Pieśń XXVII
Translated by Edward Porębowicz
Boska komedja — Raj
1 Ojca i Syna i świętego DuchaRaj cały zabrzmiał niemilknącą chwałą:Upajać musi zmysły, kto jej słucha.
4 Uśmiechem mi się wszechświata wydałoTo, com oglądał; słodkie upojeniePrzez wzrok i przez słuch we mnie wstępowało.
7 O radość, szczęście, o niewysłowieniePiękny kochania i miru żywocie!O wolne żądzy i bezpieczne mienie!
10 Stały przedemną, zatlone w ochocieCztery pochodnie. I jęła ta, któraPierwsza przybyła, rzucać iskier krocie.
13 Przeobraziła się wtem jej natura:Jakby z Jowiszem Mars postać lataczyPrzybrawszy, wzajem zamienili pióra.
16 Opatrzność, z której każdemu się znaczyKolej i służba, nakazało ciszęWszystkiej naokół gromadzie śpiewaczej.
19 »Żem pąsem spłonął« — takie słowa słyszę, —»Nie dziw się, bo gniew, co we mnie dygoceBarwę sromoty na każdym wypisze.
22 Ten, co przywłaszczył sobie na OpoceTo moje miejsce, moje miejsce, mojeMiejsce, — w obliczu Chrystusa sieroce,
25 Zmienił mych kości cmentarne pokojeW krwi i plugactwa cuchnącą kałużę,Ucieszne ducha upadłego zdroje«.
28 Jakie w wiszącej przeciw słońcu chmurzeRankiem lub zmierzchem barwy widzieć można,Takie na niebie w krąg wykwitły róże.
31 A jak niewiasta o siebie nietrwożnaZlęknie się przecie i wstydem zapała,Gdy ją doleci czyjaś wina zdrożna,
34 Tak Beatrycze wszystka pokraśniała:Podobna była ciemność firmamentu,Gdy Moc najwyższa na krzyżu konała.
37 Duch mówił tonem żałoby i wstrętu:Jak mu się przedtem zasępiły lica,Teraz dźwięk głosu zmienił się do szczętu.
40 »Po to-ż karmiła się oblubienicaPańska krwią moją i Lina i Kleta,Że swe łakomstwo dziś złotem nasyca?
43 By dojść tu, gdzie jest życia szczęsna meta,Syksta, Piusa, Kaliksta, UrbanaKrew się polała w męce. Nasza nie ta
46 Intencja była, aby armia PanaPrzez naśledników na dwojaką stronę:Prawą i lewą była roztargana.
49 By klucze, straży mojej powierzoneMiast godeł świętych na sztandarach szyto,Które się wodzi na ludy ochrzczone.
52 By wizerunek mój w pieczęciach rytoNa fałszowane, kupne przywileje;— Dlatego na mnie wstydu barwy kwitą.
55 W skórach pasterzy wilki wyszły z knieje;Kolejno wszystkie zwiedzają owczarnie...O zemsta boża, czemu nie pośpieje!
58 Już z Kaorzanem Gaskończyk się garnieSpijać krew naszę; o początku prawy,Jak się tu musisz dokonywać marnie!
61 Jednak Opatrzność, która rzymskiej sławyObrońcę światu dała w Scypionie,Jak tuszę, prędkiej dokona naprawy.
64 Ty synu, gdy cię ku padolnej stronieCiało znów ściągnie, nie chowaj językaI nie osłaniaj, czego ja nie słonię«.
67 Jako się na dół od nieba pomykaZamrożonego powietrza płat białyW porze gdy słońce Koziorożca tyka,
70 Taki się czynił eter pełny chwały,Gdy górą płatki tryumfalne ronił,Które tam z nami przez chwilę gadały.
73 Wzrok mój światełka znikające gonił,Aż wreszcie przestwór porwał je za progiMego widzenia i pościgu wzbronił.
76 Pani ma widząc, żem od skier pożogiOderwał oczy, rzekła: »Pochyl głowęI obacz, ile już ubiegłeś drogi«.
79 Ziemia, odkąd ją oglądałem, noweJawiła lico; snać łukiem zwrotnikaJuż pierwszej sfery ubiegłem połowę.
82 Stąd me spojrzenie za Gadem spotykaSzlak Ulyssesa szaleństw; stąd znów morze,Gdzie słodki ciężar siadł na karku byka.
85 Więcejbym odkrył miejsc na ziemskiej korze,Lecz pod mą stopą okrężnymi lotySłońce o jeden znak zbiegło w tej porze.
88 Myśl do mej pani lecąca w zalotyKieruje memi oczyma, że musząCiągle pożądać jej spojrzeń pieszczoty.
91 Kunszt i natura, co się o to kusząCzy w kształcie żywym, czy w kreślonem dziele,Aby przez zmysły zawładnąć nad duszą,
94 Razem zebrane nie miały tak wieleWładzy, jak cud ten, którym mię olśniła,Kiedy zajrzałem w jej oczu wesele.
97 A jej spojrzenia potajemna siłaZ gniazda mię Ledy wyrwawszy, w regionyNajrozpędliwszej sfery wprowadziła.
100 Jej najgórniejsze, jej najniższe stronyTak jednolite są, że nie obliczę,Gdziem był od pani mojej postawiony.
103 Lecz ona wiedząc, czego w sercu życzę,Rzekła, — a taka biła z niej poświata,Jakby Bóg szczęsny wstąpił w jej oblicze:
106 »Natura ruchu, który środek świataTrzyma w bezwładzie, a resztę w pęd rączyWprawia, stąd, jako z swych krańców wylata.
109 Z niczem to niebo swych wirów nie łączyPrócz z Myślą bożą; z niej miłość wynikaCo pędzi światy, moc, co się w nie sączy.
112 Miłość i blask je swym kręgiem zamyka,Jak ono mniejsze kręgi; po swej chęciWszystkie dłoń wodzi światów Kierownika.
115 Samo się ruchem niewymiernym kręci;W niem inne ruchy mieszczą się wymiernieTak jako piątka i dwójka w dziesięci.
118 Oto jak Czasu krzew rośnie misternie:Korzeń zapuszcza w tym szczytnym wazonie,W niższych rozwija kwiat, liście i ciernie.
121 Chciwości! wir twój śmiertelników chłonie:Kto weń popadnie, pewny jest zatraty,Niezdolen głowy już dobyć nad tonie.
124 Pięknymi kwitnie wola ludzka kwiaty,Lecz ustawiczny deszcz zawiązki psowa,Śliwę zamienia w owoc guzowaty.
127 Wiara, niewinność dziś chyba się chowaŚród dzieci: zanim broda stanie w krasie,Już się poplami ta szata godowa.
130 Ow, który dzieckiem pościł, w prędkim czasie,Gdy przyjdzie piątek, głodem się nie morzy:Tłustą potrawą chciwe gardło pasie.
133 Ów, który dzieckiem przed matką się korzy,Ledwo językiem władać się nauczy,Patrzy, rychło ją do trumny ułoży.
136 Tak się to z białych szat w czarne obłóczyCóra płanety, co przed sobą pędziPoranek, a zmierzch za sobą zawłóczy.
139 Mowa ci moja pytania oszczędzi:Oto ród ludzki wnet prawdy odwyknie,Bo brakło wodza śród ziemskich krawędzi.
142 Zato nim styczeń w szczęt z zimy wyniknieDzięki tej drobnej cząstce poniechanej,Świat naszych kręgów górnych tak zaryknie,
145 Iż los od wszystkich nas oczekiwanyW kierunku rufy dziób obróci statkuI nawa pomknie prosto przez bałwany,
148 A kwiecie owoc prawy da w ostatku«.