Pieśń IX
Translated by Edward Porębowicz
Boska komedja — Czyściec
1 Już nałożnica dawnego TytonaBiałym się rąbkiem ze wschodu wyłoniZ objęć lubego kochanka spłoszona;
4 I klejnotami zabłyśnie na skroniW kształt złożonymi Ryby zimnosokiej,Co się ogonem od ujęcia broni;
7 Więc noc z naszego miejsca już dwa krokiNaprzód zrobiła i gotując nowy,Skrzydłem zniżonem wionęła przez mroki,
10 Gdy ja, spuścizny dziedzic adamowej,Nagle zmorzony snem, kędyśmy w pięciSiedzieli, na ruń nachyliłem głowy.
13 W godzinie, kiedy bolesnej pamięciPełna jaskółka, blizko u przedśwituPierwszem kwileniem powietrze zasmęci;
16 Gdy myśl, władniejsza pani swego bytuI swobodniejszych wiadoma polotów,Zdolna jest jakby wieszczego zachwytu,
19 U lazurowych zwieszony namiotówUkazał mi się Orzeł złotopióry,Cały rozpięty, do runięcia gotów.
22 A śniłem, żem stał na wierzchołku góry,Skąd był porwany od króla lataczyGanimed między olympijskie chóry.
25 Dumałem: orzeł w tem miejscu co znaczy?Może on tu jest na swem żerowisku,Może skądinąd łupu brać nie raczy?
28 Kręgi po kręgach zataczał, aż w błyskuGromu spadł na mnie ptak przerażający,Uniósł i w górnem zawisnął ognisku.
31 Tam nas oboje owiał żar gorący:Mniemany płomień tak się w ciało wżerał,ZemŻem się obudzić musiał mimochcący.
34 Nie inaczej się Achilles wydzierałSnowi i wznosząc zdumiałe powiekiPo nieznajomej krainie spozierał,
37 Gdy wydartego z Chyrona opiekiMatka zaniosła pod skiryjskie straży,Skąd go dwa sławne wywabiły Greki, —
40 Jakom ja zadrżał, kiedy sen mi z twarzyPierzchnął; stanąłem tak bladością siny,Jak człowiek, co go przestrach mrozem zwarzy.
43 Przy moim boku Mistrz został jedyny;Oczy ku toni obrócone były;Słońce zrobiło w górę dwie godziny.
46 »Nie miej ty lęku«, rzecze Pan mój miły,»Oto kres blizki naszego pochodu,Zatem nie ścieśniaj, lecz rozprężaj siły.
49 U czyścowego stanęliśmy wzwodu;Patrz na przedmurze stok okrążające,Środkiem spękane jakby dla przechodu.
52 W chwili gdy jutrznia wywróżyła słońceA duch spał, w ciało spowity człowiecze,Na umajonej pięknem kwieciem łące,
55 Przyszła niewiasta ku mnie i tak rzecze:Jam Łucja; daj, niech śpiącego zabioręI łatwość drogi jemu ubezpieczę.
58 Śród zacnych cieniów Sordel pod tę poręBawił, gdy wschodnia zabielała strona;Łucja szła naprzód, a ja za nią w górę.
61 Tu cię złożyła, a mnie zaświeconaOcz jej pochodnia ku tej wiodła bramie:Potem odeszli razem sen i ona«.
64 Jak człowiek, co się z domysłami łamie,Lecz po wahaniu pewność bierze w duszę,Skoro rzecz zyska rzetelności znamię,
67 Tak jam się zmienił; więc Wódz mię w otuszeWidząc, do góry posunął po wale:Ja tedy za nim ku wyżynom ruszę.
70 — Widzisz, słuchaczu, jak wznoszę pomaleGmach mej powieści, więc nie miej we wstręcie,ZeŻe tutaj wyższym kunsztem go utrwalę. —
73 Jużeśmy doszli i tam w tym momencieStali, gdziem ściany jakoby rozwarteWidział przez owo podłużne pęknięcie.
76 Brama to była: a do niej przyparteKamienne stopnie barw jawiły troje:Na nich milczącą obaczyłem wartę.
79 Kiedy w nią baczniej me źrenice wpoję,Poznam Anioła; na najwyższym głazieSiedział tak jasny, że rwał oczy moje.
82 Dłonią miecz goły trzymał, a w żelazieTaka się jasna paliła poświata,Żem nie mógł okiem chwycić go na razie.
85 »Zdaleka stojąc, mówcie!« woła czata,»Co wy za jedni? kto dróg waszych strzeże?Baczcież, aby was nie potkała strata«.
88 »Niebieska Pani świadoma w tej mierze«,Rzekł Mistrz, »przed chwilą ukazała wzwody,Mówiąc: Wstępujcie w górę, oto dźwierze«.
91 »Niechże was wiedzie do celu bez szkody«,Przemówił znowu uprzejmy odźwierny;»Wstępujcie zatem na te nasze schody«.
94 Pierwszy był biały, gładkości misternej,Przeczysty marmur; jak szkło jednolityPowierzchnią obraz mój odbijał wierny.
97 Schód drugi z ciemnej granitowej płyty,Powierzchni szorstkiej, słońcem przepalonej,Wzdłuż i wszerz gęsto szczerbami poryty.
100 Trzeci zaś stopień na sam szczyt zwalony,Barwą porfirów zdał się rozpłonięty,Jak krew co tryśnie prosto z ran, czerwony.
103 Na nim swe stopy oparł Anioł święty,Sam zaś na progu wrót zasiadł na straży;Próg był tak lśniący jako dyjamenty.
106 Po dobrej woli, w powyż trzech porożyWszedłem z mym Panem. On rzekł: »Kornem czołemUderz i poproś, niechaj ci otworzy«.
109 Przeto nabożnie padłem przed Aniołem,»Łaski! otwórz mi!« wołając nieśmieleI w pierś się bijąc. Miecza ostrzem gołem
112 Odźwierny siedm P wyrył mi na czele.»Bacz«, mówił, »niech się każda plama spłóczePodczas gdy będziesz hartował się w dziele«.
115 Popiół lub gleba gdy ją skwar potłucze,Równały barwie szat świętej Istoty:Z pod szaty Anioł wydobył dwa klucze:
118 Jeden był srebrny, drugi szczerozłoty;Więc naprzód białym, żółtym zaś po chwiliW zamku pracując, koił me tęsknoty.
121 »Gdy bodaj jeden z tych kluczów omyli«,Mówił, »snać jakiś błąd zachodzi, zaczemJuż się ta furta przejściu nie odchyli.
124 Jeden cenniejszy; drugiego badaczemTrzeba być lepszym, by bramę otworzył,Bo on jest właśnie węzła rozdziergaczem.
127 Piotr mi je w ręce podał i dołożył:Raczej litością grzesz tutaj niż wstręty,Byle się grzesznik u nóg twoich korzył«.
130 Tedy pchnął Anioł skrzydła bramy świętej.»Wchodźcie«, rzekł, »ale wiedźcie, idąc wyżej:Kto spojrzy za się, będzie odepchnięty«.
133 Ukuta w twardej i brzęczącej spiży,Na swoich czopach wykręcona cała,Obróciła się tarcza świętych dźwiérzy.
136 A nie zgrzytnęła tak, ni się wzdragałaOdewrzeć, zbywszy Metella obronyNa ujmę skarbów swych, tarpejska skała.
139 Słuchem pobiegłem w nowe regiony:Te Deum brzmiało za bramy okołemW głosach zmieszanych z muzycznymi tony.
142 Takie wrażenie w me zmysły przejąłemZ owej muzyki, jak to na przemiany,Gdy z organami śpiew się złączy społem,
145 To śpiew góruje, to znowu organy.