Odgłosy z gór — całość
Co ma kwiatu woń, łzy rosy,Co grzmi burzą, śniegiem pruszy,Co mi szeptał w lasów głuszyAnioł pieśni złotowłosy —
Pod obcemi gdzieś niebiosyNiech ci, bracie mojej duszy,Zlane w jeden śpiew pastuszyBrzmi w rodzinnych gór odgłosy.
Że, com w duszy miał w téj porze,Całem sercem chętnie włożęW pieśni owe, — więc téż może
Zaniesione ponad Arno,Choć na chwilę, wszelką czarnąMyśl od siebie precz odgarną.
w Listopadzie 1870 r.
Żądałem dużo!Porwany burzą,Jak Pan, przez czartaNiegdyś obłędy,Patrzę — otwartaZiemia mi wszędyI wzdłuż i wszerz.I jakaś zdradaTak mi powiada:
— Obawy nie miéj,Lecz z darów ziemiDłońmi pełnemiBierz ile chcesz. —
Miałem nie mało!Lecz mi się zdało,Żem jak ci ludzie,Których coś tknęło,By piętrzyć w trudzieBez końca dziełoBabelu wież.I coś mi rzecze:— Słuchaj człowiecze —Od żądzy lichéjW światowe szychyPrzybranej pychyBoże cię strzeż! —
Tęskniłem wiele!...O mój Aniele!Pamiętasz przecie,Jak sam, nikogoNie mając w świecie,Wołałem z trwogą:
— Gdzież spokój? gdzież?A tyś mi słowyWiosny majowéj,Co wonią wzdychaZ lilii kielichaSzepnęła z cicha:— Kochaj i wierz! —
Jak niegdyś w Alhambrze wschodowéj,U wejścia w jej ogrody,Stał dęty w misterne okowyŁuk u szemrzącéj wody,Na którym nadziemskich Łask siły,Pod lśniącem skrzydłem kruczem,Zaklęte napisy wyryłyZ wyrozumienia kłuczem,
By tylko przechodzień, co pod nimZ ufaniem czoło schyli,Mógł doznać w Edenie tym wschodnimZachwytu Boskiéj chwili;Podobnie wędrowcze ci trzebaPochylić skroń tak samo,Jeżeli chcesz marzyć sny niebaPo za Tatrzańską bramą.
O patrzcie! W szafirów przezroczyPrzez którą dnieje słońce,Coś z nieba półkolem zatoczyKwitnącéj tęczy końce.Poprzez tę promienną mgły szatę,Nad srebrną, z gwiazd obręczą,Z obłoczków twarzyczki skrzydlateMarzeniem snu się wdzięczą.I w rąbka odzianą smug cienki,O tam! na skały szczycie,Tę postać Najświętszéj PanienkiW pośrodku czy widzicie?W tem oto z maluczkich gdzieś łona,Śpiew jak z kadzielnic płynie:— O bądź nam przez wieki wielbiona,Na górze jak w dolinie! —
Niebo się z ziemią zaręczaDeszczem spłakaną,Iskrząca wiąże ich tęczaW majowe rano.I srebrny pierścień miesiącaZa złotą obrączkę słońcaJuż pomieniano.
I niby róż białych krocie,Chmurki nad niemi w przelocieWiankiem zwieszono,I gwiazd przetwarto podwoje;Więc państwo młodzi obojeRumieńcem płoną.
A góry w nieméj rozmowie,Niby milczący świadkowie,W swych śniegów bieli,Stoją u dolin kobierca.
Bo nawet z niebios Anieli,Czemuby świadczyć nie mieliTéj zgodzie serca?... —
Widziałem raz granitowySzczyt w otchłań runąć gotowy,Gdzie ledwie koza się dzikaDrżąc z przerażenia przemyka —Słońce za drżącą osinąW dali gdzieś kona...Tyś tam siedziała, twym śmiechemPrzekomarzając się z echem...Czyś ty góralka dziewczyno?Czy Dziwożona?
Indziéj widziałem, jak znowuRunął cedr w poprzek parowu,A kędy potok się kłębi,Wśród gromów trzasku, z téj głębiBuchała w chmury mgłą sinąToń rozwichrzona.Kłoda pod stopą ci drżała,A tyś nią szła sobie śmiała...Czyś ty góralka dziewczyno?Czy Dziwożona?
To znów raz wbiegłaś na łąceMiędzy dziewczęta tańczące.Niby obłoczki tęczoweWstążki ci wieją nad głowę,A włosy światłem opłynąBiałe ramiona.I pod twą stopą w twéj chwiliTrawka się nawet nie schyli...Czyś ty góralka dziewczyno?Czy Dziwożona?
Jak tu błogo — jak wszędyMile gwarzą ptaszęta!Zda się tobie, u grzędyGdzieś rodzinnéj dzień święta.Szumi niwa kłosista,Po czaharach wiatr śwista,Z jasnych niebios do czystaChmur tęschnica precz wzięta.
Rankiem, w brzaskach świtaniaZda się rajska skrzy róża,Więc téż tuman się słaniaJak wilk chyłkiem przez wzgórza;A gdy wreszcie dzień strzeli,To się coraz weseléj,Ze srebrzystéj kąpieli,Szczyt po szczycie wynurza.
O południu, na łąceWiatr od zdroju łaskawieDmucha w liście szemrzące,Swierszczyk brzęczy gdzieś w trawie;Od Giewontu opoki,W świat błękitów szeroki,Płyną senne obłoki,Jak spóźnione żórawie.
O zachodzie, gwar w dali,Ciągną ludzie z pól, z błoni,Górom szczyt się krwią pali,Anioł Pański zkądś dzwoni.Z łąk, po szybie wód gładkiéj,Brzmiąc w rozgłośne kołatki,
Wraca bydło do chatki,Wśród skoszonych ziół woni.
W zmrok, od ognisk brzask w lesie.Skrzy się rosa rzeźwiąca,Dźwięk piszczałek wiatr niesie,Śpiew krawędzie skał trąca.A w błękitach już mrugaGwiazdka jedna i druga,Aż i wyjrzy z nad smugaTwarz mosiężna miesiąca.
Niech gdzieś jawa sny płoszy!Tu, jak jasno widzicie,Żyćby w ciągłéj rozkoszy,A umierać w zachwycie.Dość, niech duch twój tułaczyRówno z mgłami majaczy,Abyś coraz inaczéjZaświatowe śnił życie.
Jednak niech ten raj znagłaWiatr tumanem obwieje,To nim jodła ci smagłaWskaże wyjście przez knieje,
Już ci, niby ptaszyna,Gdy ją trwoga matczyna,W gnieździe drętwić poczyna,Dusza smutkiem zemgleje.
Ktobądź, po świecie snując się zbolały,Chcesz dobyć z skarbca duszy twéj pamiątekRaju gdzieś szczątek,Rażony błyskiem Archanielskiéj chwały,
Zstąp w téj samotni czarodziejskie skręty,Kędy nad chłodną strugą, gaj cienisty,Z wiatru poświsty,O niebie gwarzy, dreszczem wskróś przejęty.
O Jaworzynko! kto świetlane godySennych uroków twych — i w jakiem słowieTęschny wypowie?Dolino ciszy, cieniu i pogody!
W tobie mi jednéj nie zabrakło wcale:Bezbrzeżnéj dali która w światłach znika,Śpiewu słowika,Ani młodzieńczych marzeń mych o chwale.
W tobiem ja jednéj ani tęschnił, aniWspomniał: że kiedyś z nieba mi strąconoMyśl uskrzydloną,W głębie ziejącéj w duszy méj otchłani.
Mrówka nikczemna! któż dba o jéj życie?Raz, gdym w szumiących dumał drzew zachwycie,Patrzę — a oto z kwiatu gdzieś kielichaW prąd strugi wpadła ta istotka licha.Myślała pewnie że już po niéj będzie...Jam ją ździebełkiem słomki wstrzymał w pędzie,I to jéj biedne życie sercem całemUratowałem.
Więc czyliż dziwno tobie: że wzajemnie,Kiedy w złéj chwili, zdala raz odemnie,W odmętach które nawałnica zmąca,Bezsilna, trwożna, bezprzytomna, drżąca,Rozpacznie walcząc — już sennemi błyskiMniemałaś w duszy kres oglądać bliski —Z nieba mi ciebie dłoń Anielska białaUratowała.
Bog przecież, wśród téj ciężkiéj naszéj doli,Nie tylko tem co niepokoi, boli,Lecz i uczynkiem dobrym kusi człeka.Wieczny jest, więc ma czasu dość, i czeka.Biada! kto w darze wziąwszy zmysły ducha,Patrzy nie widząc, i nie słysząc słucha.Szczęśliwy, kogo błyski Pańskiéj ChwałyUratowały. —
Dziwnie tu. Strach cię ziębi,Groza cię wskroś ogarnia...Królaż tam wężów w głębiSkarbami skrzy spiżarnia?Czy siedzi w téj ustroniMyśliwiec gór straszliwy?Czy w téj pustelni chroniMnich błyskawiczne dziwy?Czy się tu w mgliste noceDziwożon rój chichoce?
Czarno tu. Dołem, górą,Gdziebądź się wzrok zapuszcza,Ostępów pieśń ponurąOdwieczna szumi puszcza, —Przecięż gdy z gór w niebiosaUderzy wieść wesela,Te chmury drzew z ukosaSłoneczny błysk przestrzela,I w kłęby fal źródliskaTęcz tumanami pryska.
Straszno tu. W tym odmęcie,Jak gdyby puch pajęczyPuszczony w wiatr, przeklęcieDreszcz wiekuisty dręczyKrawędzie skał, — a przecię,Ptaszyna im pierzchliwa,Pliszka, na groźnym grzbiecieSiadłszy, ogonkiem kiwa,I pewnie ta pocieszkaGdzieś nawet obok mięszka.
I grzmiąco tu. UrwanyZ otchłani gdzieś łańcucha,Z rykiem, wśród kłębów piany,Szalony potok bucha, —
Przecięż byliczka wiotka,Wiejąc u skały rdzawéj,Wdzięczy się tu z pośrodkaTęczowéj wód kurzawy,I barwą pól błękitnąDrżące jéj prątki kwitną.
Więc że samotny, zdala,Żyć lubisz pokryjomu,Jak ptak, lub kwiat, lub fala —To co do tego komu?Żeś w burzy jakby w domu,Że nie dbasz o nikogo,To co do tego komu,Kiedy ci z tem jest błogo!Że cię chochliki strzegą,To komu co do tego? —
Tam w głębi — dolin czarowne ogrodySłoneczny ranek opływa,A tuż po za mną grobowemi chłodyZieje pieczara straszliwa.
Ocean był tu. Próżno w tej czeluściPrzedpotopowe tworzydłaSchronić się pragną — już ich ztąd nie puściOdmęt bez lejc i wędzidła.
Stosami kości tych olbrzymów na dnieSpisane krwawe ich dzieje.Od zgrozy, rosa co się tam przekradnieW zdrętwiałe łzy kamienieje.
Czyście wy góry dumnę skroń w pokorzeAż w wód nurzały kolebce?Czy téż szaleństwem rozhukane morzeAż was w niebiosach nadepce?
Jeśli się pycha gór aż w morze kładła,To tylko Bogu pod stopy —Jeśli aż w chmury poszły wód zwierciadła,To tylko Bogu pod stopy.
Świat owionęła mgła blada,Trzy dni już w górach dészcz pada!
Potok śpieszący z daleka,Groźnie sie wzdymać zaczyna.— Tam w dali któż to narzeka?— Jakaś dziewczyna.
Dziś jéj owieczkę na łącePorwały prądy szumiące...Jak śniegi gór była biała,Z rąk trawkę brać przybiegała.Och! takiéj drugiéj, za złotoDoprawdy już nie znajdziecie!Miała ją jedną na świecie,Bowiem jest sama sierotą.
— Dziewczyno o moja młoda!Toż jest niemałą twa szkoda.Są ludzie, co tracą krocieZ pociech wyzuci —Lecz Bóg, co weźmie sierocie,Sierocie zwróci. —
Świat owionęła mgła blada,Trzy dni już w górach dészcz pada!
Potok szponami swej faliCo znajdzie, drapieżnie chwyta.— Tam znowu któż się to żali?— Jakaś kobiéta.
Płótna bielące się zwojePotok jéj porwał jak swoje.Sarna je tkała od ręki,Z nitki tak równéj! tak cienkiéj!Na świecie ręce och! czyjeUtkają płótno podobne?Wdowa jest, dzieci ma drobne,I z pracy rąk tylko żyje.
— Toż ci kobieto, niemałaSzkoda, jak widzę, się stała.Lecz niebu modli się szczerzeRąk twoich praca.I Bóg co wdowie zabierze,Jéj dzieciom zwraca.
Świat owionęła mgła blada,Trzy dni już w górach deszcz pada!
Potok w szalonéj powodziZe zgrzytem brzegi swe zrywa.— Tam znów staruszka zawodziJakaś sędziwa.
Przez parów dążąc z doliny,Syn jéj utonął jedyny,A z nim pociecha jéj cała,I onona sama została.Ta w gaju, jéj to jest chata,Pola kawałek ma spory,Łąkę i pełne obory —Słowem jest bardzo bogata.
— O moja serdeczna matko!Toćże ty biédna, jak rzadko!Czyż ci to mienie jałoweŻalu umniejsza?Tyś nad sierotę i wdowęStokroć biedniejsza.
Wchodzimy, i gromem stajemy rażeni,Nie wiedząc: czy zostać? czy wrócić? czy iść?Tam, w smugu ruchomym grającéj zieleni,Przeléwa się niebo, obłoczkami pieni,I szumi, jak wiatrem kołysany liść.
Idziemy, i w ziemię wrastamy jak niemi,Świat będzie dopiéro? czy jest? czy już był?W głąb — w lewo i w prawo — w powietrzu, po ziemi,Wysiewa się słońce posiewy złotemi,I w szklistych tumanów roztrwania się pył.
Idziemy, i oto znów znagła krok śmiałyDo miejsca ziębiący przykuwa nam strach.Tam lasy lecące — w powietrzu zostały!Tam stérczą niesione na obłokach skały!I cisza coś mówi do siebie, jak w snach.
Więc idziesz, i duszę twą nurzasz zawzięcieW ten rajskich ogrodów zachwycenia chrzest.Toż mięszka tu chyba wszech rzeczy poczęcie?Toż się tu wytwarza w czarownym zamęcie,Co było lub będzie — lecz nie to co jest?
W tę tkankę srebrzystą by wzrok utkwić zbliskaO! jakichże zaklęć, jakich wzywać łask?Świat buja ci w oczach jak senna kołyska,Majaczeje, świta, mierzchnie lub przebłyska,Niby w mgłach przedwiecznéj szczęśliwości brzask.
Dzień cały, w téj głębi, to od niéj, to do niéj,Powietrza otchłanią płynie dźwięków prąd.W pośród duszę dreszczem przejmujących woni,Coś wzdycha, coś szepcze, coś wabi, coś dzwoni,Nie wiedzieć gdzie? kiedy? ni dokąd? ni zkąd?
Więc pewnie, gdy noc już świat makiem posiała,Gdy dźwiga się miesiąc obtopiony mgłą,Wśród mchów tu gromadka tańczy rozszalałaDziwożon, przez których przezroczyste ciała,Gdzieś w zmroku, gdzieś w czarnym, blade gwiazdy drżą.
W tych tajemnic głębiach wzrok rozkosznie mierzchnie,Ich błyskiem rażony gdzieś aż w duszy rdzeń.Lecz biada, gdy z srebrnej mgły, przez tkanki zwierzchnieW brzask zorzy spójrzawszy, świat się ten rozpierzchnieWśród odpływających czarodziejskich brzmień
Ach! nie; czyż na chwilę tylko tu rozpiętoZachwytu namiotem niebios jasnych zrąb?Czyż tylko błysk jeden trwać ma wiosny święto?Czyż wszystko to z nagła, mocą słów zaklętą,Przewionie, stopnieje, lub gdzieś wsiąknie wgłąb?
Toż nim się w mych oczach spełni ta przemianaKu wiecznej tęsknocie mojej — niech choć wiemO! wdzięczna stolico majowego rana:Czyś ty wymodlona, czyś ty przywidziana,Czyś ty złotą jawą, marzeniem czy snem?.
Doliną, gdzie przy szałasieBydło się pasie,Idzie przez krzaki i rosęChłopiątko bose,I z całéj siły od uchaW piszczałkę dmucha.
Co za szczęśliwa istota!O skarbach złota,
Ni o znaczeniu lub chwale,Nie marzy wcale,I nawet nic, mówiąc ściślej,Ni wié, ni myśli.
Za wodospadem, gdzie ścianaDrży popękana,Gniazdko dla siebie usłałaPtaszyna mała,I tam wśród mchów spowiniętaTuli pisklęta
Dziwnyż to ślub, który trzymaZ karłem olbrzyma!On mu ufa — on za to,Swą grzmiącą szatą,By nie porwała ich kania,Ptaszki osłania.
Owca z jagnięciem po skaleChodzi niedbale,Pilnuje jéj z po za drzewaPies który ziewa,A ona jak najtroskliwiéjTrawką się żywi.
A jeśli orzeł zapragniePorwać jéj jagnię,Ona to na psa sąsiadaSumienie składa,I ku pociesze na stypieZnów trawkę szczypie.
Chłopiątka tego na łące,Co niedbająceI o nic i o nikogoDąży swą drogą,Bezmyślnéj doli — ach! szczerzeZazdrość mię bierze.
Ptaszynie, co w skalnéj dziupliByt swój uszczupli,Byle się cicha i małaZ wielkim związałaI wielce grzmiącym — prawdziwieMocno się dziwię.
Lecz trudno czołem bić otoPrzed owczą cnotą
Przesądów próżną, co przecię,Straciwszy dziécię,Nie wiele myśląc o zgubie,Swą trawkę skubie.
Tam gdzie bucha wodospad z pod sklepienia tęczy,I wyżéj, gdzie zdrój jego w mglistéj tryska chmurze,Aż gdzie wreszcie grom dźwięczy,I jeszcze, aż gdzie w wichrach pokutują burze,
U wejścia w Sejm, gdzie siwych skał stérczące węgłyW lodowéj ciszy chmurne rozważają sprawy,Stoi, w groźny próg wstrzęgłyOprawca dolin, słońcem zachodowem krwawy.
Bowiem o wyszczerbiony krzemień téj epoki,W koło któréj drżąc szumią gór struchlałe rzeszeBłyskawiczne wyrokiGromowładną prawicą Bóg rozgłośnie krzesze.
Więc téż lodozwał i trzaskiem z procy wichrów pchniętyWięc skał zręby miotane gradów grzmiących warstwą,Więc potopów odmęty,Dziwnie tu wspólne zewsząd wiodą gospodarstwo
Więc téż, jak zajrzysz — cisza. Pod wyrocznem żniwem,Próżno las wygrażając sęki bluźnierczemi,W udręczeniu straszliwem,W twardych granitach szukał serca matki ziemi
Runął, a z nim przepadli w drzazgi, w puch lub w ćwierci,Nieużyci i tkliwi, swoi i nie swoi;Gdyż w tém państwie walk śmierci,Sam tylko wykonawca jéj nietknięty stoi.
Sam — sam jeden — wśród tego gniazda bujnéj klęski,Wspaniały, tą u stóp swych rumowisk ozdobą, —Lecz w téj chwale zwycięzkiéjPatrząc nań, strach cię bierze być sam na sam z sobą! —
Ma orzeł dom swój w samym krańcu igły,Która się buja w chmury spowinięta.I tam, dla piskląt, mknąc jak strzał nieścigły,Znosi porwane z górskich stad jagnięta.
Góral drapieżnych szpon ni skrzydeł nie ma,Tylko dwie długie nogi z pięśćmi dwiema,Lecz garnków nie lepią święci;Więc gdy mu równie obcy trud jak trwoga,We własném jego gnieździe dławi wroga —I nigdy karku nie skręci.
Nad mgłą, nad śniegiem, w wichrach, gdzie najchmurniéj,Gdzie tylko pełza mech wśród wiotkich ziółek,Na zrębie w otchłań przewieszonéj turni,Ma skalna koza, z strachu drżąc, przytułek.
Mógłby jéj góral dać spokojność świętą,Lecz niebezpieczeństw chęć mu w pierś wdmuchnięto,A garnków nie lepią święci;Więc z strzelbą w ręku gnając chybkie zwierzę,W powietrzu, mknącą w przepaść zdobycz bierze —I rzadko kiedy kark skręci.
Nad ryczącemi grozą wód parowy,Dzwonki, błękitu wabiące rozkoszą,Srébrzyste gwiazdki, gwoździk purpurowy,W tumanach mglistych tkliwą woń roznoszą.
Niechby tam kwitły i pachniały zdrowe,Lecz góral nosi nie dla kształtu głowę,Gdyż garnków nie lepią święci;On kwiaty musi miéć — i to jedynie,By z nich wianuszek uwił swéj dziewczynie —Jeżeli karku nie skręci.
Wszedłszy w czarny jar, którego ścianyZnagła runąć mogą,Kiedy widzisz, wśród kipiącéj piany,Jak gdzieś z żądzą srogą,Żrąc strzaskanych głazów rumowiska,Potok wściekle ryczy, wre i pryska,Aż drga ląd pod nogą,
Myślisz trwożny: toż w te głuche knieje,W których dzień przepada,Pewnie klęskę tę, z otchłani ziejeGrzmiących piekieł zdrada,Pewnie chcąc ją ziemi dobyć z gardła,Aż do wnętrza piersi jéj rozdarłaŚmierci przemoc blada.
W tem przed tobą, gdy się bór w dwie strony,Tu i tam rozskoczy,Stajesz w miejscu dziwem wskróś rażony,I przecierasz oczy —Rzadko kiedy, wiosna urodziwaSenne zmysły ukołysać spływaW szacie, tak uroczéj.
Przez złotawych pyłów rój skrzydlatySiany w poniewierce,W tłach z szafirów, dnieją tkane w kwiatyDrżące łąk kobierce,Wśród rozkoszą przepojonéj ciszy,Tętna echem, samo siebie słyszyW niebowzięte serce.
Więc ci w myśli przywidzeniem stanieCały trud przebyty...Gdzież ów potok, co tak opętanieCzarne trząsł granity?Patrz — on cichy, wonną mknie murawą,Niby słodka pieśń, szemrząca łzawoRajskich snów zachwyty.
Ztąd on rodem. W jego toń, w południe,Jasnych dni szczodrota:Błękit niebios, białość chmur, tak złudnie,Słońcem grając, miota —Iż się tobie zdaje, że AnieliSrebrne puchy pławią, w téj kąpieliZ płynącego złota.
Tak przy matki ziemi kędyś łonieCichem nieskończenie,Słońca kruszec złoty miękko tonieW ciemnych barw kamienieSnem iskrzącym zdjęty — lecz gdy będzieWzięty ztamtąd w świat, straszliwe wszędzieSzerzy spustoszenie. —
Stałem raz światła zalany odmętem.Pod zachód było. Przy mem łonie wzdętem,Domowy anioł stróż mój, postać biała,Cichą modlitwą w świetle tém topniała.Dreszcz przelatywał po nad wod źwierciadły,Do snu się drzewa długim cieniem kładłyWieczorny szemrząc pacierz — a z nad smuga,Srebrzystem okiem blada gwiazdka mruga.I już w koło mnie świat, i po nademną,
Zewsząd powodzią zmroku wzbierał ciemną,A jeszcze orzeł, w mgliste gdzieś błękityPo nad chmur szlaki szarym żaglem wzbity,Ważąc się dumnie na niebie wysokiem,Promienne blaski chłonął chciwym wzrokiem.Wtém od kościółka dzwonek pieśnią smętnąUderzył w serca przyśpieszone tętno —I wziął na barki swoje wiatr skrzydlatyTen dźwięk, i niósł go dołem, po nad kwiatyKadzielnic wońmi tchnące — i niebawemHołd się balsamów spłynął z brzmieniem łzawem.I długo — długo — wszerz i wzdłuż przestrzeni,Społem na drżących kręgach fal noszeni,Dolinę całą póty snem kołyszą,Aż znów pobożną za płynęła ciszą.I na krawędzi wzgórza tylko kędySwą cichą przystań, cmentarz, ponad pędyPotoku, w krzyżów zbawcze wzbił znamiona,Choć już ostatni dźwięk w powietrzu kona,W pośród się mogił przechadzały jeszczeNiby tajemnic nieba święte dreszcze...Rzekłbyś, że Anioł, zszedłszy w te samotnie,Tym co w dal mroczną poszli bezpowrotnie,Wśród tchnień któremi kwiat piołunu pieści,Zwiastował słodkie pocieszenia wieści. —
Wioska tam w dole — tam w dole!Wśród drzew kościołek jak kwiatek.Płynie po kłosach przez poleWiatr, wraz z odgłosem kołatek.Gromadka dziéwcząt wesoła,Taneczne zatacza koła,Wśród sianożęci,Ponad krynicy kryształem...
— Dumając w przepaść patrzałem,I wciąż mię w nią coś nęci.
Tam znowu w mgłach majaczejePuszcza w zaklęsłym parowie.Skrada się strzelec przez knieję,Spostrzegł, że lecą orłowie —Świsnęła kula złowroga —I oto, z pod stóp już Boga,Na ziemię pchnięci,Padają gromu postrzałem...— Dumając w przepaść patrzałem,I wciąż mię w nią coś nęci.
Tam potok srebrzystą szyjęKu wiotkiéj wygina tęczy.Co? co? rozpacznie się wije —Wyraźnie skarży się, jęczy?Nie lepiéjż tobie niebożeCo tchu w bezdenne wpaść morze,I w niepamięciZatonąć z życiem twém całém?...— Dumając w przepaść patrzałem,I wciąż mię w nią coś nęci.
Cmentarz! o! cmentarz nad drogąW piołunów kępy obrasta!Jakże jest cicho, jak błogoWśród tego umarłych miasta!Jakże szczęśliwi tam ludzie!Śpią już, nie myśląc o trudzie,Snem wiecznym zdjęci,Pod prześciéradłem swém białém...— Dumając w przepaść patrzałem,I wciąż mię w nią coś nęci.
A! to ty? przy mnie? O! do mnie!Z twych skrzydeł rajskich szelestem —O! zaraz — Niech oprzytomnię —Tak, tak, już sobą znów jestem —Ni tęsknię, ni się już boję —W oczy wpatrzyłem się twoje,I w niebowzięciLecim przestworzem wspaniałem,— Dumając w przepaść patrzałem,Lecz już mnie w nią nie nęci.
Raz na łące, gdy w łzach rosyDiamentami słońce grało,Stały się przestrzeni głosyMową dla mnie zrozumiałą.Szumiał z cicha obłok złoty:— Mknę daleko — na kraj świata,Kędy chętnie duch twój wzlata;Powierz mi twych myśli loty.
Dam im ciało mych współbraci,I w téj orléj ich postaciGdy je skąpię w niebie,Wrócę znów do ciebie.
Wiatr mi szeptał: — Chcesz miéć we mnieGońca wspomnień twéj młodości,Których dusza twa daremnieGdzieś przestrzeniom gwiazd zazdrości?Z chwil tych, serce twoje choreUtracony raj odżywi —Każdą zwołam najtroskliwiéj,Wszystkie skrzętnie w jedno zbiorę.I jak bywa, gdy radosnyMym tchem święcę powrót wiosny,Bijąc w skrzydła obie,Wrócę znów ku tobie.
Potok płynąc tak mi szemrze:— O! poeto o! mój łzawy!Czemże ulżyć tobie? czemżeZakląć snem twe chmurne jawy?Patrz — z falami memi złoteSłońce się i niebo pieści —Rzuć w nie chętnie twe boleści,Twe zwątpienia, twą tęsknotę.
Nigdy nazad nie wracałem,Więc i z tém brzemieniem całemGdy się raz oddalę,Już nie wrócę wcale.
W krąg granitowe stojąc olbrzymyMilczącą zgrają,Na barkach nagich, wśród wiecznéj zimy,Niebo dźwigają.Po wodociągach z brył lodowiska,Dętych w arkady,W martwe się sople krusząc, przebłyskaWodospad blady.
Aż się w kotlinie szklannemi szybyW śpiący staw zmieni —Mchy tam zakrzepie udają, nibyŻycie zieleni.
W tém dreszczu państwie, śniég mi na czołoPłonące pruszy...Dumam; prócz mnie tu nigdzie w kołoŻyjącéj duszy!Orzeł się tylko na wichrach ważyW przestrzeni sinéj,I cedr gdzieś w dole, Król, pośród strażyKosodrzewiny.Patrzę — u stóp mych w głębokiéj dali,Między parowy,Gra sobie w słońca promiennéj faliPłat szafirowy.
— Cedrze! czy nieba strop się tam chyliZ gór zawieruchą? —A on mi na to: — Nie wiem. W téj chwiliDumałem głucho. —— Orle! czy wiosna zbiegła tam, czyliSnów rajskich gońce? —A on mi na to: — Nie wiem. W téj chwiliPatrzałem w słońce. —
I dłużéj, głos w te czczości groboweSłać, próżna praca!Echo mi tylko własną mą mowę,Grzmiąc, nazad zwraca.
Nad potokiem siedzę sobie.W strony obieDrzew szumiąca ze mną rzesza.W wód kryształy rozsrebrzoneWzrokiem tonę,I świat w oczach mi się mięsza.
Płyną chmury z ćmy dalekiéjW górę rzeki —Pstrąg w powietrzu buja chybki —Niebo, przez żwir chropowatyZdarte w szmaty —Plączą się w obłokach rybki.
Przewrócone drzewa tonąW dół koroną,Pokrajane w drobne pręty —Słońce się w zielonéj rzęsieZ chłodu trzęsie —Wiatr się zmarszczył w siatkę wzięty.
Swierszczyk w trawie swą grzechotkąSkrzypnął słodko,Co gdy zrobił dziwny grajek,Co tchu muszka szmaragdowaDrżąc się chowaW lesie z niezapominajek.
Ochłonąwszy jakoś zwolna,Znów swawolna
Brzmiąc, skrzydełka swe rozmota —I, o cudo! wśród promieniGdy się mieni,To jest modra, to znów złota!
Jakże wdzięczna, jak szczęśliwaW słońcu pływa!Może zbyt zarozumiała?Co? co? tu — tu — po nad trawąGrała żwawo,I w tém gdzieś się zapodziała...
Jeszcze brzęk jej w uszach dzwoni,A już po niéj?Była tylko co — a otoJuż jéj nie ma? Mówcie ptaki:Kto z was taki,Kto mi sprzątnął muszkę złotą?
O! zdradliwa tam jaskółka,Ponad ziółka,Chyłkiem z wody mknie jak strzała.Ona to — czy uwierzycie?Cudze życie —Czarnym dziobem w lot schwytała!
No, a sama lubi przecieŻyć na świecie.Niegodziwa! Niezawodnie,Gdy się o tém choć w połowiePan Bóg dowie,Jastrząb spłaci jéj tę zbrodnię.
No no, żal mię brać poczyna —Ta ptaszynaGniazdko swe u strzechy wgłębia...Więc téż, gdy on mknie nad lasem,Niech tymczasemOrzeł spadnie wziąść jastrzębia.
Po co się na słabszych miotaTen niecnota?Lecz i orzeł cóś podobnie...Więc niech orła strzelec gracki,Gdzieś z zasadzki,Znów z kolei kulką skrobnie.
Nie, nie — ptak to coraz rzadszy:W słońce patrzy,
Wśród chmur kąpie twarde życie.I otwarcie, nie zaś zdradnieW wichrach władnie —Czyż takiego podejść skrycie?
On podesłać się nie trwożyPod tron BożyGniazdo swe u niebios węgła;Godzien więc, by go jedynie,W gwiazd krainie,Gromem Pańska dłoń dosięgła.
Co? Co słyszę? Grom złowieszczyJuż — już trzeszczy?Patrzę — w koło ćma ziębiąca!Wicher, w skrzydła bijąc krucze,W drzewa tłucze,Liśćmi rzuca, potok zmąca!
Błyskawica się jak żmijaZ chmur wywija —Sunie grzmiąc ciemności bryła,Zda się świat swem przejściem zgniecie... —No, a przecięTylko co pogoda była?!...
Północ. Wiatr z świstem buchnął w rdzeń ogniska —Dymem go dławi, targa, w skry rozpryska..Tam z niebios gwiazda spadła —Czyście widzieli?Huk się gruchocze dołem wśród bezdroży —Wpadł w las, o skały runął, w mgłach się sroży:
Tu wodospadem grzmiąc w spękane szyby,Tam lodozwału grozą rycząc, nibyWyparta czerń rozjadłaZ piekieł gardzieli.
Mnich posiwiały ostro spojrzał w puszczę —U stóp mu pstrąg się niespokojnie pluszcze —Tam z niebios gwiazda spadła,Czyście widzieli?Wypłynął miesiąc — ale go bladawaChmura natychmiast sobą w pół przekrawa.Więc skonał milcząc; bowiem, senną zgrają,Z wodnych tumanów niby z mogił, wstająPrzezroczych ciał widziadła,W śmiertelnéj bieli.
I po wiszarach gdzie skrzą śniegów szmaty,W błyskach się taniec zawziął wichrowaty...Tam z niebios gwiazda spadła —Czyście widzieli?Och! w jakiż wir się kręcą zapalczywyTe krwi i kości pozbawione dziwy!W tem zmierzch je obwiał blady zkądś jak próchno —Czy tę wesołość pędy wichrów zdmuchną?Czy błyskawica zbladłaGromem zastrzeli?
Ani to wichrów zastęp bladolicyDyszący klęską, ni brzask błyskawicy..Tam z niebios gwiazda spadła —Czyście widzieli?To ćmie się nocnéj zjawia niespodzianieZorzy różowe w zmroku gwiazd świtanie,I z niebios górnych, w ciszy gdzieś głębokiéj,Poprzez olśnione chwałą dnia obłoki,W świetlane wód zwierciadłaPatrzą anieli. —
W chmurną chwilę, w gromów dnie,Mów mi duszo, mów skrzydlata:Gdzie jest cisza? spokój gdzie?W chmurną chwilę, w gromów dnie —Gdzie i kiedy, z po za świata,Niepamięci powiew tchnie?W chmurną chwilę, w gromów dnie,Mów mi o tem o skrzydlata!
Głos ja w sobie tęschny słyszę:— Wybierz z dwojga, gdy się chmurzy,Sen lub śmierć, dwie bratnie cisze —Taki głos ja w sobie słyszę.— Nie ma gromów, chmur ni burzy,Gdzie z nich jedna ukołysze —Taki głos ja w sobie słyszę,Gdy w około świat się chmurzy.
Sen jest wprawdzie śmiercią krótką,Ale śmierć jest długim snem.Toż ci gromu drgnąć pobudką,Jeśliś tylko legł na krótko...Chwilę — śnisz marzeniem złem,Ale wieki — śpisz cichutko;Więc gdy sen jest śmiercią krótką,Lepsza śmierć z swym długim snem.
Murań, jutrzenki blaskiem w oczy tknięty,Od progu Węgier, po przez nocne męty,Z cygańskiéj niby szatry,Zbudził się — strząsnął — mgły odgarnął z czoła,I patrząc w zachód gromkim głosem woła:Hej! hej! wstawajcie Tatry!
Giewont się senny spójrzał w gwiazd głębinieMléczna mu rzeka ponad czołem płynie,W tłach czarnych niebo drzémie;Więc tylko ziéwnął, i w mgły się tumanyZnów zpowinąwszy, mruknął rozgniéwany;— Milcz ty złowieszcze plemię!
Możeszże wiedziéć, jak on będzie długiTen dzień, na który budzisz Pańskie sługi,Głosząc go tak zwycięzko?.I czy bynajmniéj myśl cię ta nie trwoży,Czem go zapełnić przyjdzie z woli Bożéj:Pociechą czy téż klęską?
Na szczycie tam, koźlątko małe,Becząc, za matką mknie przez skałę,Lecz w skoku wśród lodowców kry,Gdy brzeg kopytkiem ima,Grudka się małaŚniegu zerwała,I po krawędziW dół milczkiem pędzi...
— Ach! jak się cudnie w słońcu skrzy!Lecz gdzie się téż zatrzyma.
Po drodze coraz mocniej rośnie —Aż kędy sarnę, tam, przy sośnie,Goniący wilk jak szatan złyPożérał już oczyma,Śniegu go bryłaW krąg obskoczyła,I tuż przy sarnieZ sobą zagarnie...— Ach! jak się cudnie w słońcu skrzy!Lecz gdzie się też zatrzyma?
Wzbiera w skruszone urwisk szczyty...Stał szałas z tęgich bierwion zbity —Ni deszcze zmogły go ni mgły,Wichry, ni sroga zima.Teraz się otoZręby mu gniotą,Chrupnęły ściany,I padł strzaskany...— Ach! jak się cudnie w słońcu skrzy!Lecz gdzie się téż zatrzyma?
Coraz tężeje i pęcznieje...Skręciła las, połknęła knieje,W skał się wyrwanych jeży kły,Swym tchem powietrze wzdyma.I co napadnie,Chciwie a zdradnie,W ziejącém łonie,Natychmiast chłonie...— Ach! jak się cudnie w słońcu skrzy!Lecz gdzie się téż zatrzyma?
Próżno kapliczka w gaj się chroni!Próżno mogiłek rój w koło niéjBronią od złego krzyże trzy!Straszliwa garść olbrzyma,Łupu nie syta,W szpony je chwyta,I z sobą grzmiącaW otchłanie strąca!...— Ach! jak się cudnie w słońcu skrzy!Lecz gdzie się téż zatrzyma?
O! tam — weselne jadą gody:Z muzyką w pośród drużb pan młody,I w białéj komży z krzyżem ksiądz,
I panna młoda biała...Boże! w téj chwiliTylko co byli —A już ich nie ma?A już ich nie ma!...Lecz się lawina w słońcu skrząc,Tu wreszcie zatrzymała.
Słońca światłość żywa,Wzdłuż i wszerz z dalekaLeśną gąszcz przeszywa.
Wśród tych smug, ucieka,Tańcząc w mgłach ze złota,Pyłów skrząca rzeka.
Jakaż je tęsknota,W ruch wirowéj siły,Nieustannie miota?
Czyżby owe pyłyTakże, wśród przestrzeni,Rzeszą światów były?....
Tak z przedwiecznych cieni,Przez niezłomne prawa,Których nic nie zmieni,
Gdzie czas iść przestawa,Kędy śmierć nie znana —Skrzy się gwiazd kurzawa,
Przed obliczem Pana!
U widnokręgu, hej! w dali,W stronie gdzie niebo się pali,Siedzi starucha;Śniegami siwa, mgłą skrzepła,Od słońca blasków oślepła,Od grzmotów głucha,W pożary gdzieś zachodoweZwróciwszy głowę,
Przy tem ognisku ze słońcaGrzeje się drżąca.
Dopóki łyse jéj ciemieW tłach szafirowych snem drzemie,Aż zazdrość bierze —Dopóki szumią w niéj gaje,Że starowina się zdajeMruczyć pacierze —Idź, gdzie cię oczy poniosą:Z strzelbą czy z kosą,Lub pędzić w leśne manowceBydło i owce.
Lecz jeśli jéjmość pękata,Wspomniawszy odwieczne lataGdy była młodą,W czepiec obciąga łysinę,I wstęgi z błyskawic sineWiąże pod brodą —Nim się w niéj wichry zakrztuszą,Uciekaj z duszą!Bo ci po pierwszym piorunieZ ramienia sfrunie. —
Podziwu pełen patrzę z uboczy:Jak to Najświętsza w niebie Panienka,Świetlane pasma wpiąwszy w krosienka,Szmatkami przędzy blask słońca mroczy.
Jeden z nich, srebrem rażący oczy,Jak bywa gaza skrzydełek cienka,Żeglującego kształt ma czółenka,I lot w powietrze wzbił tak uroczy!...
Od blasku chwilę wzrok mi się zmruży —I oto niby duch mój, w téj sieciSnem oplatany, uwiązł — i leci..
Przepłynął jeden świat — drugi — trzeci —Czwarty... — Och! byle już jak najdłużéjNazad nie wracać mógł z téj podróży! —
Góral ogień w lesie nieci.A wśród iskier w wiatr zamieci,Dziwożona tuż ciekawaTo podbiegnie, to przystawa,To się schyli, to przyskoczy —By mu spojrzeć w czarne oczy.
Druga mocno jéj zazdrości:— Co ci po téj ciekawości?
Niech cię jego oczy schwycą,To się mądra czarownicoBędziesz aż do brzasku ranaSama snuć oczarowana. —
O góry moje! toż was jeszczeOgląda tęschny wzrok niekiedy,Poprzez płynące w blaskach słońcaPajęcze pasma, co po świecieZwiastują już milczące świętoJesiennéj odpocznienia ciszy.
I jeszcze ucho moje słyszyOdgłosy waszych brzmień, i jeszczeTajemnic waszych spowiedź świętą,Szemrzącą z cicha tak, jak kiedyPrzelata po mierzchnącym świecieArchanioł, pańskich sług obrońca.
Jam was oglądał w chwale słońca,W błyskawic grozie, w sennéj ciszy,W nadprzyrodzonych zjawisk świecie,Zdala i zbliska, kiedy jeszczeBrzmiał w was radości hymn, i kiedyZdobiło was dziękczynne święto.
Dziś młodość wasza jest mi wziętą —Jak niegdyś, przed obliczem słońca,Wygnańcom raju skarb ich, kiedy,W zdrętwiałej Boską grozą ciszy,Mniemali być w tym samym jeszcze,A już na innym byli świecie.
Dziś mi już zwolna w mgłach mierzchniecie —Jako więc, w zmroku chwilę świętą,Światłości błędne, gdy się jeszcze,
W obłoki wzięty, w stronie słońca,Dokończa Pański dzień wśród ciszy,Po trudach całodziennéj biedy.
O! żegnam was! I jeśli kiedy,Gdzieś na szerokim błądząc świecie,Wspomnieniem waszem, w nocnej ciszy,Gwiazd mię opłynie wieszcze święto —Niech, jako wiatr od brzasku słońca,Mam zachwycenia rzeźwe dreszcze.
O! czyż cię jeszcze, tęschny świecie,Ujrzę ja kiedy, w wiosny święto,Wśród blasków słońca, w sennéj ciszy?
Ścielą się liście pożółkłe z posępnym szelestem..Wiatr je porywa szyderczy, podrzuca i targa —Jesień w koło mnie i wszędzie gdzie tylko ja jestem,W piersi méj żal zapóźniony i smutek i skarga,
Wiatr je porywa szyderczy, podrzuca i targa,W pląs je taneczny porywa szalonym odmętem —
W piersi méj żal zapóźniony i smutek i skarga,Myśli wirują w méj głowie jak w kole zaklętem!
W pląs je taneczny porywa szalonym odmętem,Potem je rzuca o ziemię i w strony rozmiata —Myśli wirują w méj głowie jak w kole zaklętem,Padają w dół, i pierzchają jak rzesza skrzydlata!
Rzuca wiatr liście i chwyta i w strony rozmiata,Niby myśliwiec odbite gdzieś stado łabędzi —Myśli pierzchają odemnie jak rzesza skrzydlata...Myśli! o moje jesienne! i któż was dopędzi?