Pieśń XXXIV
Translated by Edward Porębowicz
Boska komedja — Piekło
1 Vexilla Regis prodeunt Inferni...»Patrz i uważaj«, Przewodnik mój rzecze,»Czy w dalekości już On się nie czerni«.
4 Jak kiedy ziemię tuman mgieł oblecze,Lub gdy pół-sfery naszej noc jest blizko,Wiatrak wygląda co skrzydłami siecze,
7 Tak wyglądało potworne zjawisko.Więc się cofałem drżąc w zimnym powiewie,Za plecy Wodza, jedyne schronisko.
10 Stałem już, ledwo śmiem powtórzyć w śpiewie,Tam gdzie tłum cieniów pod korą lodowąPrzeświecał niby źdźbła w szklanej polewie.
13 Jedne poziomo a drugie pionowoSterczą, lub w linię przełamane krzywą;Jedne nogami w górę, drugie głową.
15 Gdyśmy podeszli tak, iż się możliwąZdało Mistrzowi, ażeby mi zjawiłTwarz cudotworu dawniej urodziwą,
18 Przystanął i mnie za sobą postawił.»Oto Dis, oto miejsce, gdzie w odwadzeTrzeba«, powiada, »byś serce zaprawił!«
21 Jak-em tam skośniał, w członkach stracił władzę,Wyobraź sobie słuchaczu życzliwy:Nie mówię, bowiem słowy nie poradzę.
24 Anim padł martwy, anim został żywy:Jeżeliś bystry, to oblicz, jak międzyDwoma stanami stan mój był wątpliwy!...
27 Cesarz władnący nad krainą nędzyZ lodu wysterczał do połowy łona,A olbrzym ze mną porówna się prędzej
30 Niż z olbrzymami jego dwa ramiona;Jakiż ogromny, jeśli miara kościByła w nim całym równo rozmierzona!
33 Jeśli tak brzydki, jakiej był pięknościGdy przeciw Stwórcy stroszył brew do góry,Słuszna iż zwie się źródłem wszelkiej złości!
37 O jakiż mi się jawił cud natury!Ujrzałem troje lic w jednem istnieniu:Jedno na przedzie koloru purpury,
40 A zaś dwa drugie każdemu ramieniuOdpowiadały, razem tworząc głowę,Co się kończyła w grzebień na ciemieniu.
43 Prawe oblicze było blado-płowe,Lewe jak szczepu, który się wywodziZ krain, gdzie wody wpadają nilowe.
46 Pod każdem licem, jako to się godziTakiemu ptaku, po dwa skrzydła wioną:Żagł równie duży po morzach nie chodzi.
49 Jako nietoperz miał nieupierzonąSkrzydeł pokrywę, a gdy niemi śmigał,Trzy wiatry budził pod okropną błoną.
52 Od tego wiania Kocyt w lód zastygał;Z ócz sześci łzami ciekł i na trzy szczękiUstawnie śliną zakrwawioną rzygał.
55 Z ust każdych sterczał grzesznik i jak pękiTrawy w miętlicy, na miazgę był tarty:Te jednocześnie trzej cierpieli męki.
58 Skazaniec przedni niedość że w zażartejTkwił paszczy; szarpan disowymi szponyRaz po raz łypał ze skóry obdarty.
61 Rzecze Mistrz: »Zbrodzień najsrożej męczony,Dowiedz się, Judasz jest Iskaryjota;Wewnątrz ma głowę, na zewnątrz nóg trzony.
64 Z głową na zewnątrz, ten który przez wrotaSterczy lic czarnych, cień jest Brutusowy,Słowa nie rzecze, tylko sobą miota;
67 Kassjusz ten trzeci, ogromnej budowy.Lecz już wieczorne rumienią się zarze,Widziałeś wszystko, teraz bądź gotowy!«
70 Za szyję Mistrza chwytam, jak mi każe;On upatrzywszy i miejsca i pory,W momencie gdy Dis rozchylił wachlarze
73 Skrzydeł, za boków chwycił go kędzioryI kudł po kudle spuszczał się szczelinąPomiędzy żebra, a lód zmarzłej nory.
76 Gdy ze mną doszedł tam, gdzie uda ginąW biodrach i w jamę wrastają lędźwiową,Z widocznym trudem, z twarzą lękiem siną
79 Gdzie Dis miał stopy, Wódz zwracał się głowąJak człek, co pnie się; a jam myślał: biada!Oto mię w piekło prowadzi na nowo!
82 »Trzymaj się mocno«, tak do mnie powiada,Jak człek zmęczony dysząc; »takie wrażeSchody, żegnając Złe, brać nam wypada«.
85 Skalną wyszedłszy jamą, na wiszarzeUsadowił mię, na krawędzi skały,Poczem mi przełaz niezwykły ukaże.
88 Podniósłem głowę, osłupiałem cały:Miast Lucypera twarzy nagle-m zoczyłNogi potworu, jak w górę sterczały.
91 Czym się naówczas zaląkł i zamroczył,Niech tłum pomyśli ciemny, co jest zgołaNieświadom, jaki-m punkt ziemi przekroczył.
94 »Powstań na nogi!« Mistrz do mnie zawoła,»Droga daleka i zła; do spełnieniaSłońce przebiegło już część szóstą koła«koła«.
97 Nie w pałacowe zaiste podsienia,Lecz w naturalną weszliśmy jaskinięO chropowatem dnie i pełną cienia.
100 »Nim mi piekielna otchłań z oczu zginie«,Rzekłem do Mistrza, dźwignąwszy się z głazu,»Pozwól, że kilka zapytań uczynię:
103 Gdzie się staw lodu podział? Śród przełazuPrzecz On na wywrót sterczy? I jak z mrokuSłońce ku zorzy przebiegło odrazu?«
106 »Sądzisz, że jesteś na centralnym szlakuZ tej strony osi, gdziem się do pieczarySpuszczał po ziemię wiercącym robaku.
109 Byłeś tam, pókiś twarz widział poczwary;Gdym się obrócił, przekroczyłeś ziarnoZiemi, gdzie wszystkie ściągają ciężary
112 I wszedłeś w sferę naprzeciw-polarną,Odwrotną owej, co lądy obleka,Których środkowy szczyt widział ofiarną
115 Śmierć poczętego bez winy Człowieka;Stopy twe stoją na małej półsferze,Której odwrotnem licem jest Giudecca.
118 Tutaj jest ranek, gdy tam podwieczerze;Ow, czyje kudły schodami nam były,Sterczy tam ciągle w tej, co dawniej mierze.
121 Z nieba odrazu spadł do swej mogiły;Lądy leżące tutaj w onej porzeZe strachu przed nim w fale się pokryły.
124 Na naszą sferę wypchnęło je morze;Umknął się bodaj ląd i po tej stronie,Pod sobą próżne zostawiając łoże.
127 Czeluść ta w ziemskiem wydrążona łonieCiągnie się, jak grób Belzebuba długi,Oczom niewidna, a jedno po tonie
130 Rozpoznawana bulgocącej strugi,Która przepływa skalnem wydrążeniemLekko skłonionem na piekielne smugi«.
133 Owem mię skrytem Wódz powiódł podsieniemI szliśmy, by wnet wyjrzeć na lazury.Idziem i w drodze wcale się nie lenim.
136 Wciąż wyżej: pierwszy on, ja za nim wtóry,Aż obaczyłem niebios światła cudnePrzez krągły otwór migocące z góry.
139 Tędyśmy na świat wyszli, witać gwiazdy...