Pieśń IV

Dante Alighieri (1265–1321)

Translated by Edward Porębowicz

Boska komedja — Piekło

1  Silny huk gromu wyrwał mi z pod powiekSenność kamienną, tak, że się wzdrygnąłemNiby gwałtownie przebudzony człowiek.

4  I wypoczęte oczy tocząc kołem,Wyprostowany patrzałem po stronie,Aby rozpoznać miejsce, gdzie stanąłem.

7  Otom się, widzę, znajdował na skłonieOwej bolesnej, piekielnej doliny,Co nieskończonych echa jęków chłonie.

10  Loch był bezdenny, mgławy, czarno-siny;ZreniceŹrenice moje wysłane na zwiadyNiczego dobyć nie mogły z głębiny.

13  »Zejdziemy teraz«, rzekł wieszcz cały blady,W»W otchłannych światów ślepe zakomory:Ja pójdę pierwszy, a ty w moje ślady«.

16  Widząc, że pobladł: »Jakże iść mam skory«,Rzekłem, »gdy w tobie odwaga ustaje,Co mi w zwątpieniach użyczasz podpory?«

19  »Kaźń ludu, co te zamieszkiwa kraje«,Rzekł, »twarz mi czyni równą białej chuścieZ barw litowania, co-ć się lękiem zdaje.

22  Idźmyż: daleki cel ma nasze pójście«.Ruszył; tu pierwsze przekroczyłem za nimKoło, z tych, które biegną nad czeluście.

25  Głos, co mi słuchu doszedł, był nie łkaniem,Lecz szeptem westchnień, który skróś stuleciPowietrze wzruszał bezustannem drganiem,

28  Szedł zaś z cierpienia, które mąk nie nieci,A które znoszą wielkie ludu ławy,Gromada mężów i niewiast i dzieci.

31  Rzecze Wódz do mnie: »Ażaś nie ciekawyTłumu, co smętne te wydaje gwary?Nim stąd odejdziem, masz poznać ich sprawy.

34  Bezgrzeszni oni są, ale z tej miaryJeszcze się zasług zbawienia nie bierze:Stanowi o niem chrzest, brama twej wiary.

37  Chociaż w pogańskiej przyszli na świat wierze,Czci potem Bogu nie złożyli winnej;Do ich gromady oto sam należę.

40  Dla tej usterki, nie dla winy innejPobyt znosimy tutaj bezkatuszny,W tęsknocie żyjąc próżnej i bezczynnej«.

43  Tedy mi serce żal ogarnął słuszny,Bo w tym przedsionku, na wątpliwe trwanieSkazan, poznałem poczet wielkoduszny:

46  »Powiedz, o Mistrzu mój, powiedz, o Panie«,Spytałem, chcąc mieć tę pewność niezbitą,W której jest wszego błędu zaniechanie,

49  »Wyszedł-li który stąd, czy z własnej, czy toZ cudzej zasługi — i był w niebo-brany?«A on odgadłszy mowę mą zakrytą:

52  »Krótko przed mojem rozstaniem z ziemiany,Mocarz tu zstąpił niebiańskiego lica,Znakiem zwycięstwa ukoronowany.

55  On z państw tych wywiódł pierwszego rodzica,Abla, Noego; pośród innych wielaAbram posłuszny, Mojżesz, praw krynica,

58  Dawid stąd wyszedł i ród IzraelaStary: to jest on i ojciec i synyI wysłużona pasterstwem Rachela.

61  Ich wyprowadził w niebieskie krainy;A wiedz, że przed tym dostojnym wyboremŻaden nie zaznał zbawienia człek iny«.

64  Podczas gdy mówił, szliśmy dalszym torem,Prując się czernią lasu bez ustanku,Chcę rzec: przechodząc gęstym duchów borem.

67  Małośmy uszli po okólnym ganku,Kiedym obaczył blask, niby ogniskoW grubych ciemności gorejące wianku.

70  Było daleko jeszcze, lecz dość blizko,Ażebym poznał w pomroków prześwicie,Że zacne duchy miały tam siedlisko.

73  »Mistrzu mój, wiedzy i sztuki zaszczycie,Któż oni i czem dostąpili prawa,Że wiodą tutaj wywyższone życie?«

76  Tak pytam. »Czesna«, rzekł, i »głośna sława,Co ich wyniosła pomiędzy ziemiany,Czyni, że niebo tu im wyższość dawa«.

79  Wtem głos się rozszedł echem powtarzanyI brzmiał: »Przed wieszczem najwyższym chyl czoła!Wraca cień jego, co był nam zabrany!«

82  A gdy się echo uciszyło zgoła,Ujrzę idące cztery wielkie cienie:Twarz ich ni smutna była, ni wesoła.

85  Rzecze Wódz dobry: »Obróć swe spojrzenieNa tego, który mieczem w dłoni toczy,A co go inni w takiej mają cenie.

88  To król poetów, Homer; ten, co oczyMa uśmiechnięte, mistrz satyr, Horacy;Owidjusz trzeci; Lukan czwarty kroczy.

91  Że dostojeństwem wszyscyśmy jednacy,Hołd mnie złożony, wszystkich w sobie brata:Więc słuszna, że mi są łaskawi tacy«.

94  Widziałem zatem słynną pośród świataSzkołę książęcia najszczytniejszej pieśni,Co nad innymi jak orzeł polata.

97  Gdy pogwarzyli z sobą ci rówieśni,Uprzejmej ku mnie obracali twarzy.Wódz się uśmiechał... A eszczejeszcze mię cześniej

100  Przyjmie ta rzesza i większym obdarzyZaszczytem, bo mię w swem gronie pozdrowiJako szóstego śród słowa mocarzy.

103  Roztrząsaliśmy, idąc ku ogniowi,Rzeczy, o których z równego powoduTam się mówiło, jak tu się nie powie.

106  Do stóp my doszli wspaniałego grodu,Otoczonego murem siedmiorakimI piękną rzeczką; choć nie było brodu,

109  Przeszliśmy tędy niby suchym szlakiem;Potem bram siedmią na świeże murawy,Gdzieśmy się z nowym spotkali orszakiem.

112  Lud był szanownej, dostojnej postawy,Powściągliwego, poważnego wzroku,A mowy cichej, skąpej i nieżwawej.

115  Zeszliśmy stamtąd od jednego bokuNa połoninę widną i przestroną,Gdzieśmy ich wszystkich mieli na widoku.

118  Tam, na zielonej darni mi zjawionoDuchy, co dawniej były chwałą ziemi;Na ich wspomnienie dumniej drga mi łono.

121  Druhów Elektry widzę: między niemiPoznaję wielu: Hektora, Eneja,Cezara w zbroi z oczyma orlemi.

124  Z Kamilą widna mi Pentezyleja,A obok ojca swojego LatynaLawinia, w której Włoch była nadzieja.

127  Brutusa widzę, co wygnał Tarkwina:Lukrecję, Julję, Marcję i KornelęI samotnego z boku Saladyna.

130  A gdy oczyma nieopodal strzelę,Mistrza spostrzegam mężów pełnych wiedząNa filozofów siedzącego czele.

133  Cześć mu oddają, skinień jego śledząSokrat z Platonem, cała mędrców świta:Ci dwaj najbliżej u boku mu siedzą.

136  Przypadkowości głoścę Demokryta,Anaksagora, Djogena, Talesa,Empedoklesa, Zena, Heraklita

139  Poznaję; znawcę ziół DjoskorydesaI Euklidesa i Ptolomeusza,I Avicennę i Hipokratesa,

142  Galiena, cnego Senekę, Liwiusza,Tuliusza; przy nich skał i drzew pieśniarza,Który zwierzęta lirą swoją wzrusza

145  I Averroę, twórcę komentarza.Przedmiot rozległy, pióro me nie rące,Nie wszystko com tam oglądał, powtarza.

148  Z sześciorga dwu nas zostało w rozłące;Nowym Wódz dobry szlakiem ruszył ze mnąZ cichego świata w światy wiecznie drżące,

151  W nową dziedzinę, nieśmiertelnie ciemną.