Marzenie (Norwid)
«Skowronek śpiewał, ja o świcie wstałem,I czułem życie, i życie kochałem;Lecz teraz zgadnąć nie mogę, dlaczegoCięży mi niesmak, dziwnie pomieszany,Jak woń fiołka świeżo rozkwitłegoI pogrzebowych kadzideł tumany.
«Przykre wrażenia — niby, że dziś zranaPrzy świetnej uczcie czarowna dziewicaMówiła ze mną i kwiaty zroszoneTrzymała w ręku — i nagle, zmieszana,Ucichła, śmiechem wykrzywiła licaI pokazała kości obnażone —I znów mówiła powoli, niedbale,Jakby nic złego nie stało się wcale.
«Dziwne uczucia! Dawniej ja marzyłem,Wszystko kochałem, we wszystko wierzyłem,Szczęśliwy byłem!A dziś?... Smutny — i czemuż! Precz to narzekanie!Lepiej oto zawołam marzenia, miłości.
Miłość moja! Marzenie! Ja was proszę w gości,Proszę, wołam, a tutaj taka cisza wszędy,Jakby miłość z marzeniem umarła przed chwilką,Jakby właśnie skończono pogrzebu obrzędyI dym pozostał tylko,I dalekie śpiewanie...
«Lecz mniejsza o to. Nie chcę, nie chcę marzeń wcale,Bo musi być coś więcej dla człowieka w świecieNad te liche zabawki, których pragnie — dziecię...O, tak, musi być, jest coś — bo cóż po zapale,Cóż po łzach, które nieraz w nocy zasiewałemMimowolnie, tak, jakby opadł kwiat źrenicy,I oko się zrobiło nasieniem przestałem —Cóż z tych łez wzejdzie? Jeśli roślinka tęsknicy,Marna, bezowocowa, jako te zabawki,Za któremi uganiam prawie od powicia,To ja wyrwę, pogniotę pierworodne trawki —Bo przecież nie dla fraszek, na pręgierzu życiaRozpięty, czekam czegoś od całego świata,Jak policzku od kata».
Wtem nad gęste zarosłe wzniósł młodzieniec czoło,Blade, jak mur, w którego głębokich framugachOczy, niby łzawice przepełnione, stały;Młodzieniec błędnym wzrokiem spozierał wokoło,A była noc pogodna, mgły legły na smugachI posrebrzane chmurki księżyc zwiastowały.
Gdy po deszczu, po majowym,Wstęga tęczy cicho spłynie,Ja w wianeczku lilijowymBiegam sobie po dolinie.
Biegam, latam, krążę w kółka,Po dolinie, po jeziorze,I w głąb patrzę, jak jaskółka,Gdy zimowe zwiedza łoże.
Biegam, latam, dokazuję,Czasem w ptaszka się przerzucę,Z skowronkami się wykłócę,I — słowikom nie daruję.
Bo skowronki, i słowiki,I lilije, i powoje,I jeziora, i strumyki,Wszystko moje — wszystko moje!...
Co to jest, co za śpiewy? — Czyż i w późnej nocyTrudno jest być samotnym?
Cha, cha! — Skąd te żale?Wszakże niebardzo dawno wołałeś w zapale,Że czujesz brak nieznośny, że pragniesz pomocyTych ulubionych marzeń, «co zmarły przed chwilką,A z obrzędów pogrzebu dym pozostał tylko...»
«Słuchaj! Ty mię znasz dobrze, ja dla twojej głowy,Dla młodych myśli, zawsze dostępna i bliska,Jako przy główce maku listek atłasowy,Majaczyłam i błogie plątałam zjawiska.Jam rusałka-marzenie, to młode marzenie,Co, niewiadomo poco, z chciwością dziecinnąNieraz żebrze u człeka o jedno westchnienie,O jednę łzę niewinną!I westchnienia posłucha, i łzę na dłoń schwyta,I zwilży nią krzew suchy — aż liść się prostuje,Zielenieje — i młody pączek wyskakuje,Przeciera senne oczko — «kto mię woła?» pyta.
Dosyć, dosyć tych cacek!... Trudno mi, nie mogęBawić się, bo mam jakieś silniejsze przeczucie,Co odpycha pieszczoty, wzbudza nawet trwogę,Że już nie czas.
Więc klęknij, dumaj o pokucie,Żałuj, żeś przeżył chwilkę! Cha, cha! Dziwny człeku!Twoje życie — to cząstka tak zwanego wieku,A wiek — sto lat; choć zginie, wieczność o nim nie wie,Bo gdzież taka drobnostka może ją obchodzić!Cha, cha! Dalej, pątniku! Zacznij płacz rozwodzić,A ja wzajem rozrywki będę szukać w śpiewie:
Gdy po deszczu, po majowym,Wstęga tęczy cicho spłynie,Ja w wianeczku lilijowymBiegam sobie po dolinie.
Biegam, latam...
Precz, córko pieszczot i gnuśności!Ja nie chcę mdłych rozkoszy — sam z sobą zostanęI będę badał — śledził — przeczucie nieznane,Które wrosło w me serce — przeczucie wielkości!...
No, zostań sobie, zostań, lecz o tem,Ażebyś twoich szałów nie żałował potem!Zostań, a ja tymczasem polecę dalekoI zacznę moje czary — bo też umiem cuda,Jakie stwarzać niekażdej rusałce się uda.Ja czasem mrugnę tylko figlarną powieką,Klasnę w dłonie, zawołam: «Dalej, moje kwiatki!Kto też najprędzej biega!» — a wnet na przegony,Przez zarośla, mogiły, pola i zagony,Rwą się róże, lilije i pełzną bławatki,I krzaki bzów wędrują,Ziemię za sobą prują...Ja zaś wciąż klaszczę w dłonie, lecę lotem strzały,Na pogoń kwiatów patrząc, nucę pieśń radosną,A gdy stanę, wnet wszystkie przy mych stopach wrosną,Jakby się nie zmęczyły, jakby nie biegały,Jakby, tędy przechodząc, ogrodnik przypadkiemZgubił garść różnych nasion, a stąd kwiaty wzrosłyI przez zmrużone pączki spojrzały ukradkiem,I świeże czoła wzniosły.
Płonna maro, uciekaj! Czy widzisz? Tam, w daliIskierka, błyskawica — ach, niebo się pali!Zastęp wojska, rażony, jak zdeptana żmija,Wściekłym jadem nabrzmiewa, kurczy się i zwija —Zmora wojny to sprawia! Bo też umie cuda,Jakie stwarzać szatanom nawet się nie uda —Ona, klaszcząc mieczami, ryczy przeraźliwie:«Hejże! Kto chce wawrzynów?» — a wnet tłumy lecą,Dzikim wzrokiem, jak światłem pogrzebowem, świecąI, przeskakując trupy, uganiają chciwie,Uganiają, konają, nie z rozrządzeń nieba,Lecz z pragnienia wawrzynów — liści im potrzeba!...
Liści im potrzeba!...
Ach, jakżeś ty niedobry! Takie straszne rzeczyGadasz, że aż dreszcz bierze! Wierz mi, mój kochany,Że twojej tak głębokiej, tak zatrutej ranyDzielność moich uroków nawet nie wyleczy,Więc żegnam cię na zawsze!...
I, między gęstwiny,Jęczący, głuchy szelest zlekka dał się słyszeć,
I mdlał — konał — nareszcie całkiem przestał dyszeć;Potem raz tylko drgnęły gałązki leszczyny,A potem wszystko ścichło.
Ha! spadł ciężar z duszy!(Krzyknął młodzian radosny i powstał raptownie),O, teraz jestem zdrowy, silny niewymownie,Bo, chociaż chwilę strasznych przetrwałem katuszy,Choć tłum rojonych cierpień brał mię w swoje kleszczeI gniótł, dręczył — jednakże teraz szydzę z niego,Teraz godowy puhar dla siebie nalewam,I dotykam ustami brzegu złoconego,I będę szczęsny jeszcze,I jeszcze pieśń zaśpiewam:
Młodości, ty nad poziomyWylatuj, a okiem słońcaLudzkości całe ogromyPrzenikaj z końca do końca!