Kląkłem i przeszła chwila. W modłach, czy w milczeniu,Czy w trwodze? Nie wiem......On zaś podniósł się, jakobyZgony snami, a łożem stały się już groby,Człowiek zaś jakby zawsze był i będzie zawsze,Tylko odmieniał miejsce na coraz łaskawsze.Więc, wstawszy tak, nie dziwił, ni był zadziwiony —Jedno mi rzekł akcentem greckich Eumenid:«Spocząłem i powracam, bądź mi pozdrowionyI pożegnany — mówi ci to Epimenid» —I poszedł. — A jam myślał: więc już z tej ruiny,Miary, napisy, garnki, i otrzaski ćwiekaStarego, i pogniłe zebrawszy wawrzyny,Nic — nic nie zaniedbano — nic... — —— — — — — — ...oprócz człowieka! —