Pieśń XXXIII
Translated by Edward Porębowicz
Boska komedja — Piekło
1 Usta oderwał od okropnej strawyOw potępieniec i z chciwej paszczękiWłosami wroga skrzep ocierał krwawy.
4 Potem rzekł: »Srogie chcesz odnawiać męki,Których myśl sama już rani boleśnie,Zanim się jeszcze przelała we dźwięki.
7 Lecz że opowieść moja ziarnem wskrześnie,Skąd temu zdrajcy ma wyróść niesława,Słów mych i płaczu słuchaj równocześnie.
10 Nie wiem kto jesteś, ni z jakiego prawaWszedłeś tu, jeśli nie wiodła cię wina;Aleś Florentczyk; język cię wydawa.
13 Widzisz przed sobą hrabię Ugolina;Ten jest Ruggieri; był arcybiskupem;A oto mojej mściwości przyczyna:
16 Zbytnia powtarzać, jak stawszy się łupemPodstępu, zwabion złudnymi wyrazy,Uwięzion, w kaźni z głodu padłem trupem.
19 Lecz co więzienne zataiły głazy,Okropne skonu mojego momentyOpowiem; ty sądź, czym doznał obrazy!
22 Przez wązki otwór w klatce tej wycięty,Co po mnie zwie się: głodowa ciemnica,Gdzie będzie jeszcze niejeden zamknięty,
25 Liczne-m już widział odmiany księżyca,Gdy raz mi nocą sen był ukazany,W którym przyszłości prysła tajemnica.
28 Śniło mi się więc, że ten pan nad panyPolował wilka i młode wilczętaW górach, co kryją Lukę przed Pizany.
31 Galand, Sismondi, Lafranchi, paniętaPizańskie, biegli na orszaku czele,Z nimi suk sfora chuda i zawzięta.
34 Lecz pomęczeni nie ubiegli wieleOjciec i dziatwa; wnet na nich obławySpadły, kły ostre topiąc w wilczem ciele.
37 Zbudzon przed świtem do bolesnej jawySłyszę, a przez sen dzieci me, niewoliMej towarzysze łkają, prosząc strawy.
40 Srogi, gdy się mej nie zlitujesz doliCzując, co nocna wróżyła mi zmora;Gdy tu nie płaczesz, kiedyż cię zaboli?...
43 Już się ocknęli; nadchodziła pora,Gdy zwykle jadło podawały straże;Od snów nam wszystkim dusza była chora.
46 Szczęk z dołu straszną prawdę mi ukaże:Drzwi zagwożdżono! zamknięto nas w grobie!Tedy spojrzałem niemy w synów twarze.
49 Jam nie zapłakał: skamieniałem w sobie;Lecz chłopcy łkali; mój Anzelmek mały:Ojcze, rzekł, patrzysz tak dziwnie! co tobie?
52 Jam nie zaszlochał; milczałem dzień całyI noc do chwili kiedy gwiazdy gasną;Aż gdy po nocy tej przyszedł dzień biały
55 I kiedy w lochu zrobiło się jasno,W cztery oblicza spojrzę i tak na nieWzrok kładąc, twarz w nich odgaduję własną.
58 Więc ręce sobie z bólu do krwi ranię,A oni myśląc, że to ból ze czczościNagle się dźwigną: — Ojcze nasz i panie!
61 Wołają do mnie: oszczędzisz żałościZ ciał naszych jedząc; tyś nas oblókł niemi,Wolno-ć je zezuć z naszych nędznych kości. —
64 By ich nie płoszyć zmilkłem i tak niemiTrwaliśmy dwa dni z nadziei zatratą.Czemuś nie pękło, twarde łono ziemi?...
67 A kiedy czwarty dzień błysnął za kratą,Gaddo do kolan moich się przywleczeI woła: Czemu nie ratujesz, tato!...
70 Wołał i skonał; jak mnie tu człowieczeWidzisz, tak chłopcy w oczach mych konałyDo dnia szóstego; więc mi wzrok wyciecze
73 We łzach; oślepły między synów ciałyPełzam i trzy dni wołam na nieżywe...Aż głód mocniejszy był, niż bólu szały!«
76 Skończył i białka wywrócił straszliweI zęby w czerep znów zapuścił siny,Twardo i jak psie krwawej kości chciwe.
79 O Pizo! pięknej zakało krainy,Gdzie brzmi lubego si nuta pieszczona;Gdy się nie kwapią sąsiadów twych syny,
82 Niech cię Capraja porwie i Gorgona;U Arnowego ujścia tamą wspięta,Potopem zguby twych mieszczan dokona.
85 Bo jeśli piekło słusznie to pamiętaUgolinowi, że wydał twe grody,Czemu skazywać na mękę chłopięta?
88 O nowa Tebe, wszakże sam wiek młodyUsprawiedliwiał Brigatę, HugonaI tych dwu, których już nazwałem wprzódy!...
91 Poszliśmy dalej, gdzie zlodowaconaToń inną rzeszę otula w pieluchy,W których zastygła, na wznak wywrócona.
94 Płacz nie pozwala, by płakały duchy:Boleść w głąb wraca napotkawszy tamęI wzmaga srogiej cierpień bezotuchy.
97 Bowiem łzy pierwsze wyszłe przez ócz bramęZmarzły i szklaną stworzyły przyłbicę,Pod powiekami ócz oszkliwszy jamę
100 Wtem, choć od mrozu stężało mi liceI jak naskórek, kiedy otwardniejeStraciło czucie, dech wiatru pochwycę,
103 Który z nieznanej strony ku mnie wieje.Więc pytam: »Gdzie zdrój mroźnego oddechu?Czyliż tu tchnienie wszelkie nie tężeje?«
106 A Mistrz mi na to: »Czekaj, bez pośpiechu:Wnet się twym oczom własnym uwydatniSkąd ten wiatr dmucha i z jakiego miechu«.
109 Wtem jeden nędzarz z pod lodowej matniZawołał do nas: »Duchy tak zbrodnicze,Że wyznaczono wam okręg ostatni,
112 Zdejmijcie łuskę z ócz mych; niech użyczęOtuchy sercu w okropnym mozole,Zanim zakrzepnie znów od łez oblicze!«
115 »Powiedz, kto jesteś, pewnie cię wyzwolę«:Rzekłem do mary, co hełm straszny dźwiga.Niech»Niech tak polegnę w lodowatym dole!«
118 »Widzisz« odparła, »brata Alberyga:Żem jadowite owoce miał w sadzie,Tym mi daktylem nagrodzona figa«.
121 »Ha!« wykrzyknąłem, »jużeś to w gromadzie?«A on: »Zewłoka moja jeszcze żywaNa ziemi nie wiem, w jakim żyje ładzie.
124 Bo Ptolomeja tej łaski używa,Że czasem ludzka dusza tutaj spada,Nim jej dokona Atropos przędziwa.
127 Abyś zaś chętniej lód, co się układaZ łez przestarzałych, obłuskał mi z twarzy,Wiedz, że w momencie, gdy się spełnia zdrada
130 Jako ta moja, czart staje na strażyCiała i póki śmiercią nie ochłódnie,Do tego kresu sam w niem gospodarzy.
133 Dusza odrazu przelata w tę studnię;Niejedno ciało do świata należy,Którego cień tu swe odprawia grudnie.
136 Uważne oczy zwróć, przychodzień świeży,Na Brankę d’Oria, o którym ci powiem,Że tu duch jego od wielu lat leży«.
139 »Chcesz mię jak widzę, okłamać!« odpowiem,Bo Branka d’Oria nie umierał zgoła;Je, pije, sypia i cieszy się zdrowiem«.
142 W»W Dole Złych Szponów«, odrzekł »gdzie wre smoła,Jeszcze się Michał Zanche nie pojawił,Kiedy już Branca czarnego anioła
145 Na swoje miejsce w zewłoku zostawił:Podobnie krewniak jego, jeszcze żywy,Który się zbrodnią wspólnie z nim splugawił.
148 Lecz ściągnij rękę! Zdejm te z ócz pokrywy«..A jam zostawił mu na oczach brzemię;Surowość moja — tam był czyn cnotliwy.
151 Genueńczycy! Przeniewiercze plemię!Wrogowie cnoty zbrodniami skalani!Przecz wam pozwala los zaludniać ziemię?
154 Otom z najgorszym zbrodniarzem RomaniiNaszedł jednego z was, którego duszaWystępna krzepnie w Kocytu otchłani,
157 Podczas gdy ciało żywe czarta słusza.