Mądrość życiowa (Horacy, 1935)

Horace (65–8 a. C.)

Translated from Latin by Felicjan Faleński

Jakbądź sam sobie umiesz radzić Scaeva,Tak, że wśród panów żyjesz jak najśmielej,To niemniej, proszę, niech cię nie rozgniewa,Że ci przyjaciel kilku rad udzieli,Acz ta nauka, może nazbyt śmiała,Jemu samemu wielce by się zdała.Więc mów: że ślepy uczy cię twej drogi —Jednak posłuchaj; — gdyż się rzec ośmielę,Że znajść tu możesz trafnych rzeczy wiele.

Jeśli ci wczesny sen w twem łóżku błogi,I jeśli spokój dnia całego miły,A za to, jeśli w słusznym jest ci wstręcieW ulicy wozów grzmiących wciąż przeklęcieTurkot, i oddech tamujące pyły,I gospód licznych zgiełk — to ci jedynieW cichym zamieszkać życzę Ferentinie.Bo wierz mi — nie dla samych to bogaczyStworzono szczęście — i tak nawet bywa:Że jest nad drugie istność ta szczęśliwa,O której nigdy wiedzieć nikt nie raczy.

— Gdybyś, przemądry Aristippie! skromnieChciał jarzynkami żyć i kąskiem chleba,To u magnatów czyżby ci potrzebaByć pieczeniarzem? — Słowo to nie do mnie —Na to człeczyna zmyślny ten odpowie:— Gdyby ów raczej mędrek co mię ganiZnał, jak to smaczno lubią zjeść panowie —Czyżby mu w korzyść szedł obiadek tani? —

Kto z nas ma słuszność: ja? czy on? sam powiedz,Lub raczej słuchaj, jako ten wszystkowiedzDobre o sobie rozumienie chowa,Gdy Kynikowi, co go słowem wzgardyChwalebnie karcił, sam wsiadł na kark twardy.Oto, jak mówią, własne jego słowa:— Jeśli ja możnym słodkie rzeczy prawię,To tylko w własnej mojej, nie w ich sprawie —Wy zaś, gminowi kiedy podchlebiacie,To z tego jemu zysk, nie wam. Więc bracie:Który też sobie z nas wspanialej żyje?Pan mię po pańsku karmi — pańskie cugiWożą mię — troska nic mi nie jest znana —Więc tu zapłata godna swej zasługi.Ty zaś, co niby nie dbasz o niczyjeLaski, w lichego służbie będąc pana,Lichej też za to jadasz chleb gawiedzi. —

Aristipp sobie najwygodniej siedziNa każdym wozie. Jeśli u sąsiadaNapatrzył lepszy — zaraz się przesiada,I znów mu dobrze. Filozofja taka,Czyżby też tego się trzymała, któryCałą swą sławę włożył w płaszcza dziury,Gdyby mu w zamian przyszło grać dworaka?Wątpię. Aristipp nic się tem nie zmiesza,Że purpurowej szaty na swym grzbiecieNie ma, jak cała ucztująca rzesza.Owszem, w najlepsze widzieć go możecie,Gdy się już właśnie zacząć ma biesiada,Jak on w najmiększem łożu się rozkłada.Nie tak to Kynik. Jego płaszcz dziurawyWeźcie mu, choćby w zamian za szkarłaty,To prędzej zmarznie cudak ten kudłaty,

A z wami za nic mieć nie zechce sprawy.Dajcie mu pokój. W jego szmacie starejLepiej nie tykać tego tam niezdary!

Wygrywać bitwy i przy ciżbie mnogiejW triumfie świetnym wlec spętane wrogi —Toż niemal z Niebios wziąść gromowe wiano!Przecież, kto możnych podbić sobie umie,W niemniejszej z tego godzien mieć się dumie,Boć nie każdemu być w Korincie dano.Ktobądź z obawy: iż mu się nie uda,Nie zrobił czego — zgoda. Drugi za to,Który się nie bał, zdziałał niemal cuda!W tem rzecz. Ów pierwszy, myślał gapiowato:Że może ciężar mdłe mu siły złamie —Drugi, nie pytał, tylko wziął na ramię,I niósł, aż mety dosiągł znakomitej.Lub tylko marnem słowem jest odwaga,Lub ten, kto dzielnie w ten się sposób wzmaga,Nadgrodę godzien odnieść i zaszczyty!

Nieraz, kunsztowne w porę przemilczenieO swojej wielkiej biedzie, nieskończenieW stosunku z możnym skuteczniejsze bywa,Niźli nie w porę prośba natarczywa.Bo ów z kopyta będzie brał zuchwale —Inny, przyjmując, jeszcze się rumieni...Uwagi godnych wiele tu odcieni...Znajdzie się taki, czego mu nie chwalę,Co rzeknie: — Ziemi liche mam zagony!Ani ich sprzedać, ni z nich żyć oszczędnie!A tu, matczysku jeszcze radź strapionej,Że bez posagu córka w domu więdnie! —To tak zupełnie, jakby wołał właśnie:

— Dawaj pieniędzy! wszak dość głośno wrzeszczę? —Więc zaraz drugi, jeszcze głośniej wrzaśnie:— I mnie daj także! jam biedniejszy jeszcze! —Gdyby kruk zdobycz swoją zjadał w ciszy,Mógłby najlepszą cząstkę wybrać sobie —Ani zawistnych miałby towarzyszy.Ani poparcia szukać musiał w dziobie.

Teraz, na tego popatrz krótkowidza.Z patronem swoim jedzie, dajmy na to,W Brundisium wdzięcznem bawić, lub w Surrencie.jak się on kręci! jak to on przebrydza!— Cóż tu za drogi! Jakże tu przeklęcieZimno! Toż deszcz tu pada całe lato! —A inny jeszcze niedorzeczniej woła:— Cóż to? tłumoków moich znajść nie mogę!Któś mi je ukradł! Z czemże ruszę w drogę? —Czyż nie tak samo skarży się wesołaDziewka z ulicy, której wiecznie wziętoZłotą przepaskę kamieniami spiętą?Ona tak rzewnie z tej udanej biedyWszystkim się żali — że, gdy znowu kiedyZ prawdziwych przyczyn płacze jak najszczerzej,To żeby pękła nikt jej nie uwierzy.

Podobnie szalbierz, gdy na śmiech wystawiTych, co zostali jego jękiem tknięci,To gdy naprawdę później nogę skręci,Któż mu z pomocą skoczy co najżwawiej?Próżno on błaga: — Ach! przezacny człecze!Ratuj! nieszczęsnaż moja tu godzina!To już nie żarty! — Próżno się zaklina.Na Osirisa. Każdy mu odrzecze:— Dwa razy bratku sztuki tejże samejZ nami nie próbuj. Już my ciebie znamy.