Z Romanzero — całość

Heinrich Heine (1797–1856)

Translated by Aleksander Kraushar

Idą do Francyi, dwaj grenadyery,Co w Rossji jeńcami byli...I gdy w niemieckie weszli kwatery,Z boleścią głowy zwiesili...

Tam, wieść jak piorun niedościgniona,O Francji głosi im doli...Że wielka armia zbita — zwalczonaA cesarz, cesarz — w niewoli!

Z rozpaczą w sercu, o takiéj stracie,Biedacy wieści słuchali...A jeden rzecze: „Bracie mój! bracie!Jak dawna rana mnie pali!“

DrupiDrugi odrzecze: „On w poniewierce...„A ja zań umrzeć nie mogę...„Mam w domu dziatki — pocóż ich serce„Złamać cierpienie ma srogie?“

— „Co mi po dziatkach! Co mi po żonie!„Co mam się troszczyć ich doli?„Niech żebrać idą po moim zgonie!„Mój cesarz, cesarz w niewoli!“

„Bracie! To moja prośba ostatnia...„Gdy chwila zgonu wybije,„Zabierz me zwłoki — niech je tam bratnia,„Francuska ziemia przykryje...

„I krzyżyk legji, wstęgę pancerną,„Połóż na piersi starganéj,„Do zeschłéj ręki broń moją wierną„I pałasz podaj kochany...

„Tak chcę spoczywać wśród walk posuchy„I czekać wojny oznaków...„Póki nie zabrzmi huk armat głuchy„I tętent rżących rumaków...

„A gdy nad grobem jękną fanfary,„Na znak, że bój się rozżarza...„Wtedy powstanę jak żołnierz stary,„Cesarza bronić — cesarza!“

Na łożu — syn leżał blady...A nad nim czuwała matka...— Czy niepowstaniesz Wilhelmie?Patrz! spieszy wiernych gromadka...

— „Jestem tak chory mateńko,Że nic w méj duszy nie śpiewa...Gdy wspomnę o zmarłéj GretchenSerce mi bólem nabrzmiewa...“

— „Powstań: Pójdziemy do KewlarKewlaar“ —Odrzecze matka synowi:„Tam — Przenajświętsza Dziewica„Twe chore serce uzdrowi...

Szeleszczą święte sztandaryI słońce zwolna zapada...To do Kolonii na RenemDąży pobożnych gromada...

Matka podąża za ludemI tuli syna do łona...Śpiewają w chórze oboje:O Maryo! Bądź pozdrowiona!

Najświętsza Panna w KewlarzeKewlaarze,Odziana szaty lśniącemi,Dziś wiele łask świadczyć musi —Bo wiele nędzy na ziemi...

Chorzy przynoszą Jéj w daniOfiary skromne, dziecięce,Z wosku zrobione figurkiWoskowe nogi i ręce...

Kto rękę z wosku w dań składa,Ten zdrowiem rękę użyznia...Kto daje nogę woskowąwoskową,Temu się rana zabliźnia...

Nie jeden przybył o kuli,A dziś już biega po linielinie.Ten — co palcami nie ruszał,Dziś z gry na skrzypkach już słynie...

Matka do syna się zbliża,Z małém serduszkiem woskowém...— „To oddaj Pannie Najświętszéj,„A serce twe będzie zdrowem...

Syn westchnął, spojrzał na matkę,A potém w obraz cudowny...Oczy mu łzami nabiegły,Z ust płynął żal niewymowny...

„O Ty! Bądź błogosławiona!„W przeczystych aniołów chórze!„Królowo nieba i ziemi,„Tobie mą boleść wynurzę!

„Mieszkałem z matką nad Renem,„W Kolonii — pobożnym grodzie,„Gdzie lśnią kościołów wieżyce„O bladym słońca zachodzie.

„A przy nas — Gretchen mieszkała...„Lecz zmarło dziewczę kochane...„Maryo! Masz serce w ofierze...„Zabliźnij serca mą ranę!

„Uzdrów me serce zbolałe,„A dusza moja stęskniona„Śpiewać Ci będzie co rano:„O Maryo! Bądź pozdrowiona!“

Na łożu, w cichéj komorze,Śpi syn i matka spoczywa...Nagle — do chaty z lazurówNajświętsza Panna przybywa...

Schyla się z lekka do łożaI dłoń — jasności promykaKładzie na serce choremu,Patrzy nań chwilę — i znika...

Matka to we śnie widziała...Dziwny jéj ciężar dolega,Zrywa się ze snu wylękłaI drżąc do łoża przybiega...

Tam leżał syn jéj — nieżywy!Z białym krzyżykiem u ręki,Lecz twarz miał jasną, pogodną,Jak gdyby odblask jutrzenki...

Matka spojrzała w niebiosa...Klękła — i łzami zroszonaSzepnęła usty drzącemi:O Maryo! Bądź pozdrowiona!

Ty już nieżyjesz droga dziecino...Zgasły błękitne twoje oczętaI twarz powlekła się barwą siną,Ty już nieżyjesz dziecino święta!

Wśród bladéj, chmurnéj, nocy jesiennéj,Sam cię do zimnéj niosłem mogiłyGwiazdki szły za mną wśród mgły promiennéj,Słowiki piękne piosnki nuciły...

Lasy, przez które niosłem twe ciało,Śpiewały szumiąc pieśni żałobne,A w dali — echo z gór powtarzałoSzumiących sosen pieśni nadgrobne...

Po nad jeziorem wstrzymałem kroki...Tam chór topielic gdzie jasne zdrojeWstrzymywał żartkiéj fali potoki,Patrząc z boleścią na ciałko twoje...

A gdyśmy przeszli szlaki groboweWystąpił księżyc, blady, zamglony,I nad twym grobem miał smutną nowę...A w dali brzmiały kościołka dzwony...

O wieczornéj codzień porze,Gdy na niebie księżyc błyska,Szło sułtańskie dziewczę hoże,Gdzie fontanna srebrna tryska.

Tam niewolnik lwa urodyStawał ciągle w mgle księżycaI gdy patrzał w srebrne wody,Bladły mu spalone lica...

Raz sułtanka z za gaikuDo Araba przystąpiła:„Imię twoje niewolniku!„Jakaż ziemia cię zrodziła?“

Arab odrzekł: „Jam z imienia:„Azrah — znany w puszcz krainie...„Jestem z tego pokolenia„Które kocha raz i — ginie...

Nadzieja, miłość! Wszystko stracone...Ja sam jak widmo z piekieł otchłani,Podmuchem fal wyrzucone,Leżę u morskiéj przystani,Przystani głuchéj, z kamienia...Przedemną — morza widok ponury,A za mną i łzy i cierpienia...Nad głową wloką się chmury,Szarawych obsłon siostrzyce,Co ciągną wodę bez końca,Jak mgławych widm pokutnice,Z ciemności znowu do słońca...Czynność bezbarwna, jałowa,Jak istność ma — bezcelowa!

Mącą już mewy wód morskich pianę,Budzi się życie w téj strasznéj głuszy...Zgasłe obrazy, sny zapomnianeI w mojéj budzą się duszy!

Tam — na północy żyje dziewica,Cudowna, królewska dziewa...Światłością płoną jéj cudne lica,Blask szaty ciało oblewa...Nad jéj łabędzią, śnieżystą szyją,Pukle — jak sploty wężowe,Łagodnie w koło plączą się, wiją,Królewską zdobiąc jéj głowęI jasne czoło dziewicze...Z pod tego czoła — światłości gońceKraszą jéj białe obliczeJak czarne słońce!

O czarne słońca! Ileż to razyPromieni waszych ogniste błyskiBudziły natchnień moich wyrazy,A jam stał milcząc omdlenia bliski...

I twoje usta szeptały słowa,Słowa srebrzyste jak blask księżyca,Jak przenajczystsza gwiazda jutrzniowaKiedy rozjaśnia wód modrych lica...I dusza moja ponad gór szczytyRwała się z pieśnią w słońce — w błękity!

Zmilknijcie mewy i morskie fale!...Wszystko stracone! Miłość, nadzieja...Zostałem nędznym, drżącym, samotnymI jak rozbitek na głuchéj skale,Głowę — nad którą huczy zawiejaTarzam po piasku wilgotnym!

Z domu kochanki wracałem nocąI szedłem drogą w koło cmentarza...Jakieś światełka tam się migocąI widok grobów duszę przeraża...

Skinęło na mnie z grajka mogiłyI blask księżyca osrebrzył drzewa...Słyszałem szepty: „Witaj nam miły!“Mgła jakaś dziwna blaski rozwiewa...

I z pod kamienia grajek wychodzi,Siada wysoko na zrębie głazówI na swej cytrze piosnki zawodzi,Jakieś widziadła chmurnych obrazów:

Czy znacie jeszcze stara piosenkęCo duszy taką sprawiała mękę,Wtorując dziką jéj grą...Anieli zwą to — niebian marzeniem,Szatany — straszném piekieł cierpieniem,Ludzie — miłością to zwą...

Zaledwie rozbrzmiał ten dźwięk ostatni,Rozpadł się mogił kamienny mur...Powietrzne widma z grobowéj matniZbiegły do grajka jak piekieł chór.

O Miłości! czary twePrzywiodły tutaj nas...Spoczywamy w śmierci śnieCzy powstania nadszedł czas?

I słychać jęków piekielny szum,Szmery grobowe — szepty pacierzaI grajka obiegł cmentarny tłum,Gdy grajek w cytrę dziko uderza:

„Brawo! brawo! mili gościePrzybywajcie wraz...Zmartwychwstaniu chwile głościeBo już nadszedł czas...Dość spokojuW śmierci znoju!Trzeba dziś szalonym być!Miłość głupiaJak woń trupiaNam kazała tutaj gnić...Daléj, żwawo!W lewo, w prawoNiech się zacznie djabli tan;Przy bankiecieOpowiecieJak miłością kto był gnan!

Wtém z pośród mogił wyszedł chłopczynaI trupim głosem śpiewać zaczyna:

„Byłem ja sobie krawczykiemI szyłem cienką igiełką

Zwano mnie dziarskim chłopczykiem,Z nożycami i igiełką...Lecz przyszła dziewka nieczułaZ nożycami i igiełką...I w pierś mnie strasznie ukłułaNożycami i igiełką...

Wybuchła śmiechem tłuszcza grobowa —Wystąpił drugi i rzekł te słowa:

„Rinaldo RinaldiniegoI zbója OrlandiniegoA głównie Karola MoraWzięłem sobie za mentora.

„Chcąc dorównać im w całościPoświęciłem się miłości...I jak ci bohaterowieMiałem bogdankę w swéj głowie.

I wzdychałem, losy kląłem...Wtém, gdy mnie miłość opada,Rękę nieznacznie wsunąłemW kieszeń mojego sąsiada...

Wzięto mnie zdradnie samotrzeć...Wszystko skończyło się sprzeczką,Żem łzy miłości chciał otrzećSąsiada swego chusteczką...

Ach! wszystko się zapominaGdy życie zdjęte żałobą...Przyszedł więc cień RinaldinaI duszę moją wziął z sobą...

Wybuchła śmiechem tłuszcza grobowa,Wtém wyszedł trzeci i rzekł te słowa:

„Śmieli się ze mnie widzowie„We teatrze — marzeń mych snach,„Gdym wołał z czuciem: „Bogowie!“„Lub słodko wzdychałem: „Ach!“

„W grze Mortimera wytwornéj„W twarz Marji patrzyłem się...„Lecz mimo gry méj wybornéj„Zrozumiéć niechciała mnie...

„Ach! Był to krok nieszczęśliwy...„Gdy Marja niechciała mnie znać —„Porwałem sztylet prawdziwy...„I... odtąd przestałem grać!...

Wybuchła śmiechem tłuszcza grobowaWtém wyszedł czwarty i rzekł te słowa:

„Z katedry zsyłał wiedzy wyrazyStary professor: „Uczyć się pora!“„Lecz zamiast lekcyi — więcéj sto razy„Słuchałem żywych dzieł professora...

„Często im ukłon słałem w okienko„Bom kochał dziewczę — ów kwiat nad kwiaty...

„Lecz przyszedł inny i zdrożną ręką„Zerwał ów kwiatek — bo był bogaty...

„Więc wszystkim kwiatom klątwę rzuciłem,„Z nich chciałem zrobić balsamów leki...„Lecz jad z tych kwiatów tylko wypiłem„I spać poszedłem... ach! spać na wieki...

Wybuchła śmiechem tłuszcza grobowaWtém wyszedł piąty i rzekł te słowa:

„Do zamku pana mosty zawodzą...Miał„Miał on dzieweczkę i bogactw krocie.„Cóż mnie bogactwa jego obchodzą?„Jam hołdy składał dzieweczki cnocie.

„Pan miał w swym zamku baczną ochronę„I służby zastęp — żelazne skrzynie...„Lecz cóż mnie wadzą zamki strzeżone?„Jam postanowił wléźć po drabinie...

„Już prawie byłem w oknie méj lubéj,„Wtém słyszę z dołu śmiech i wołanie:„Czekaj kochanku — nie szukaj zguby„Ja ci pomogę na zawołanie!...

„Tak drwił pan dumny — kurek odwodzi„I mierzy do mnie z wściekłym zapałem:„Do stu szatanów! Nie jestem złodziéj!„Ja tylko ukraść kochankę chciałem...

„O! to nie była chwila zabawna...„Wzięli mnie siłą pańscy strażnicy„Gdy słonko wstało — jam już oddawna„Wisiał bez życia na szubienicy!

Wybuchła śmiechem tłuszcza grobowa,Wtém skrzypek powstał i rzekł te słowa:

„Śpiewałem wszystkim swe pieśni„Lecz dziś nie śpiewam nikomu...„Gdy serce pęka w swéj cieśni„Piosenki idą do domu...

Gdy już przebrzmiały ostatnie tonyTaniec się zaczął dziki, szalony,Lecz wtém zegary pierwszą wybiłyI duchy z trzaskiem wpadły w mogiły...

Nad brzegiem morza, w skał zimnych cieniu,Młodzian oblicze przysłania...Z piersią wezbraną, z myślą w zwątpieniuZadaje falom pytania...

Pieniste fale! Wy dzieci morzaUlżyjcie duszy méj męce!Wyrwijcie myśl mą z zwątpień bezdroża,Zbudźcie marzenia dziecięce...

Dajcie odpowiedź pytaniom moim,Starym — jak wieczność bez końca...W które swe myśli rozpaczne zbroim,By wzleciéć do prawdy słońca...

Czémżeż jest człowiek? Czém jego życie?Zkąd przyszedł na świat? Gdzie dąży?Kto ma mieszkanie w nieba błękicie?Dla czego wszechświat tak krąży?

I szumią fale i wicher wiejeI zastęp chmur w dal ucieka...Śmieją się gwiazdy — księżyc się śmieje...A głupiec czeka i — czeka...

Nocną porą, po ogrodzie,Błądzą stopy Donny Clary...Z wieżyc zaniku słychać śpiewy,Grzmią bębenki i fanfary.

„Już mnie nudzą gry i pląsy,Nudzą szumne pochlebstw rojeI rycerze co w swych rymachSławią lica, oczy moje...

„Wszystko już straciło urokOd téj chwili — gdym w gwiazd blaskuRaz spotkała wzrok rycerza...Był jak święty na obrazku!

„Wiotki, rosły, blady w licach,Wzrok niebiosa dumnie mierzymierzy.Co za zapał, ogień jaki!Jak przy mieczu święty Jerzy!

Tak dumała Donna ClaraStojąc wsparta u kolumny,Lecz gdy oczy wzniosła w góręStanął przed nią rycerz dumny...

I po chwili spletli dłonie,W piersiach ich miłości burze,Ale zefir głaszcze licaI szept cichy szlą im róże...

Ciche szepty szlą im różeI kochanków wzrok się żarzy...„Ale powiedz mi o lubaZkąd rumieniec na twéj twarzy?

— „To komary mi dogryzłyA komary podczas lata —Są mi tak nieznośnie wstrętneJakby żydów ćma brodata...

— „Ach daj pokój ćmom i żydom!Rzecze rycerz z lekkim śmiechem —Patrz jak z drzewa listek spada,Za dalekiém dążąc echem...

„Wszędzie wonie róż, granatów,Wszędzie mirty woń rozlana...Ale powiedz mi o lubaCzyś ty szczerze mi oddana?

— „Ja cię kochani mój najmilszy!Na Chrystusa klnę się szczerzeCo Go żydzi umęczyli...Ci złoczyńcy, ci szalbierze!

— „Ach daj pokój klątwom, żydom!Rzecze rycerz mrużąc oczy...Patrz jak w dali tęsknią liljeWśród srebrzystéj mgły obłoczy!

„Tęsknią lilje mgłą owiane,Blaski płyną w gwiazd eterze...Ale powiedz mi o lubaCzyś przysięgła tylko szczerze?

— „Niema fałszu w słowach moich,Ni fałszywéj niema głoski...Tak jak w krwi méj niema kropliMaurów krwi, lub krwi — żydowskiéj!

— „Ach daj pokój Maurom, Żydom!Mówi rycerz coraz gładziéj...I do cichéj róż altankiDonnę Clarę już prowadzi...

Tam ją słowa, zmysły, pieśni,W sieć miłośćimiłości usidliłyI, po chwili, już na wiekiDwa się serca skojarzyły...

A w oddali śpiew słowikówGłuszy wszystkich ptasząt wrzawyI robaczki ogniem lśniąceMigotają w pośród trawy...

A w altance coraz ciszéj...Słychać tylko szmer granatów,Ciche szepty lilji z różąI westchnienia polnych kwiatów...

Wtém wśród błysku sztucznych ogniZ wieżyc zamku pieśń zabrzmiała...Donna Clara w pół marzącaZ lubych objęć się wyrwała.

— „Słuchaj luby! Czas się rozstać...Ale przedtém proszę kornieWyjaw mi nazwisko swoje,Któreś taił tak upornie!“

A ów rycerz z wdzięcznym śmiechem,Znów całuje tysiąc razyW ręce, w usta, swoją Donnę,W końcu mówi te wyrazy:

— „Ja sennora, twój najmilszyCo cię kochać się ośmiela:Jestem — rodem z SaragossySynem rabbi Izraela!“

Ciało kobiety — jestto poematPrzez Stwórcę światów wpisanyW olbrzymie karty albumu ziemi,Ciepłem natchnienia owiany.

Tak, szczęsną była ta wielka chwila,Bóg był wysoko natchniony...W cudowne kształty, w formy artyzmuUgiął on głaz niewzruszony.

Ciało kobiety — to pieśń najwyższa,Biblijna pieśń nad pieśniami...Drobne rączęta w tém arcydzieleSą cudownemi strofkami...

Jakąż jest wzniosłą, bożą ideą,Szyja — co w niebo się zrywa...Na niéj się piętrzy główka przepysznaMyśl poematu treściwa...

To nie poemat wskroś abstrakcyjny,Barwami lśniący nikłemi...Tętni on życiem, płacze się, śmiejepłacze, się śmieje,Ustami w rym splecionemi!

Tryska tam zewsząd natchnienie czysteDuch tam się stał poematem...Na cudném czole myśl promieniejeBóstwa, wzniosłości, chryzmatem...

O! Wielbić Ciebie wieszczu nadziemski!Co słyniesz pieśni zaletą...Czemżeż jesteśmy — partacze ziemscyPrzed Takim — jak Ty poetą!

Chcę się pogrążyć w pieśni Twéj toniBy szukać natchnień pomocy...I studyom owym — studyom rozkosznymPoświecę dni me — i nocy!

Tak! Dni i nocy studyować będę...By nabyć wiedzy obszaru —A jeśli nóżki schudną mi niecoTo tylko z pracy nadmiaru!

Posłuchaj giermku rozkazu pana!Spiesz i osiodłaj wnet konia...I pędź przez lasy, góry i błoniaDo zamku króla Dunkana...

A gdy zobaczysz znany ci wzgórek,Spiesz tam, gdzie są masztalerzeI tych wybadaj: która z dwóch córekŚlub przed ołtarzem dziś bierze?

Gdy ci odrzekną: „że czarnobrewa“W lot ptaka przyjdź mnie pocieszyć...A jeśli rzekną: że „biała dziewa“Niemasz się czego tak spieszyć...

Tylko mi kupisz — jak drzewo suchy,Sznur długi, mocny, lecz cienki...Potém tu wrócisz — jak skała głuchyI sznur ten — dasz mi do ręki...

Lat trzydzieści czuwałem na wskazanéj warcie...Niestrudzony — jak żołnierz pilnując wyłomu —Bez nadziei, pomocy, walczyłem zażarcie,Wiedziałem że bez szwanku nie wrócę do domu...

Dniem i nocą czuwałem, kiedy inni śnili...A jeśli ze znużenia nieposłuszna głowaSpadała mi na piersi — po niedługiéj chwiliBudziła mnie chrapaniem tłuszcza obozowa...

Częstokroć na szyldwachu nudy mnie dręczyły...Czasem bojaźń przelotna... (to wady chroniczne)Chciałem umysł orzeźwić, pokrzepić swe siły,Więc świstałem przez zęby piosnki satyryczne...

Tak! mężnie się sprawiałem z orężem przy boku...A gdy śmiał się przybliżyć zuchwały morderca —Porywałem karabin i z zapałem w okuRozpaloną mu kulkę wpędzałem do serca...

Mogło zdarzyć się czasem: że przeciwnik młodyRównież dzielnie używał strasznego krzesiwa...

Ach! zaprzeczyć nie mogę, są krwawe dowody...Z mojéj piersi rozdartéj krew zwolna upływa...

Wakuje posterunek! Jątrzą się me rany...Ginie jeden — jest inna garstka niewylękła...Ja padam niezwalczony — mój oręż wybranyNiewyszczerbił się w walce. Tylko pierś mi pękła.