Ody Horacyusza — całość

Horace (65–8 a. C.)

Translated from Latin by Lucjan Siemieński

Wielu cnych ludzi po zmarłym w żałobie,Nie równy w żalu, Wergili, nikt Tobie.

Miłych całuje druhów raz i więcejAle nikogo nie wita goręcejJako słodkiego Lamię.

Scribendi recte sapere est et principium et fons.

A wy greckie wzoryCzytajcie w nocy i wśród dziennej pory.

Meceno, wnuczę królewskiego rodu;Zaszczycie, gwiazdo mojego zawodu!Wiesz, jak niejeden ma za wielką sławęRydwanem wzbijać olimpską kurzawę,A jeśli zręcznym wartkich kół obrotemMetę okrąży, i zaszczytną potemPalmę otrzyma — to już się pobrataZ samymi bogi, wszechwładcami świata.Ów rad, gdy głosy zmienny tłum KwirytówDa mu do trójga najwyższych zaszczytów;Innyby w szpichrze chciał garnąć i garnieWszystko, co młócą libijskie młócarnie.

Ten, już szczęśliwy, że siadł nadna swym łanieZa Attalowe skarby nie przystanieBy miał na grzbiecie cypryockiej kłodySzukać po morzu myrtejskiem przygody.Kupiec mieściny swojej ciszę chwali,Gdy Afryk wyda bój Ikarskiej fali;A strach mu burzy! niech się ta ukoiŁata swe szkuty, bo nędzy się boi.Ów za wytrawnym przepada Massykiem;A ów dnia cząstkę, choć jest wyrobnikiemKradnie, by członki wyciągnął gdzie w gaju,Lub w cichym szmerze świętego ruczaju.Ten lubi obóz, surm i rogów wrzaski,Bitwy, u matek niemające łaski;Ów łowczy, w kniejach traw i zimne noce,O miłą żonkę ani się kłopoce,Czy na jeleni trop wpadną ogary,Czy sieci podrze marsyjski dzik stary.Ciebie bluszczowy wieniec wieszczom drogiMądrych opaska, wzniósł pomiędzy bogi;Mnie chłodny gaik, gdzie się chór weseliNimf i satyrów, od gminu przedzieli;Bylebym flet miał z Euterpy ręki,Gęśl od Polimnii z lesbijskiemi dźwięki,

A tyś mię wliczył do wieszczów lirycznych,Wtenczasbym czołem dobił się gwiazd mlécznych!

Dość już tych śniegów, dość gradami zbityKraj nasz; Bóg jeszcze ognistą prawicąRaz poraz bije w same świątyń szczyty,W posadach wstrząsa stolicą.

I lud się stracha wróżbą, że raz wtóryWiek Pyrry wróci z powodzi straszydłem,Gdy to Proteusz na najwyższe góryWypłynął z podmorskiem bydłem.

A na wierzch wiązu wychodziły rybkiPluszcząc się kędy gnieżdżą się gołębie,A stada płochych danieli prąd szybkiUnosił przez wzdęte głębie.

Kto z nas nie widział, jak Tybr rozhukanyOd etruskiego brzegu wstecz cofnięty,Podmywał gmachu królewskiego ściany,I Weście zagrażał świętej;

Jak żalów Ilii mszcząc się nazbyt szczerze,Wbrew Jowiszowej woli, szalejąceWody przerzucił na lewe wybrzeżeStrumień uległy małżonce.

Dowie się młódź ta, którą ojców waśnieTak przetrzebiły, że swoi na siebieOstrzyli miecze, choć ich użyć właśnieMogli na Persów w potrzebie.

Do jakich Bogów w tej państwa ruinieLud ma się uciec? czyż święte panienkiZmiękczą pieśniami Westalską boginięNieczułą na nasze jęki?

Komu odrobić zbrodnię Bóg przeznaczy?Czy jasne barki owinąwszy w chmurzePrzyjdziesz nas wyrwać? wołamy w rozpaczy:O Apollinie, Augurze!

A może zejdzie śliczna ErycynaZ rojem żarcików i żądz tu na ziemię?Albo ty spójrzysz ojcze RzymianinaNa zapomniane twe plemię?

Możeś się znudził zbyt długiem igrzyskiem,Chociaż zgiełk lubisz, łysk hełmu, puklerza;Maura, co pieszo walcząc, ócz pociskiemW nieprzyjaciela uderza.

Czy też na ziemię zleciawszy skrzydłamiŚlicznego chłopca przywdziewając postać,Ty, synu Maji, chciałbyś między namiMścicielem Cezara zostać?

Jeśli tak, niech ci w niebo się nie spieszy,Gość jak najdłużej wśród ludu Kwirytów,A choć się wzdrygniesz na zbrodnie tej rzeszyNie odleć do swych błękitów.

Tuć damy tryumf, cześć wdzięcznych pokłonówTu cię książęcia, ojca nazwiem mianem —I nie zapuści konny Med zagonówGdyś ty Cezarze hetmanem!

Niech cię prowadzi Cypru bogini,Świecą Heleny bracia, dwie gwiazdy;Eol, niech wiatry więżąc w jaskiniDmucha Japigiem w ciągu twej jazdy;Okręcie! grzbiet twój drogi skarb bierze,Mego Wirgila zdrowie i głowę;Tam, na attyckie nieś go wybrzeże,Ochraniaj duszy mojej połowę.

Potrójną miedzią pierś miał okutą,Kto się odważył najpierwszy pływaćKruchą, po morskich odmętach szkutą,Do walki sprzeczne z sobą wyzywaćWichry afryckie z wichrem północnym;Kto o Hyady nie pytał wcale,Gardził na Adryi notem wszechmocnymCo jak chce, głaszcze, lub wzdyma fale.

Taki, czy śmierci jakiej się zlęknieJeśli suchemi patrzy oczyma

W potwory morskie, w bałwan gdy pęknieLub w epirockich skalisk olbrzyma?Napróżno Bóg sam w mądrości swojejOceanami lądy przegradza;Bezbożność nasza nic się nie boi,Człowiek po wodach łodziami chadza.

Ród nasz praw bożych nieprzyjacielem;Ile w ślepocie zgwałcił ich, nie wie:Syn Jafetowy chytrym fortelemWynosi z nieba ognia zarzewie.Po tej kradzieży w niebieskich progachSpadły na ziemię złych chorób roje;I śmierć, tak niegdyś leniwa w nogachKonno wyprawia się na rozboje.

Dedal skrzydłami w powietrze rwie się,Choć ludzie pierzem nie porastamy...I tyś do piekieł szedł HerkulesieAcherontowe rozwalać bramy.Śmiertelnikowi wszystko dostępne,Głupstwem do nieba szturmować gotów;Lecz na zapędy takie występne,Jowisz ma dosyć gromów i grzmotów.

Wiosna znów wraca, z nią ciepły Fawoni,Zimowe roztopił lody;Łódź z suchych brzegów na wodyZjeżdża; bydełko od obór swych stroni;Rolnik kąt rzuca ogrzany;Szronem nie srebrzą się łany.

Wenus prowadzi przy blasku miesiącaOrszak lekuchnych postaciNimf połączonych i GracyiCo nóżką pląsząc w przemian ziemię trąca;A Wulkan wyrzuca snopyIskier, gdzie kują Cyklopy.

Teraz się mirtem wieńczmy po zwyczaju,Lub strójmy włos połyskliwyW rozwity słońcem kwiat żywy;Teraz Faunowi zanieśmy do gajuKoźlątko — lub jeśli pragnieW ofierze dajmy mu jagnię.

Blada śmierć depce obojętną nogąKrólewskie dwory, jak chaty —Pomnij Sestiuszu bogaty!Że życie krótką wymierzone drogą:Wielkim nadziejom w niem ciasno,Bo ledwo błysną, wnet zgasną.

A gdy się ujrzysz raz w Plutona świecieŚród mar bajecznych, w ciemności,Nie będziesz tam rzucał kościO to, kto królem ma być na bankiecie?Tam i z Licyda nic tobie,Choć doń się palą płcie obie.

Jakiż to gaszek wonny i krasnyW tej grocie — Pyrro! pieści się z tobąNa róż pościeli? Dla kogóż jasnyWarkocześ spięła prostą ozdobą?

Kiedyś on gorzkim płaczem okupiTwą zmienność Pyrro, i losu zmianę,Gdy w osłupieniu stanie jak głupiPatrząc w to morze wichrem zorane.

Kędy żegluje dziś, tak bezpiecznyTwojej miłości stałą pieszczotą;Nie podejrzywa, że lada sprzecznyPowiew, sprowadzi burzę ze słotą.

Biedny! kto twoim urokom wierzy,Jak i ja niegdyś wierzyłem troszka...Rozbitek, wotum z mokrej odzieżyDałem do chram u morskiego bożka.

Niechby meońską pieśnią Warius śpiewałCzyny twe, krajów zdobywco i sławy —

Co morski, konny, żołnierz dokazywałPod sterem takiej buławy!

Ja, mój Agryppo, na to się nie zrywam,Zgubnym Achilla gniewom nie dam rady,Ni błędne drogi Odyssa wyśpiewam,Ni Pelopidów szkarady.

Ogrom nad siły! Człowiek sam się boi,I Muza mówi do lutni mej: po coSławie wielkiego Cezara, i swojejUwłaczać ducha niemocą?

Któż godnie Marsa w zbroi twardej wyda,Lub Meryona kurzem bitw czarnego,Albo Pallady sztuką, kto TytydaDo Bogów podniesionego?

Jam śpiewak biesiad i wojny dziewczęcejNa tępy pazur, co się krwią nie broczy —I czy się kocham, czy nie kocham więcej,Zawszem do pustot ochoczy.

Chwal Mitylenę, Efez, Rodus sławny,Chwal sobie Korynt w dwa morza oprawny;Teby, gdzie Bachus; Delfy, gdzie ApollinCześć ma, i Tempe najpiękniejszą z dolin.Inny niech grodziec Pallady dziewiczejGotowym hymnem nieustannie ćwiczy,I wieńczy sobie głowę jednośpiéwnąNajpospolitszą gałązką oliwną.Ten znów niech śpiewa hołd niosąc Junonie,Skarby mikeńskie i argejskie konie.Lecz ni Laryssy żyzna okolica,Ni twarda Sparta tak mię nie zachwycaJak ten rozkoszny gaiczek w Tyburze,Jak Albunei jaskińka na górzeDudniąca szumem Aniowej kaskady,Lub te wilżone strumykami sady.Nie zawsze notus napędza nam słotę;Nieraz z chmur niebo umiecie, i złoteSłonko pokaże; — tak i ty mój PlankuKłopoty życia utop w winnym dzbanku

Czyś gdzie w obozie, czy w Tyburskim gaju,Zawsze dobrego pilnuj się zwyczaju.Wszak Teukr ojcowskim wypchnięty wyrokiemZe Salaminy, skroń swą winnym sokiemSpoconą, oplótł gałązką topoliI rzekł do smętnych druhów swej niedoli:»Gdziekolwiek losy od ojca łaskawszeRzucą nas, pójdziem razem, razem zawsze.O towarzysze! Rozpacz nas nie złamie,Teukr z wami, Teukra zasłania was ramię.Niemylny przecież Apollo mi wróży:Drugą Salamis znajdę w tej podróży!Więc dalej bracia! Nieraz my przebyliI gorsze biedy; teraz będziem piliNa ten frasunek! Jutro, skoro zorzeZnów na bezbrzeżne wypłyniemy morze«.

Powiedz o Lidyo! powiedz przez BogiCzy Sybarysa miłością chcesz zabić?

Że on, co znosił kurz, upał srogi,Już się na Marsopole nie da zwabić.Z rówiennikami nigdy on w zbroiPełnej nie hasa; Galla na wędzidłoWilcze nie bierze; dotknąć się boiŻółtych wód Tybru; — a mniej na obrzydłąŻmiję się wzdraga, niż na oliwę.Broń mu na rękach sińców nie wygniata,Choć nieraz robił rzuty szczęśliweDyskiem, dzirytem. Czemuż się u kataKryje? I Tetys, tak syna kryłaNim jeszcze Ilion upadł, opłakany;By męska szata go nie skusiłaPuścić się tańca krwawego z Trojany.

Patrz! na Sorakcie co tam spadło śniegu,Aż lasy dyszą pod okiścią zgięte;Mróz schwycił, i rzeki w bieguStanęły ścięte.

Chcesz mróz odpędzić? Nie szczędź do kominaDrewek Taliarchu; z sabińskiego dzbankaNie żałuj starego winaCo strzyma szklanka.

Resztę zdaj Bogom; gdy oni swawolęWichrów na morzu ukrócą — z tą zmianąTwoje cyprysy, topoleSzumieć przestaną.

Nie pytaj co tam jutro ci wywróży;Dzionek przeżyty zyskanym nazywaj;Dopóki młodość ci służy,Baw się, używaj.

Zwiedzaj przechadzki i pole marsowe;Starość od ciebie jeszcze tak daleka,A wieczór chodź na rozmowęGdzie dziewczę czeka.

Coś tam chichocze w cieniu — ów przysionekDzieweczkę kryje łatwą do spotkania —Z paluszka zsuń jej pierścionek,Zsuń, choć się wzbrania.

Leukonoe, grzech badać co tam za zasłoną:Jak długo mnie, lub tobie, żyć tu przeznaczono;Ani też babilońskiej pytaj się kabały —Lepiej każdą znieść dolę, jaką nieba dały.Czy Jowisz da zim wiele przeżyć, czy ta zimaOstatnia już, co morze Tyrreńskie tak wzdymaI tłucze nim o skały? Nie marz! wina nalej!Za obecność nadzieją nie wylatuj dalej;Mówim, — a tu ucieka wiek nasz, życie krótsze —Co dziś jest, chwytaj, mało polegaj na jutrze.

Kiedy ty, Lidyo, różową szyjęI jak wosk białe Telefa ręce

Chwalisz — wątroba we mnie się wije,Ze złości, jak wąż się kręcę.

I zmysły tracę, i zaraz blednę,I łza po cichu z ócz się wykradaŚwiadcząc, co cierpi ciało to biedneGdy je żar taki przejada!

Wre krew, ilekroć śród pijatykiBiałość twych ramion siniec znieważy,Lub gdy zębami chłopczysko dzikiCałus wykąsi na twarzy.

Nie wierz — o jeśli mam trochę wiaryTemu, co słodki całus zbezczeszcza;Wszak w piątej części swoje nektaryW nim dobra Wenus umieszcza.

Trzykroć szczęśliwi! węzłem złączeniNierozrywanym niezgodą żadną —Takich kochanków nic nie odmieni,Dopóki trupem nie padną.

Prześlicznej matki o córo śliczniejsza!Zniszcz, proszę, w sposób jaki ci wypadnie,Jamby zbrodnicze; czy je w Adryi na dnieUtopisz, w ogień czy wrzucisz — to mniejsza.

Ni Dindimene, ni Feb w swej świątniceZachwytnych popów nie wpędza w szał taki,Ni Bachusowe tak szumią pijaki,Ni Korybanty tłukące w miednice,

Jak gniew; bo nawet łysk noryckich mieczy,Fala, co w drzazgi rozbija okręty,Pożar, grom nawet przez Zewsa ciśnięty,Nic cię od niego, nic nie ubezpieczy.

Kiedy Prometej z gliny lepił człeka,Jest wieść, że różne cząstki i własnościPobrał od zwierząt — więc wsypał lwiej złościW pierś mu, że człowiek z gniewu się zacieka.

Gniew pchnął Tyesta w bezdenną niedolę;Gniew, mury grodów obalił ogromnych,A wróg ścierając ślad ich dla potomnychZe złości pługiem zaorał jak rolę.

Ukoj się — błagam! — niegdyś i mnie dzikiSzał młodociane serce tak podburzył,Żem w porywczości darów mych nadużył,I te złośliwe skleciłem wierszyki.

Dzisiaj ja chętnie żółć i jady zmienięNa coś tkliwszego; ty zaś z swojej strony,Kiedym odwołał ten rym potępiony,Wróć dawną miłość, wyrzecz przebaczenie.

W luby Lukretyl z licejskiego wzgórzaLekki Faun rad się przenosi —

Dla moich kózek najlepsza to stróżaCzy słońce pali, deszcz rosi.

Bo gdy rozpierzchła trzódka w las pomykaZa dzięcieliną i głogiem,Capem cuchnąca samka choć spotykaWilka, nie zadrży przed wrogiem.

Ani przed żmiją zieloną — jeżeliÓw Bożek zadmie w piszczałki,A brzmią doliny echem tej kapeliI gładkie Ustyku skałki.

Przybądź Tyndaro! Bogowie są ze mną,Bym mój i modły im płużą;Róg obfitości w ustroń tę przyjemnąWysypie plonów ci dużo.

W samotnym jarze nie dojmą upałyNucącej przy tejskiej lirce:Jak równocześnie w jednym się kochałyI Penelopa i Cyrce.

Gdy lekki Lezbik w czasze będziem leli,Nie bój się — nie pójdą w czuby

Mars wojowniczy ze synem Semeli;Ani się lękaj by gruby

Cyrus zazdrosny, do gwałtu ochoczy,Nie wpadł na słabszą od siebieI nie pozrywał wieńców z twych warkoczyI nie zdarł sukienki z ciebie.

Nim inne drzewa, pierwej święty szczep winnicyZasadź tu, w tyburyńskiej wdzięcznej okolicy,Pod murami Katyla. Trzeźwych pan Bóg karze,Że mają myśli chmurne. Ty pijąc mój WarzeZbędziesz zgryzot. Bo kto z nas napiwszy się winaO nędzach i o klęskach bitw nie zapomina?Komu nie milszy Bachus, lub cudna Wenera?Lecz, że często człek miarę w libacyach przebiera,Przestrogą niech mu będzie ów bój, kiedy spityCentaur za łby się wodził z pjanemi Lapity;

Przestrogą Ewius, wiecznie Sytońcom niechętny,Których, gdy szał pijaństwa porwie namiętnyTracą miarę, i gwałcą świętości zakazu.Nie chcę cię Bassareju obrazić ni razu,Byleś wstrzymał wrzask kotłów i frygijskich rogów;Za nimi wielomówstwo, pycha, rój nałogówIdą; za nimi zdrada — święte tajemniceJak szkło przejrzyste robi, wywraca na nice.

Kto wolen zbrodni, kto wiódł czyste życie,Po maurytańskim co mu tam dzirycie;Łuk, kołczan, strzały z jadowitym grotem,Co mu tam potem!

Taki przez Syrtów rozpalone piaski,Przez niegościnny przejdzie grzbiet kaukazki,

I do bajecznych dotrze on rubieżyGdzie Hidasp bieży.

Raz, o Laladze gdym składał wierszyki,Zabłąkałem się w sabiński bór dziki —Wtem wilk mi zaszedł — choć broni nie miałem,Uciekł on cwałem.

I w niezbrodzonych apulskich dąbrowachPodobnej bestyi nie spotkasz na łowach,Ni w kraju Juby, co srogie lwy rodzi,Taki nie chodzi.

Czy mnie zapędzisz kędy lodowateSłońce, nie stroi drzew w wiosenną szatęKędy mgły wieczne, a Jowisz ponuryWciąż pada z góry.

Czy w kraj bez domów, nagi, kędy z blizkaRydwan słoneczny na głowy żar ciska —Gdziekolwiek pójdę, z Lalagą mą wszędzieDobrze mi będzie.

Pierzchasz ode mnie Chloe jak sarneczka,Co byle zadrżał listek, gałązeczka,Zaraz się spłoszy i do kniei bieżySzukać macierzy.

Jak jej drżą nogi, jak serce kołata,Gdy krzaczkiem ruszy jaszczurka pstrokata,Lub kiedy wietrzyk narobi hałasuWpadłszy do lasu!

Jam nie getulski lew, nie tygrys przecie,Żebym cię pożarł; wszakżeś ty nie dziecię,Ślad w ślad za matką, jużbyś nie biegała,Kiedyś dojrzała.

Do twoich okien rozpustne trzpiotyJuż i szturmować nie radzi;Możesz używać sennej pieszczoty —Bo i drzwi skrzypią już rzadziej

Jakoś do progu szczelnie przywarte;I już nie słychać śpiewania:Ty śpisz, o Lidyo! a ja tu wartęOdprawiam aż do świtania.

Przyjdzie wnet starość; ty, gdzie w odludnymZaułku, stojąc wzgardzona,Jękniesz nad męskim rodem obłudnym,Od trackich wichrów sieczona.

A pożar chuci wzbudzony w tobieJak u grzejącej się klaczyŻądzą zawierci w samej wątrobie,Że aż zawołasz w rozpaczy:

Czemu to bluszcze, mirty i kwiecieLubuje młokos dziś pusty —A na zimowe Eury, zamiecie,Przeznacza wyschnięte chrósty?!

Tłuc o łby szklanki dla uciech stworzone,Tracki to zwyczaj. Precz ten narów dziki!Bóstwo Bachusa powinno być czczone,Nie znieważane przez krwawe kłótniki.

Cóż ten dobyty medyjski miecz znaczyPrzy winie, świecach? — Uciszcie się proszę!Każdy niech łokciem podeprzeć się raczy,A językowi sfolguje potrosze.

Chcecie, bym wypił Falernu szklanicę —To niech braciszek opunckiej MegilliWyzna serdecznych cierpień tajemnicę,I, czyją strzałą przeszyty w tej chwili?

Wahasz się? Dobrze — więc nie piję z wami;Lub mów, jakiego miłość to gatunkuTrzyma cię? Pewno skłonność ta nie plami,Gdyż zawsześ szukał lepszego stosunku.

Mów mi do ucha, kto ona? Bądź szczéry;Ja cię nie zdradzę... O biedny kolego!Otóż w Charybdy dostałeś się wiry,Jakby nie można znaleźć co lepszego?

Żaden czarodziej nie skruszy twych oków,Żaden tessalski filtr, żaden Bóg niebny;Chybaby Pegaz cudem lotnych skokówWyrwał cię z szponów Chimery trójłebnej.

Snadź ci się skarbów arabskich zachciało,Że chcesz najechać Sabejskie książęta

Nie bite dotąd; i jakby ci mało,Jeszcześ na Meda przygotował pęta?

Marzysz, jak dziewczę weźmiesz po zabitymKochanku w boju? Jak paniczyk jakiZ woniącym włosem w pierścienie uwitym,I umiejący serskich strzał sajdaki

Wypróżniać — służyć ci będzie w pokorzePuhar podając? — Zaprzeczyż mi który,Że górski potok wstecz popłynąć może,A Tyber w łożu cofnąć się do góry:

Kiedy ty, drogo skupowane zwojePism Panetiusa i Sokrata szkoły,Na iberyjską chcesz zamienić zbroję —Błazeństwem zamknąć uczone mozoły?

Czegóż ma żądać wieszcz od ApollinaW dniu poświęcenia mu chramu;

O co się modlić, kiedy czaszę winaWylawszy, ofiarę da mu?

Wzdy nie o żniwa ze sardyńskich włości,Nie o kalabryjskie trzody,Ni złoto Indów i słoniowe kości,Lub smugi, gdzie Liru wody

Cieką leniwo. Niech tam nożem krzywymObrzyna grona winnicyKto się dziedzicem winnic zwie szczęśliwym;Niech kupiec w złotej szklanicy

Łyka sok winny, co go za towarySyryjskie dostał — i częściej,Niż trzykroć w roku atlanckie obszaryOpływa, — a Bóg mu szczęści.

Dla mnie oliwki, sałata, ślaz lekki,Wystarczą aż nadto — byleSwej mi Apollo nie skąpił opiekiI chował w zdrowiu i sile.

Synu Latony! pozwól mi wesołoŻyć na tej, co mam chudobie;

Daj starość znośną i pogodne czołoI lutnię o każdej dobie.

Rozumkowania uwiedziony szałemJam wypowiedział służbę moim Bogom;Dziś błąd poznawszy, żagle pozwijałem,I znowu wracam ku dawniejszym drogom.

Bo Diespiter, co zwykle ognistymGromem rozcina obłoków całuny —Przebiegł w tej chwili po błękicie czystymW wozie, niesionym przez grzmiące tabuny.

Od tego huku zatrząsł się ląd stały;Zadrżały w łożach rzeki swawolnice,Styx i Tenaru wstręt budzące skały;I Atlas, światu dany za granice.

Dumne wielkoście Bóg poniża czasemA w górę dźwiga proch upokorzony;Jednym fortuna z niezmiernym hałasemZrywa a drugim rozdaje korony.

Chłopcze! ja perskim gardzę przepychem,Nie lubię chodzić w misternym wianku;Toż za spóźnionym róży kielichemNie szukaj w krzakach tak bez ustanku.

Przystoi tobie, mój pacholiku,Mirt bez niczego, prosto urwany,A i mnie również, kiedy w chłodnikuSiedząc cienistym, wychylam dzbany.

Od konsulatu Metella, domowyBój, jego powód, błędy, kolej krętąIgrzysk fortuny, i przywódców zmowy,I krew, na mieczach jeszcze nieoschniętą,

Nieprzebłaganą odkupieniem żadnym,Kreślisz — dochodząc nici tej z mozołemW zamęcie zdarzeń, co wiedzie po zdradnymGruncie, tlejących iskier pod popiołem.

Muza tragedyi niech umknie na krótkoZ desek, nim spiszesz dzieło polityczne —

Byś znowu zaczął, z tą samą pobudkąW cekropski koturn stroić myśli śliczne.

Ty pokrzywdzonych obrońco, Pollionie!Mądry doradco w senatorów radzie —Za dalmatyńskie zwycięstwo, na skronieSława ci wieniec nieśmiertelny kładzie.

W opisach twoich wrzask surmy bojowejW uszach nam dzwoni; słychać jak grzmią rogi,Migają zbroje — od stóp aż do głowyKonia i jeźdźca przeszywa dreszcz trwogi.

Zda mi się słyszeć głos sławnych hetmanów,A twarz każdego kurzem okopcona;Widzę kark zgięty wszystkich ziemi panów,Krom jednej duszy niezgiętej Katona.

Juno, z bogami, co Afrom sprzyjałyZ niepomszczonego kraju pierzchła razem,Za to na wnukach ojców pełnych chwały,Dziś się odmściła Jugurty żelazem.

Któraż piędź ziemi nie zlana posokąLatyńską, kędyż nie rosną mogiły?

Hesperya w gruzach zaległa szerokoZ klęsk jej się nawet Medy ucieszyły.

Gdzież taki strumień, coby nie był świadkiemTych strasznych bojów? I jakiejże faliDauńska rzeź, krwawym nie zbarwiła płatkiem?Wszystkośmy, wszystko krwią naszą zbryzgali.

Muzo! tyś żartów się zrzekła, w polocieZa cejskim trenem; — pohamuj te jęki!I usiądź ze mną tu, w Diony grocie,I na weselszej lutni nuć piosenki.

O mój Sallusty! mammona dla ciebieNiczem, gdy w skąpej ziemi się zagrzebie;A tylko znaczy wtenczas pieniądz bity,Kiedy użyty.

Kto był Prokulej? Dowiedzą się wieki:Braciom nie skąpił ojcowskiej opiekiSercem się dzielił; więc na skrzydłach sławyWzbił się mąż prawy.

Rozkazuj żądzom: zapanujesz szerzejNiżbyś daleką Libię do wybrzeżyPrzypiął Gadeskich, a i Puny obieZhołdował sobie.

Opuchły piciem pomnaża puchlinę,A przecież pragnie! Zgub pierwej przyczynęChoroby w ciele — a wodnistość białaUstąpi z ciała.

Cnota, co z gminu zdaniem się nie brata,Tron Cyrusowy oczyszcza z FraataLudu wybrańca — i od słów obłudyOducza ludy.

A tylko temu lauru wieniec daje,Temu koronę i bezpieczne kraje,Co choć mu stawią złota pełne skrzynie,Spójrzy i minie.

Nie wstydź się, Xancie, żeś twe zapałyKu służebnicy kornej skierował;Wszak i Achilles w Bryzejdzie białejNa zabój się rozmiłował.

Ajax wszechwładny pan branki swojejTekmessy, przecież w niej zakochany —Atryd zwycięski buszując w TroiGorzał ku pannie porwanej,

Gdy Tessalczyka mieczem wróg zbityPadał, Hektora ubyło ramię;A Grek zmęczony na mur odkrytyDarł się i szalał w Pergamie.

Kto wie, blask jaki spłynie na zięciaRodziców Filis twej jasnowłosejCo ma krew w żyłach króla lub księciaPonękanego przez losy.

Nie myśl, żeś dziewkę prostą z ulicyWyszukał sobie; bo kto, jak onaWierna i szczera — z podłej rodzicyNie może być urodzona.

Rączka i liczko i zgrabna nóżkaTak mię podbiły, że w głos ją chwalę;Lustr kończącego ósmy, staruszkaJak mię znasz, nie bój się wcale.

Septymie! ze mną poszedłbyś ty wszędy,Czy do Kantabrów niechcących obróży,Czy między Syrty barbarzyńskie, kędyMauryckie morze się burzy.

Jednak wolałbym siąść na stare lataW Tyburze, co go Argejczyk zakładał;

Lądem i morzem dość obiegłem świata,Nierazem z trudu upadał.

Lecz gdybym doznał i tam przeciwności,Szedłbym nad Galez sławny z trzód wypasu,Lub gdzie lakoński Falant liczne włościZałożył, kosztować wczasu.

W ten luby kącik coś nęci mię zawsze:Tam miód tak słodki jak himeckie miody,Tam równie przednie, jak w naszym WenafrzeZnajdziesz oliwne jagody.

Tam długa wiosna, krótka bywa zima,Tam Aulon łaską Bacha niepomiernieObsypan, wcale zajrzeć czego niémaSławnym winnicom w Falernie.

Kraj ten uroczy wzywa nas pospołu...Tam, kiedy stanę u wytkniętej mety,Wdzięczną łzę uroń nad garstką popiołuPrzyjaciela i poety.

Pomnisz, jak śmierci w oczy my patrzaliZ blizka, gdy Brutus hetmanił szeregom —Któż ci kwiryctwo wrócił, kto z oddaliWrócił penatom i italskim brzegom?

Pompeju! my dwaj najstarsi druhowie,Z tobą mi chwile biegły nie leniwoNiegdyś przy pełnym, z różami na głowieMalobatrową łyszczącej oliwą.

My pod Filippi walczyliśmy razem,Gdzie tak sromotnie zgubiłem w popłochuTarczę, gdy męstwo naszych pod żelazemPadło, w skrwawionym tarzając się prochu.

Lecz mię drżącego pośród nieprzyjaciółWyrwał Merkury i przechował w chmurze;A tyś do mordów, bracie, tak się zaciął,Żeś z portu wypadł w nowe lecąc burze.

Złóż-że więc Bogu dziękczynne obiaty,I wypoczywaj bojem zmordowanyTu, gdzie cień daje ten laur rosochaty,I gdzie czekają na cię pełne dzbany.

Massyk gubiący troski lej do szklanki,A z konch głębokich czerp maści i wonie.Hej żywo! kto nam posplata tam wiankiŚwieże z opichu i mirtu na skronie?

Kogo nam Wenus da królem biesiady?Mniejsza, — lecz dzisiaj pohulam jak Traki —O bo już sobie nie mogę dać radyKiedy mi do dom zawitał gość taki!

O gdyby zdrady twoje BarynoRaz zasłużoną odniosły karę,I w buzi ząbek poczerniał inoLub zlazł paznokieć! Dałbym ci wiarę.

Lecz im fałszywiej na co przysięgaszŚciągając gromy na swoją głowę,Tem się piękniejszą robisz i wprzęgaszW jarzmo młodzieży naszej połowę.

Na zdrowieć idzie każde zaklęcie:Czy oszukujesz popioły matki,Czy nocne gwiazdy na firmamencie,Czy wzywasz nawet bogi na świadki.

Z twych zdrad się Wenus śmieje nawiasem;Śmieją się Nimfy i Kupid dzikiCo na osełce krwawej tymczasemOstrzy zatrute swoje bełciki.

Dla ciebie młode plemię dojrzewa;Wszystko to przyszli są niewolnicy —A choć kochanków dawnych to gniewa,Nikt odejść nie chce od bezbożnicy.

Ciebie się matka lęka dla syna;Ciebie się skąpi ojcowie boją;Nowozamężna drży kobiecina,By jej małżonek nie wpadł w sieć twoją.

Chcesz żyć najlepiej, nie leć na przygodyO mój Licyni, w ocean szeroki;Ni brzegiem płynąc, nie myśl, że od szkodyUchronisz nawy swej boki.

Kto złotą mierność kocha, średnim toremPójdzie on w życiu; ani się oswoiZ brudną lepianką, ni stęskni za dworem,O jego przepych nie stoi.

Im wyższa sosna, tem w nią silniej burzeUderzać lubią; wieża im się hardziejWspina, tem prędzej runie — a na górzePioruny biją najbardziej.

Mędrzec w dniach błogich nieszczęść się obawia,A w czarnej doli lepszą przyszłość roi;Ten Bóg, co zimę zsyła, ten odnawiaŚwiat wiosną i kwieciem stroi.

Złe nie trwa wiecznie; cierpienia przebolą;Nie zawsze w łuku napięta cięciwa,Milczące Muzy, niekiedy ApolloDźwiękiem cytary wyzywa.

Gdy cię przeciwny los ściga okropnie,Hartem swej duszy możesz mu urągać —A gdy wiatr dobry wciąż sprzyja — roztropnieUmiej twe żagle pościągać.

Co myśli Kantabr lub Scyt boju chciwy?Nie pytaj — od nich morzem my odcięci —Pókiś Hirpinie i zdrowy i żywyDość masz, a resztę oddaj niepamięci.

Młodość uchodząc zostawia za namiBlask swój i urok; a bożków miłości

Odgania od nas wraz z słodkimi snamiWłos bielejący więdnącej starościstarości.

I kwietna wiosna zmienia się co chwilę,Rumiany księżyc nie zawsze twarz jednąNam pokazuje. Czemuż planów tyleTworzyć, i dręczyć swoją duszę biedną?

Usiądźmy raczej pod temi platany,Lub tam w sośninie, i zadzwońmy w czaszeSyryjską nardą maśni, kwiat różanyW siwiznę wplotłszy — użyjmy co nasze.

Ewius rozpędzi kłopoty trujące:Hej chłopcy! żwawo! który tam w poskokuOd ognistego Falernu gorąceKielichy, w tym tu ostudzi potoku?

Kto nam tu zwabi Lydę z jej zakąta?Mów jej: niech lutnię ze słoniowych błonekWeźmie, i włosy na głowie poplątaW piękny warkoczyk na sposób Lakonek.

Nie chciej bym wojnę numantyńską, długą,Ni Annibala dzikiego sztandary,Ni morze puńskiej krwi zbroczone strugąŚpiewał na miękkich strunach mej cytary.

Ani Lapitów, ani pijanicęHyleja, z całą czeredą olbrzymów,Których zgniótł Herkul, gdy się na stolicęDarli Saturna — nie chcę do mych rymów.

Ty sam Meceno lepiej powiesz w prozieO Cezarowych tryumfach rozlicznych:Jak skute króle przy zwycięskim wozieProwadził nieraz śród tłumów ulicznych.

Mnie każe Muza śpiewać twoją PanięLycymnię; ócz jej promienie i żary,Głosik czarowny, śpiewy, szczebiotanie,Serce, co stałej dotrzymuje wiary.

Jak w tańcu nóżką wywija ochoczo,Żarcik po żarcie sypie nieustanny —Jak z wieńcem dziewcząt, kiedy ją otocząSplata swe ręce w uroczystość Dyanny.

Czyżbyś za wszystkie Achmenowe trzosy,I za Mygdona frygijskiego zbioryOddał Lycymni swojej śliczne włosy,Lub za Arabii napchane komory,

Ten czar, gdy szyjkę do pocałowaniaSkłoni, lub umknie, kapryśna pokusa,Abyś jej porwał chciwiej, co zabrania,A ona wzajem skradła ci całusa.

Hej! hej! pierzchliwe Postumie, Postumie,Zbiegają lata; ni modlitw a nasza

Zmarszczków z oblicza odstraszyć nie umie;Starości, ani śmierć nie odstrasza.

Niczem nie zmiękczysz Plutona wyroków,Choćbyś mu trzysta byków bił codziennie,Jak raz Tytyja z Geryonem wziął w okówCzarnego Stygu, tak trzyma niezmiennie.

A my, co ziemskie pożywamy płodyRadzi nie radzi pójdziem kiedyś wszyscyPrzez jego czarne przewozić się wody,Wielcy królowie, pachołkowie nizcy.

Próżno nas stracha Mars srodze wojenny,I unikamy burz Adryatyku;Próżno, gdy powiew pociąga jesiennyChronimy zdrowia od chorób bezliku.

W końcu przyjść musisz nad brzeg czarnej rzekiMknącej leniwo; patrzyć na torturyCór Danausa przeklętych na wieki,I na Syzyfa trud u stoku góry.

Raz się oderwać trzeba — niema rady!Od roli, domu, małżonki nadobnej;

A z drzew, któremiś umaił twe sadyZa tobą pojdzie li cyprys żałobny.

Cekub chowany pod zamkiem tak długo,Mądrzejszy dziedzic wypije, zmitręży, —I po podłodze lać się będzie strugąWino, co warte iść na stół do księży.

Szczupłe już tylko pod pług idą łany,Tak gmachy rosną; staw każdy z LukrynemRówna się niemal; a nagie platanyWiąz wypychają ożeniony z winem.

Gdzie wprzód gospodarz z sadów zbierał tylePrzednich oliwek i owoców kosze,Teraz fiołki, mirty i badyleWonne mu tylko przynoszą rozkosze.

Laur gęsto sadzon nie przepuszcza za toW upał promieni słonecznych przez szpary —Lecz tak nie myślał brodaty nasz KatoAni Romulus, ni obyczaj stary.

Każdy miał mało, lecz ojczyzna dużo;I nikt nie stawiał dla miękkiej wygodyDługich portyków, co jedynie służąBy w skwar wracały ułowione chłody.

Pogardzać z darni ukleconą chatkąNie dozwalano; — za to świątyń muryI grodów, kosztem publicznym nierzadkoPrzyozdabiały ciosane marmury.

O ciszę żeglarz modli się na morzuFalami bity, gdy światło księżyca

Chmury zakryją i żadna w przestworzuZ gwiazd znanych mu nie przyświéca.

O ciszę woła Trak srodze wojenny,Ciszy Med pragnie o złotym kołczanie;Spokój, to towar nad purpurę cennyZa klejnot go nie dostanie.

Skarby koronne, konsulne liktoryŻrących sumienie zgryzot nie wymiotą;U zdobnych stropów troski, istne zmoryWiszą nad tobą i gniotą.

Dobrze ten żyje, kto na skromnym stoleStawi przed sobą solnicę ojcowską;Sny ma on lekkie, a w zmarszczkach na czoleNie siedzi łakomstwo z troską.

Życie tak krótkie; czemuż narowistąŻądzą je targać, lub zmieniać podniebie?Czy porzucając kto ziemię ojczystąPotrafił uciec od siebie?

Zgryźliwa troska i na okręt wsiada,Ona za konnym orszakiem w cwał leci

Prędzej niż jeleń, choć biegun nielada,Niż Eur w zimowej zamieci.

Wesołyś — nie myśl co potem nastąpi;Smutnyś — cukrujże uśmiechem gorycze:Pełnego szczęścia niebo zawsze skąpi,Daje mu różne oblicze.

Sławny Achilles legł w przedwczesnym grobie,W długiem zgrzybieniu Tyton dogorywa —I mnie dać może, czego nie da tobie,Jedna godzina szczęśliwa.

U ciebie Grosfie wypasa się spełnaSto krów sykulskich; dziarska u rydwanaPoryża czwórka, a na tobie wełnaDwakroć w purpurze maczana.

Mnie tylko szczupłe dostały się grzędy,I greckich dźwięków coś się tam dostałoZ Parek szczodroty — by o gminne względyKiedy się zmienią, dbać mało.

Od złota, kości słoniowejNie lśnią w mym domu pułapy, alkowy;Ni himeckich głazów tramyGniotą rząd kolumn, co je sprowadzamyZ Afryki; nie wziąłem w spadkuSkarbów Attala, dziedzic od przypadku.Ani lakońskie purpuryTkają mi słuszne matrony i córy...Lecz za to wieszczych natchnieniDużo mam w piersi — i bogacz mię ceniChoć jam chudzina. Od niebaNie żądam więcej, ani mi potrzebaKłuć oczy dobremu panuCo mi dał kawał sabińskiego łanu.Dzień po dniu ubiega rączy,Nowy już miesiąc, nim stary się kończy.A ty — jak gołąb biały,Nie pomny śmierci, na zamtuz wspaniałySprowadzasz marmury jasne,

I, jakby lądy były ci za ciasne,Morze, co falmi srebrnemiGra w Bajach, chciałbyś odepchnąć od ziemi,Jak, co rok graniczne kopceDalej odpychasz na zagony obce.Zamiast być sługom obronąTy je okradasz: tuła się mąż z żonąUnosząc z sobą penatyI brudną dziatwę. — Tyś wygnał ich z chaty!A przecież o możny panie!W drapieżnym Orku czeka cię mieszkanie,Dokąd się wszyscy udamy.O cóż ci idzie? Wszak głąb czarnej jamyKróla z żebrakiem połyka!Chytry Prometej Styksu przewoźnikaCzyliż nie kupował złotem?A on go przecież nie puścił z powrotem!Ów Styksu przewoźnik twardyWięzi tak samo Tantala ród hardy;On nędzarzowi pomaga,Gdy go bicz losu dosyć nie nasmaga,I wołany, niewołany,Przychodzi zdjąć zeń te ziemskie kajdany.

Niezwyczajnemi, niewątłemi pióryPiewca dwoisty, przez płynne lazuryLecę nad grody, nad zawiść nikczemnąWzbity — a ziemia ucieka przedemną.

Mnie, zrodzonego z ojca krwi ubogiej,Mnie, co kochanym nazywa mój drogiMecenas — mnie śmierć nie zgładzi na wieki,Ni od stygowej odepchną mię rzeki.

Już, już mi skóra chropawa golenieŚciąga, w białego łabędzia się mienię;Od góry w puszek już obrastam miękki,Mam go na barkach i palcach u ręki.

Wnet ja szybszemi niż sam Ikar lotyBrzegów Bosforu szumiące zawroty,Hiperborejskie stepy i GetuleOblecę, pieśnią łabędzią rozczulę.

Mnie pozna Kolchid i Dak, co się naszejMarsów kohorty, niby to nie straszy,Daleki Gelon, mnie iberskie rody,I ci, co piją rodanowe wody.

Nie chcę ja neniów, gdy już zwłoki mojeDo grobu pójdą; o wycia nie stoję,Ani o żale; przepych niepotrzebnyKtórym się obrzęd otacza pogrzebny.

Nie cierpię gminu; precz niepoświęcony!Ucisz się — wnet tu nieznana popłynieOda. Jam kapłan Muzy, jam natchniony,Śpiewam mołojcom i dziewic drużynie.

Nad ludem twardzi panują królowie,A królów Jowisz powściąga prawicą; —Jak raz Gigantów starł butne pogłowie,Tak światem trzęsie ócz swych błyskawicą.

Jednym się trafia sadzić dłuższe rzędyDrzew, niźli drugim; ów z zapałem śpieszy

Na Marsopolu zdobyć pierwsze względy;Tego, gdy dobre imię zyskał, cieszy;

Ów rad, im więcej klientów nazbiera.Lecz śmierć to wszystko równa: gdy w głębokiejUrnie, mieszając losy, nie przebiera;Wielkim lub nizkim ciska swe wyroki!

Komu nad karkiem już wisi miecz goły,W smak mu nie pójdą sykulskie łakotki;Nie uśpi świegot ptaszków go wesoły,Ani dźwięk lutni ukołysze słodki.

Od nizkiej strzechy biednego rolnikaSen nie ucieka; znajdzie go na łącePod drzew sklepieniem, nad brzegiem strumykaW Tempe, gdzie wieją zefiry chłodzące.

Kto poprzestaje na samej potrzebie,Ten się nie boi zhukanych mórz grozy,Czy Arktur z burzą spuszcza się po niebie,Czy sprowadzają wiatr wschodzące Kozy.

Ani się skarży, gdy grad mu wytłuczePiękne winnice; a drzewa w ogrodzie

Przez ciężkie mrozy ucierpią lub tucze;A on ucierpi w corocznym dochodzie.

Pan wielki ziemią znudzon, co mu rodzi,Nawet to morze połyka oczyma:Z majstry, z czeladzią olbrzymi wał grodzi,Że nawet ryba pływać już gdzie niéma.

Lecz z czarną troską chodzi on jak struty —Gdziebądź się ruszy, tuż za nim śmierć blada:Ona na okręt miedzią wskróś okutyWsiądzie, i konno gdy jedzie, z nim wsiada.

Nic cię nie broni od tych trwóg napaściNi marmur z Frygii, ni blaski purpury,Ni Achmenowe woniejące maści,Ni rozweseli Falern, gdyś ponury.

Mamże budzące zazdrość kolumnadyLub nowym stylem wznosić atrium pyszne?Mamże za złota zgryźliwe pokładyMieniać sabińskie ustrońko zaciszne?

Mąż sprawiedliwy, przekonaniem tęgi,Nie da się złamać zachciankom zbrodniczymWściekłego gminu; ni wobec potęgiGroźnej tyrana, nie ustąpi w niczem.

Ani go Auster, wzburzający wałyAdryi, zatrwoży, ni piorun ciśniętyZ rąk Zewsa; choćby ziemia na kawałyPękła — na gruzach jeszcze nieugięty.

Tą cnotą Pollux i Herkul wędrownikWzbili się w stropy gwiazdami utkane;Z nimi i August zasiadł współgodownikNektarem usta zakrapiać różane.

Tą cnotą ojciec Bachus się zasłużył,Biorąc tygrysie karki na powrozy —Przez nią Maworsa cugów Kwiryn użyłOd Acherontu uciekając grozy.

Juno się za nim ujęła śród radyBogów, tak mówiąc: »Ilion, Ilion z winyNiewiasty obcej i sędziowskiej zdradyRunął obrócon w gruzy i perzyny.

Za Laomeda, co oszukał BogówW winnej zapłacie, gród ten był przeklęty:Jam go z Minerwą dała pod miecz wrogówWraz z wiarołomnym ludem i książęty.

Przy cudzołożnej Lakonce, zuchwałyGach ów nie świeci — ni dom PryamowyNaszych Achiwów pnących się na wałyRęką Hektora nie strąca na głowy.

Już się skończyły boje, przedłużoneNaszemi swary; i jam już złożyłaGniewy na Marsa i na wnuczę oneCo mu trojańska kapłanka powiła.

Wnukowi temu teraz już pozwolęW pałac jasności wnijść; usty pełnymiPić sok nektaru tutaj w Bogów kole,Jak wybranemu między wybranymi.

Dopóki Troja od Romy odciętaMórz obszarami, a gnieździć się lubiąDzikie, na grobie Pryama zwierzęta,A grób Parysa trzody swojskie skubią,

Dopóty plemię owych rozproszeńcówNiech nad wszystkiemi świata włada trony;Rzym z Kapitolem pełen sławy wieńcówPodbitym Medom niech daje zakony.

Na okół groźny, niech szerzy nazwiskoSwoje po ląd ten, co od EuropyWód go śródziemnych oddarło łożysko,A gdzie Nil co rok wyprawia potopy.

Byle Rzym złoto zostawił nie tknięteJakie ukryła ziemia w wnętrzu swojem!Lepiej niem wzgardzić, niż wszystko co święteGrabić dla siebie bezbożnym rozbojem.

Wtenczas po krańce ziemi ostateczneDotrze orężem i żądzą widzeniaTych stref, gdzie parzą promienie słoneczne,Gdzie mgły, lub deszcze, leją bez wytchnienia.

Ten los im wróżąc, ostrzegam KwirytyBy dobrodusznie w szczęście nie ufali,I przez cześć zbytnią przodków, raz zabityIlion, z gruzów nie odbudowali.

Jeśliby gród ten pomimo wróżb sprzecznychZnowu miał ożyć? to wtóry raz skona;Bo ja nań hufiec powiodę walecznychJa, Jowiszowa siostrzyca i żona.

Choćby i trzykroć Feb murem ze spiżeTroję opasał — trzykroć ją zdobędąMoi Argiwcy i trzykroć w jassyrzeTrojanki mężów swoich płakać będą«.

Lecz stój! dość tego na mą gęśl pustaczą —Muzo! gdzie rwiesz się w zapale? Rzecz ślizkaPodrzeźniać, co tam Bogi mówić raczą —Nie wygra wielkich myśli, nuta nizka.

O Kaliopo, z nieba zstąp królowo!Wygraj na fletni pieśń dłuższą, pieśń długą;Lub z Apollina cytarą zwiąż słowoI dźwięków oblej je strugą.

Słyszycież granie? czy też mnie się marzy,Że słyszę, w świętym przechodząc się gaju:Jak słodki wietrzyk coś tam w liściach gwarzy,A szmer wtóruje ruczaju.

Raz będąc dzieckiem, gdym pośród zabawek,Usnął od mojej Apulii daleko,Tam, na Wulturze — stadko mię turkawekLiściami nakryło lekko.

Dziw był dla wszystkich prawie niepojęty,Co w Acheroncji tym gnieździe podniebnym,Co w lasach Bancji, w nizinach FerentyOsiedli na łanie chlebnym;

Że od niedźwiedzi, od żmij oczywiścieNie tknięte chłopię, tak bezpiecznie spało;Snadź je ochraniał ten mirt i te liścieLauru, i bóstwo czuwało.

Wasz ja Kameny, i wam się oddaję,Czy na sabińskie przyjdzie piąć się góry,Czy chłodny Prenest, uśmiechliwe Baje,Czyli mnie wabią Tybury.

Że kocham wasze krynice i łany —Mnie filippiński odwrót i porażka,Mnie nic Palinur, nic konar strzaskanyNie szkodził — istna igraszka.

Kiedy wy ze mną — odważnie się puszczęŁódką na Bosfor choćby w burzę wściekłą;Assyryjskiego brzegu przebrnę puszczęPodróżny, przez piasków piekło.

Pójdę, gdzie srogie przybylcom Bretony,Gdzie Konkan, w końskiej smakujący jusze;Pójdę pomiędzy sajdaczne Celony,Do rzeki Scytów dojść muszę.

Z wami, nasz Cezar, gdy znękane w bojuKohorty swoje po grodach rozstawi —A do lubego zatęskni pokoju,W pierskiej grocie się bawi.

Wy mu łagodność radzicie; was cieszy,Gdy on rad waszych słucha. O któż nie wieJak Jowisz rozbił kłąb tytańskiej rzeszyPiorunem rzuconym w gniewie?

On, co sam jeden panuje nad lądem,Morzem, podziemnem państwem, nad miastami,Co sprawiedliwym berła swego rządemJak ludźmi, włada Bogami —

Strachu miał dużo, gdy się młódź junaczaGroźna ramieniem porwała na niego,I w niebo drąc się górę Pelion wtaczaNa grzbiet Olimpu leśnego.

Lecz Typon, Mimas, nie wskórał nic mocą,Nic Ret, Porfiryon, harcownik nie lada,Nic dąb wyrwany z korzeniem, jak procąCiśnięty z rąk Eneclada.

Kiedy egidą Pallas zastawionaStrąca każdego; kiedy boju chciwyStanął bóg Wulkan z nim Juno matrona,I ten, co zawsze łuk krzywy

Na barkach nosi — ten, co włosy myjeW kastalskiej rosie; co lubi czaharyLicyi, i w gaju rodzinnym rad żyjeBożek Delosu, Patary!

Moc bezrozumna sama się pożera;Lecz kto się mądrze z siłami obliczy,Niebo go dźwiga — i nawzajem ścieraKażdy postępek zbrodniczy.

Ów sturamienny za dowód mi stanieGyas; toż Orjon, kochanek zuchwałyCo za napastną chuć ku czystej DjannieLegł — od jej przeszyty strzały.

Płakała ziemia gniotąc te olbrzymyDzieci swe, wbite do piekieł bezdennych —Jeszcze nie przegryzł był ogień i dymyEtny ciężarów kamiennych.

Sęp na Tyciosa siedzący wątrobieWciąż ją pożerał nieustanny mściciel;Trzysta łańcuchów dźwigał tam na sobiePirytoj, kobiet gwałciciel.

Za grzechy przodków będziesz pokutowałO Rzymianinie! póki świątyń szczytyNie wstaną, już się walące na pował,I póki z bożyszcz kurz nie będzie zmyty.

Kornyś przed niebem — świat na twe rozkazy;Z Bogów początek, z Bogów koniec idzie —Gdyś nimi wzgardził, powiedz, ile razyHesperya grzęzła w nędzy i ohydzie.

W dwóch bitwach sprzecznych woli samych BogówMones i Pakor zbili nasze szyki,

I łup bogaty wzięty nam przez wrogówZdobił ich z podłej miedzi naszyjniki.

Roma rozdarta wnętrzną waśnią — otoSzła już na pastwę Etyopa z Dakiem,Gdy tamten groźną napierał ją flotą,A ten częstował pełnym strzał sajdakiem.

Wiek ten zbrodniczy naprzód skaził łożeMałżeńskie, potem rodzinę i plemię —Z tego to źródła wyszły kary bożeNa wszystek naród i ojczystą ziemię.

W jońskich się pląsach lubuje dziewicaZaprawiając się wczas do sztuczek innych,I już lubieżną myślą chuć podnieca,Acz jeszcze z latek nie wyszła dziecinnych.

Prędko w niej żądza w pożar się rozpala —Lecz w towarzyszach mężowskich hulanekJuż doraźnego nie szuka chabalaZ którymby poszła gdzie w ciemny krużganek.

Tylko otwarcie wstaje, gdy kto wołaWobec małżonka — czy to kupczyk który,

Czy z hiszpańskiego statku patron — zgołaKażdy, kto bezwstyd zapłaci jej z góry.

Nie z takich matek zrodzone te chłopy,Co krwią punicką zrumienili fale,Pyrrusów zgnietli, rzucili pod stopyZ Antyochami srogie Annibale.

A był to zastęp tych kmiecych żołnierzyNałożnych pługiem sabelskim ryć ziemię,Co to na rozkaz surowej macierzyDo domu dźwigał na plecach drew brzemię.

Wtenczas, gdy długi cień padał z wierzchołkówGór, a z błękitu zjeżdżał wóz słonecznyI z jarzma karki oswobadzał ciołkówI na spoczynek zapraszał bezpieczny.

Czegoż niszczący wiek ten nie obali?!Ojcowie nasi mniej warci niż przodki:A my się w ojców naszych tak nie wdaliŻe po nas tylko zostaną wyrodki.

Co ja bezżenny w marcowe kalendyRobię z pękami kwiatów, z kadzielnicą,Z ogniem na darni? — Dziwiąż te obrzędyCiebie Meceno, i są tajemnicą?

Dowiedz się znawco dwóch mów, to pamiątka,Gdym omal drzewem nie został zabity;Odtąd ma Liber z białego koźlątkaI innych zastaw ofiarnik obfity.

W dzień ten, rok rocznie dla mnie tak świąteczny —Korek z pieczątką wyskoczy z amfory,Którą już dymek przejął dostateczny;Od czasów Tulla stoi do tej pory.

Wychyl, Meceno, najmniej sto puharówZa przyjaciela zdrowie — i swobodnieTak biesiadując bez krzyków i swarówDo dnia białego nie zgasim pochodnie.

Pocóż o Romę ma cię głowa bolić?Dak Kotis zbity i jego gromada;Med w domu własnym lubiący swawolićBójką wewnętrzną teraz sam się zjada.

Kantabr, wróg Romy odwieczny, nam służy,Z hiszpańskim brzegiem skuty, choć tak późno —I Scyta nie chce z nami bić się dłużejKiedy cięciwy łuków puścił luźno.

Nie pytaj czy tam ludy gdzie się skarżą;I żyj dla siebie samego, wesoły;Bierz, czem cię chwile bieżące obdarzą,Na bok precz ciśnij poważne mozoły.

HORACY.Póki byłaś mi wzajemną,Póki na łonie twem białem

Nie pieścił się nikt przede mną,O króla Persów nie dbałem.

LIDYA.Pókiś jedną kochał stale,Lidyi nie rzucił dla Chloi,Byłam niż Ilia, w swej chwaleSzczęśliwsza, z miłości mojej.

HORACY.Mnie dziś tracka Chlo trzyma,Jak na lutni gra, jak miła!Umrzeć — nic trudnego nie ma:Umrę! byle ona żyła.

LIDYA.Mnie Kalais całą siłąKocha, i ja mu wzajemną —Byle jemu nic nie było,Niech się stanie co chce ze mną.

HORACY.Cóż, gdyby Wenus połączyćChciała dwa serca rozdarte?...

Z tą Chloą możnaby skończyć;Dla Lidyi mam drzwi otwarte.

LIDYA.Choć on tak śliczny jak zorze,A ty, jak korek tak lekki,Niestały jak Adryi morze —Z tobą żyć, umrzeć na wieki!

Choćbyś, o Lice, żyła gdzie nad DonemW jarzmie dzikiego chłopa, a ja w ciemnąNoc drżał przed progiem smagan akwilonem,Miałabyś litość nade mną.

Słyszysz, jak burza w drzwi tłucze; jak w laskuDwór twój zdobiącym, wierzchołki drzew zgina —Jak Jowisz świeżo śnieg spadły, o brzaskuPorannym, lodami ścina.

Spuść z pychy; grzech ten u bóstwby ci szkodził;Spuść; zanim sama wpadniesz w sidła płoche:Ojciec Tyrreńczyk przecież cię nie spłodziłNa Penelopę świętochę.

Jeśli błagania, dary, bladość sina,Twych wielbicieli, zmiękczyć cię nie mogą,Ni mąż, którego więzi jakaś inna —To dla mnie przestań być srogą.

Ty, jak dąb twarda, nie ugięta w burzy,Gorsza, niż wężów maurytańskich krocie,Patrz! biedne ciało nie rade już dłużejLeżeć pod progiem, na słocie.

Źródło Banduzyi, jasny krysztale!Stoisz za wino, za wonne kwiaty:Jutro cię kozłem ofiarnym chwalę;A choć na młodym łebku sękaty

Różek mu rośnie i już przeznaczaGo na miłostki i przyszłe boje,Darmo! krew jurna niech jutro zbraczaPrzejrzyste kryształy twoje.

Wód twych psia gwiazda wyssać nie może,Do ciebie zawsze błądzące trzodyI wół, gdy dość się w pługu naorze,Przyjdą poszukać słodkiej ochłody.Kiedyś zasłyniesz ty mojem pieniemRazem z tym dębem na wierzchu skały,Co się zwieszając, otula cieniemRzeźwiące twoje kryształy.

Faunie, lubiący ścigać Nimfy płocheBłogosławieństwem obleć moje kopce,Drobnym przychowkiem opiekuj się trochę —A potem leć w strony obce.

Przecież rok rocznie masz z kozła ofiary;Druhowi Cyprji stawiam z winem kruże,Sypię kadzidła — i ołtarzyk staryWonnemi dymy okurzę.

Po bujnej trawie hasa cała trzoda,A gdy w decembrze wrócą twoje nony —Ze wsi na błonie wyjdzie moc naroda,I byk, samopas puszczony.

Jagnięta mężnie wilkom patrzą w oczy;Las na cześć twoją majem się zieleni;I rolnik trzykroć z radości poskoczyŻe ziemia lepiej mu pleni.

W niebo wznoś ręce Fidyl gospodarna,Gdy na młodziku miesiąc, szlij zaklęcia,

Kadź Larom, syp im tegoroczne ziarna,I łakomego nie żałuj prosięcia.

Afryk nie spali ci winnej jagody,Ni zaraźliwa śnieć padnie na zboże;Luby przychowek twój nie dozna szkodyW owocorodnej, niebezpiecznej porze.

Ofiarne bydle na to się wypasaW lasach dębowych, na śnieżnym Algidzie,I po albańskich trawach na to hasa,Że pod kapłański topór samo przyjdzie.

Na co szafować tyle krwi jagnięcej,Na co kosztowne nieść bogom objaty —Kiedy dla drobnych Larów co najwięcejMirt i rozmaryn wystarczy, lub kwiaty.

Byle ofiara szła z niewinnej ręki,Dar najcenniejszy nie tyle zniewoliDla cię Penaty gniewne, co troszenkiŚwięconej mąki, i co szczypta soli.

Choćbyś miał skarby, większe niż je w ziemiArabia, Indya mieć może,Choćbyś oprawił mury warownemiApulskie, Tyreńskie morze —Twarda konieczność, jeśli djamentowyKlin wbije komu do głowy,Wewnętrzna trwoga spokój mu zabijeI w potrzask śmierci da szyję.

Scyta na stepach ma tam lepsze życieWożąc się z domem w teledze,Toż i Get dziki, któremu obficieZ pól nieporzniętych na miedzeCeres plon sypie, skrapian jego potem,Rok tylko jeden — a potemJuż ma spoczynek: wyręcza go drugaCzęść pracowników u pługa.

O, tam się nigdy nie znęca macochaNad pasierbami swojemi;

Posażna żona męża stale kochaI nie gamraci z innemi.Wielkim posagiem są rodziców cnoty,Niewiast ozdobą wstyd złoty —Małżeńskich węzłów zrywać się nie ważą,Bo za to gardłem je karzą.

Ty! co wytępić chcesz harde zbytniki,Wojen domowych znieść szały,Jako ojczyzny zbawca mieć pomniki,I do potomnej przejść chwały —Hamuj swawolę nieznającą granic,Bo świat zawistny ma za nicŻyjącą cnotę — tylkoby hołdowałTej, co ją dawno pochował.

Cóż tam pomogą na to gorzkie żale,Gdy zbrodzień uchodzi kary?Cóż i statuta pomogą? nic wcaleBez obyczajów i wiary.Jeśli i ziemi zapadły zakątekGdzie słońce parzy jak wrzątek,Jeśli lód z śniegiem w gnieździe BoreaszyChciwego kupca nie straszy?

Jeśli wzburzone nie odstrasza morzeFlisa? — a hańbą jest komuNosić ubóstwo, i woli bezdrożeWystępku, obrać bez sromu —To znieśmy perły, złoto i klejnoty,Te źródła naszej niecnotyTu, na Kapitol, lub rzućmy w mórz tonie —A lud przyklaśnie nam w dłonie.

Byle się poddać szczerej tylko skrusze,Wydrzem rozpustę z korzeniem,I zniewieściałe zahartujem duszeSurowem w cnocie ćwiczeniem.Taki dziś panicz zrodzon w stanie wolnymDo czegoż może być zdolnym?Kiedy ni konia dosiędzie, ni w lasyPójdzie ze zwierzem w zapasy.

Za to gracz: umie puszczać cygę grecką,I w zakazane grać kości —Kiedy pan ojciec okrada zdradzieckoSwoich spólników i gości,Aby synkowi, co się tak wychowałCzemprędzej trzos naładował.

Lecz choć fortuna rośnie z krzywdą cudząCzegoś im brak — że się nudzą.

Niegdysiem gracko zwodził panienki,Z pod miłosnego ja rycerz znaku;Lecz dziś grać nie chcą struny lirenki —Więc ją z orężem wieszam na haku.

Tu, tu, zawieście, tu, po lewicyMorskiej bogini: jasne pochodnie,Kusze i drągi — drzwi do świetlicyNieraz łamałem nim i wygodnie.

Bóstwo! co w Cyprze masz chramy swoje,W Memfis, sytoński gdzie śnieg nie prószy —Błagam cię, boskim biczykiem ChlojęZatnij — a dumna może się wzruszy.

Królów Tyrreńskich szczepie znamienity!Od dawna wino w bani nietykanej,Róż wieńce, balsam z balanu wybityCzeka na ciebie Meceno kochany.

Wyrwij się przecie i nie zwlekaj dłużej;Wilgotny Tybur niechby cię nie wabił,Ni exulańskie łany, ni grzbiet wzgórzyKędy Telegon ojca swego zabił.

Rzuć nudny zbytek, nie siedź w tym ogromieGmachów, bodących niebo jak olbrzymy;Zostaw to innym wielbić w szczęsnej RomieUliczną wrzawę, przepychy i dymy.

Możnym odmiana nieraz rzeźwi serce;W ubogiej chatce, u skromnego stołaNieubranego w purpurę, kobierce,Niejeden zmarszczek wygładzi się z czoła.

Już Andromedy ojciec grozi skrycieGorącem latem; już Procyon pali;W lwi znak wchodzące słońce na błękicieCoraz dopieka tem srożej, im dalej.

Już pastuch szuka dla znużonej trzódkiCienia nad strugą pod zielonem drzewkiemBożka Sylwana — a tu brzeg cichutkiNieochłodzony najlżejszym powiewkiem.

Ty nad przyszłością Romy dumasz sobie;Myśl niespokojna targa twojem łonem:Co Sery, Baktra, knuje tam na dobie,I co się dzieje nad kłótliwym Donem.

Przyszły los mądrość zasłoniła boskaCzarnym obłokiem, a szydzi z wróżbitaKiedy się nazbyt o tę przyszłość troska —Ten najmądrzejszy, kto obecność chwyta.

Reszta zwyczajnym już toczy się biegiem:Raz, niby rzeka ściśnięta w swem łożuSpokojne fale, szereg za szeregiemŚle, aż w etruskiem pogrąży się morzu.

To znów, gdy powódź powzdyma bałwany,Kamienie, drzewa, domy i obory,Unosi z grzmotem strumień rozhukany,Budząc do wtóru i wzgórza i bory.

Ten tylko szczęśliw i pewien jest swego,Co: »dziś użyłem« rzec może z dnia końcem;Mniejsza czy ranek spotka zbudzonegoCzarnemi chmury, czy pogodnem słońcem.

Przeszłości tylko nic schwycić nie zdoła,Ni przeistoczyć, co się raz już stanie.Oh! niepowrotne są te wartkie kołaW wiecznie toczącym się godzin rydwanie.

Fortuna lubi wyrządzać nam psoty,Uparcie igrać z swemi ofiarami;Dziś niestateczne wysypie szczodrotyNa mnie, a jutro drugiego omami.

Jeśli mi sprzyja — cieszę się, lecz za to,Gdy odlatuje, wnet o niej zapomnę;I owinięty cnoty białą szatą,Za towarzyszkę mam ubóstwo skromne.

Niech maszty łamie Afryk rozwścieczony,Niemam rozpaczać, ni modlić się czemu,By towar z Tyru lub Cypru wieziony,Nie poszedł na łup morzu łakomemu.

Od burz egejskich jest dla mnie opieka,Gdy Pollux zatli dwie gwiazdeczki bliźnie,Przy dobrym wietrze łódka moja lekkaDwuwioślna, łatwiej po falach prześliźnie.

Skończyłem pomnik; przy nim niepożytySpiż niczem; wyższy, nad piramid szczyty;Nic go nie zniszczy, ani pleśń wilgoci,Ni wichr szalony, ni potok lat kroci,Ni czas depczący tylko po ruinie...Nie umrę wszystek — najlepsza nie zginieCząsteczka moja! Sławę mą prawnuki

Odnawiać będą bez końca, dopókiNajwyższy kapłan na Kapitol chadzaZ cichą Westalką, którą tam wprowadza.Powiedzą kiedyś; żem ja z ziemi onejGdzie Aufid szumi, gdzie Daun wysuszonyWziął imię króla, co władał tym ludem;Żem wzrósł z niczego; żem eolskie tonyPierwszy w italską nutę przeniósł cudem...Pysznij się muzo swoim wychowankiem,I skroń laurowym opasuj mu wiankiem.

Wenus po długim rozejmie, na nowoBój wszczyna. Przebacz, o przebacz królowo!Już ja nie taki i krzepki i jary,Jak niegdyś byłem pod berłem Cynary.Przestań, o sroga matko Kupidyna!Temu, co lustr już dziesiąty zaczynaWkładać na kark ten twardy od obróżyMiękkie twe jarzmo. Lepiej ci posłużyJeśli chcesz w żądnem sercu pożar wzniecić,Różowemi łabędźmi do Paula zalecićMaxima. Młodzian krwi dobrej i gładkiDo sztuczek różnych posiada spryt rzadki,

Bronić on umie klienty nieśmiałe,On i sztandarom twoim zjedna chwałę.A gdy z rywala, co szafował złotemZadrwi zwycięsko, toć postawi potemPod stropem cyprów nad brzegiem AlbanoStatuę twoją z marmuru kowaną.Tam cię kadzideł wonny dym otoczy;Flet berecyncki z lirą się zjednoczy,Toż z surmą — twojej czci gwoli, o święta!Tam codzień dwakroć chłopcy i dziewczętaSaliów zwyczajem, o ziemię trzykrotnieBiałemi stopki wytną takt ochotnie.Lecz mnie ni dziewczę, ni chłopiec nie znęci;Już we wzajemność wierzyć nie mam chęci,Ani rej wodzić przy szklance ja skłonny,Ani uwieńczyć mych skroni w kwiat wonny.Lecz czemuż, czemuż, o mój LigurynieŁza jedynaczka po twarzy mi płynie?Czemu, gdy mówię, język się zacina,I wstydny milczę — jakaż to przyczyna?W snach nocnych nieraz twą marę przy łonieTulę; pierzchnącą znów gonię i gonięPo marsowego pola murawniku,To po wód fali — och ty okrutniku!

O Melpomeno! kogo wzrokiem swoimPowitasz w chwili, gdy na świat przychodzi —Ten się istmickim na kułaki bojemNie wsławi — ani wyjdzie z krwi powodziWielkim hetmanem, co dziarskimi końmiW achejskim wozie na Kapitol jedzieZ uwieńczonemi w liść delijski skrońmi,I, co pobite króle w pętach wiedzie.

Za to strumyki tyburyjskich błoni,Gajów cienistych woniejące wrzosy —Gdy je eolską pieśnią w świat rozdzwoni,Wybiją sławę jego pod niebiosy.Odkąd mię w koło najpierwszych pieśniarzyWpisała Roma, wszystkich stolic księżna —Odtąd mej sławy wieszczej nie znieważyZawiść zjadliwa i krzywoprzysiężna.

O ty! przez którą lutnia moja gędzie,Co niemym rybom, byleś tylko chciała,

Z paszczyby śpiewy płynęły łabędzie,Pierio! tyś mi, tyś mi wszystko dała;Że gdy przechodzę — wskazują palcami:Patrzcie, mistrz idzie, nasz rzymski lutnista!Jeślim natchniony, jeśli oklask da miKażdy, w tem twoja pomoc oczywista.

Mym przyjaciołom radbym CensorynieRozdawać bronzy, ofiarne naczynie;Lub mężnych Greków nagrodę: trójnogi. —I twój dział pewnie byłby nie ubogi,Gdybym w mym zbiorze te twory posiadałKtórym Parhazius, lub Skopas wdzięk nadał,Ów kolorami, ten dłutem mistrzowskoTworząc człowieka, albo postać boską.Nie stać mię na to; takich kosztownościDom twój nie pragnie, umysł nie zazdrości.

Lecz pieśni lubisz — jam ci je dać gotów,I opowiedzieć wartość ich przymiotów;Wszak przez pisane publiczne pomnikiZ grobów nie wstają wielkie wojowniki;Bo ni ucieczka, ni AnnibaloweGroźby, na jego odwrócone głowę;Ani pogorzel bezbożnej Kartagi,Nie dały sławie Scypiona tej wagi,Ni go podniosło wyżej owe mianoAfrykańskiego, jakie mu nadano,Nad to, co o nim wieszcz kalabrski śpiewa.O kim pieśń milczy — niech się nie spodziewaCnót swych nagrodę zyskać. Nie wiem czyliI Romul z Marsa urodzon i z IliiRaz zapomniany, mógłby w wieki płynąć?I Eakowi nie dały też zginąćW Styxie, na wyspy wiodąc go fortunneWieszczów cudowne słowa i piorunne.Pieśń cnych wyrywa ze śmierci objęcia;Ona im daje takie wniebowzięcia,Że Herkul z Bogi zasiada do stołu;A z wzburzonego aż do dna żywiołuKastor z Poluxem ratują żeglarzy,Śląc im promyki opiekuńczych twarzy.

Również i Liber w wianku z winnych liściKto się doń uda, modły jego ziści.

O nie myśl, żeby pieśń ta przebrzmieć miałaCom ją — nad szumnym Aufidem zrodzony —Składał, a lutnia moja wygrałaNowemi rytmy i tony.

Jeśli meoński Homer w pierwszym rzędzie,To Pindar, Cejczyk, nie są zapomnieni;I groźny Alcej z nimi żyć będzieObok Stezychora pieni.

Anakreonta krotofilne śpiewyWieki szanują; i dziś wieje duszaZ płomiennych strofek eolskiej dziewy,Budzi tęsknotę i wzrusza.

Nietylko jedna Helena z LakoniiDała się gacha usidlać kędzioremI złotolitą szatką, gdy do niejZajechał królewskim dworem.

Nie pierwszą z łuku cydońskiego strzałęTeucer wypuścił; — nie sam Stenel pierwszyLub Idomenej wyłączną chwałęZdobył i godzien wierszy.

Ilion nietylko raz był oblężony,I wprzód, gdy mury wróg ściskał taborem,Pierśmi zasłaniał dzieci i żonyNie sam Deifob z Hektorem.

I wprzód Heroje bywali niezwykli,Ale zstąpiwszy do ciemnej otchłaniSwoich poetów nie mając, znikliNieznani, nieopłakani.

Nierozsławione pieśnią bohatyryJak lada gnuśnik zapomnieni w grobie.Dlatego Leliu! w dźwiękach mej liryNie mogę milczeć o tobie.

Ni ścierpieć, żeby zacnych czynów tyleZawiść zatarła. Tyś obdarzon takimDuchem, że w szczęsną, lub czarną chwilęZawsześ niezłomnym, jednakim.

Tyś fałszów mściciel; niewięcej jak śmieciePonętne złoto ma dla cię ponęty;Niejednoroczny konsul ty przecie,Lecz taki, co raz wprzęgnięty

W twardą powinność, nad zyski ją ceni;Dary przekupne odtrąca wzgardliwie;Chociaż nań biją wrogi spiknieni,On ich zwycięża szczęśliwie.

Nie ten, co trzosy nabił, zwie się u mnieSzczęsnym — lecz taki niechaj się nim zowie,Co w każdym stanie zdoła rozumnieUżyć, co dali Bogowie;

Wesoło w nędzy spożywać chleb suchy,A gorzej śmierci brzydzić się niecnotą —A za ojczyznę i miłe druchyŻywot poświęcić z ochotą.

Mam ja beczułkę wina z AlbanoCo od dziewięciu lat stoi;Mam ja o Filis! moc nieprzebranąW ogródku kwiatów, powoi.

Same się złożą dla cię na wianek —Mam srebrne misy, puhary;Ołtarz majony jest i baranekGotów do krwawej ofiary.

Po całym domu chłopców i dziewekTam i sam pełno się zwija —W kuchni kłąb dymu z płonących drewekDo góry słupem się wzbija.

Czy wiesz na jakieś gody proszona?Oto na idy kwietniowe;Dzień, w którym morska Wenus jest czczonaPrzypada w kwietnia połowę.

Huczniej niż własne me urodzinyObchodzę dzień onych świątek;Bo odeń liczy druch mój jedynyMecenas, lat swych początek.

Ty do Telefa wzdychasz, — nie radzę —Wysoki to próg dla ciebie:Bogata piękność ma nad nim władzę,I z nią mu dobrze jak w niebie.

Z bujnych nadziei bądź wyleczonaPrzykładem dwóch śmiałków onych:Bellerofonta i Faetona,Na ziemię z niebios strąconych.

Równego sobie poszukaj lepiej;Niechaj cię próżność nie łechce.Czekam cię — stary się nie odczepi,Po tobie żadnej już nie chcę.

Przybywaj z nowych piosnek zapasem;Głosik weź z sobą łabędzi;A czarne troski, co żrą mię czasem,Twoje śpiewanie rozpędzi.

Bóg mię wysłuchał — wysłuchał o Lice!Zestarzałaś się — a udajesz młódkę;Bezwstydnie pełne wytrząsasz szklanice,I stroisz minki słodziutkie.

Ochrzypłym głosem nie złowisz Amora,On na zaklęcia twoje niewzruszony,Woli ssać wonie ustek i kędzioraChii, śpiewaczki uczonej.

Srogi, w lot mija strupieszałe dęby,Więc i twarzyczkę twoją, zmarszczków pełną,I te pożółkłe, chwiejące się zęby,I łeb ze siwą już wełną.

Pięknej przeszłości nie wróci dla ciebieNi blask klejnotów, ni szkarłat koiski;Czas nie powraca tego, co zagrzebieW swe kronikarskie zapiski.

Kędyż uroda, kędy tchnący czaremPuszek młodości? Cóżeś w spadku wzięłaPo tej, co wrzała niegdyś serca żarem,Co i mnie nawet zajęła?

Tuż po Cynarze ty miałaś pierwszeństwo,Mając i kształty i liczko milutkie —Lecz niezbłagane losu okrucieństwoDało Cynarze dni krótkie.

Ty za to długo pożyjesz, jak wrona,By wszyscy twoi dawni wielbicieleMogli z szyderstwem wzruszając ramionaWidzieć pochodnię w popiele.

Feb trącił mię swą lutnią, gdym się zrywałŚpiewać już bitwy i zdobyte grody,Abym żagielkiem mym nie wylatywałNa mórz tyrreńskich przygody.

Cezarze! wiek twój wrócił urodzajeI znowu zboża plenią się na polu;Part z świątyń swoich trofea oddaje,I orły znów w Kapitolu.

Spokojem tchnący wiek twój zaryglowałChram Janusowy; swawolę ukrócił;Występkom, zbrodniom, on nie pofolgował,Cześć dla cnót dawnych powrócił.

Niemi Italia stała tak wysoko,Imię latyńskie poszło w świat, bez końca,Ażeśmy ziemię posiedli szerokąOd wschodu po zachód słońca.

Cezar gdy czuwa, ładu nie zakłóciŻaden gwałt, znikną domowe poswarki,A zemsta miasto na miasto nie rzuciZ mieczem dobytym na karki.

Już ten, co wodę dunajową pije,Już Get i Sera, Pers krnąbrnego ducha,I nad dalekim Donem lud co żyje;Julskich ukazów rad słucha.

My zaś, czy w święto, czy też w dniu roboczymBogów uczciwszy danią i pokłonem,Przy winorodnym Bachu i ochoczymZ żon naszych i dzieci gronem,

Ojców zwyczajem uczcim wodzów wielkichZ wtórem libijskiej fletni pieśnią gładkąO Ilionie, Anchizie i wszelkichKtórym Wenera jest matką.

Na Liburynkach lekkich chęć cię bierzePrzeciw okrętom, wyniosłym jak wieże,Robić z Cezarem wojenną wyprawęI z nim podzielać sławę lub niesławę.Mnie zaś, któremu słodkie tylko z tobąŻycie; bez ciebie staje się żałobą —Na miłe wczasy wola twa wskazuje,Gdyż li przy tobie przyjemność ich czuję!Jażbym to nie zniósł trudów jak przystoiNa męża, co się niczego nie boi?Zniosę i mężnie: przez alpejskie szczytyNawet przez Kaukaz przejdę nieużyty,

I do dalekiej zachodniej zatokiPójdę za tobą wciąż równemi kroki.Pytasz: pożytek, pomoc będzie jakaOd tak wątłego jak ja nieboraka?Lecz w twem pobliżu zmniejszy się i trwogaDla rozłączonych zawsze taka sroga.Podobnie ptaszka póki jest z pisklętyMniej się już lęka o węże — natręty,Niż gdy od gniazdka daleko odleci —Choć wie, że słaba nie obroni dzieci.Chętniebym z tobą szedł w ten bój, jak w inny;Za dobrodziejstwa tylem ci powinny.Nie, żeby więcej par przybyło wołkówDo moich pługów i więcej pachołków;Nie, żeby trzody, nim przyjdą upałyZamiast w Kalabrach, w Lukach się pasały;Nie, żebym willą o jasnych marmurach,Błyszczał w cyrcejskich Tuskulanu murach —Dość, i zawiele mam już z twej szczodroty;Cóżby mi więcej dał, nawet skarb złoty?Chyba, jak Chremes w ziemiębym go wkopał,Lub jak utracyusz, przejadł i przeżłopał.

Jeśli kto kiedy z Boga wyzutyNa ojca gardło wzniósł rękę,Niechaj żre czosnek gorszy cykuty;Chłop go żre, nic mu. Ja mękę

Od tej trucizny cierpię w żołądku,Jakby krew żmii do jadłaWlał kto; lub potraw swego przyrządkuKanidia w misę nakładła.

Jazon, gdy pierwsze jarzmo na bykiKładł i popędzał ostykiem —Medea wodza ArgonautykiOsmarowała czosnykiem.

Od niej to druga żona JazonaDostała zatrute szatyCzosnkiem — i gdy już dobrze pomszczonaSmok ją precz uniósł skrzydlaty.

Jak ten dar, nigdy niebo nie grzałoSrożej bezwodnej Apuli,Ni Herkulowe piekło się ciałoOd darowanej koszuli.

Meceno! jeślić zbierze pokusaSkosztować czosnku, co piecze,To niech ci dziewczę wzbroni całusa,Na sam brzeg łóżka uciecze.

Jak wilka z rodu nienawidzi owcaTak i ja ciebie, co nosisz na cieleOd iberskiego pamiątki bykowca,I od łańcuchów obdarte piszczele.

Próżno łeb zdzierasz bogactwem nadęty;Krwi podłej złoto szlachectwa nie daje;

Bo gdy zamiatasz kurz po drodze ŚwiętejSześciołokciową togą — lud cię łaje.

Przechodzień z wstrętem na ciebie spoziera,Mówiąc: patrzajcie! z czego on dmie z czego?Czy, gdy z rozkazu bity tryumwira,Przy egzekucyi aż zmęczył woźnego?

Dziś ma w Falernie tysiąc morgów ziemi;Po Appi cugi dziarskiemi ugania...Eques, w najpierwszych ławach z najpierwszemiSiada, choć prawo otońskie zabrania.

Poco wyprawiać miedziokute flotyNa zbójców morskich i na niewolników —Gdy właśnie jeden z między tej hołotyZrobion trybunem i dowódcą szyków?!

»Przewielkie Bogi w górnym majestacie,»Co niebem, ludźmi i ziemią władacie!

»Cóż ten wrzask znaczy? i czemu jak żmija»Wzrok wasz mię rani i na wskroś przebija?

»Na dzieci twoje — jeśli ci Lucyna»Dopomagała przy powiciu syna;

»Na nikły szkarłat tej mojej sukienki,»Błagam o litość; Bóg pomści te męki.

»Pod macoszynym wzrokiem twym się wiercę —»Patrzysz jak dziki zwierz ugodzon w serce!«

Gdy tak chłopczyna mówił, drżący listek,I stał do nitki z szat obnażon wszystek;

Drobniuchne ciałko tego nieborakaMogłoby zmiękczyć nawet duszę Traka.

Kanidya w kołtun nie czesan, nie myty,Wplótłszy rój cały wężów jadowity,

Bierze cyprysy rwane na mogile,Cmentarne, suche figowe badyle,

Jaja maczane w posoce ropuchy,Wydarte z skrzydeł puszczykowych puchy;

Zioła, co Jolkos rodzi i Hibera;Każde z nich srogą truciznę zawiera;

Kości dobyte z pyska głodnej suki —I pali w ogniu czarnoksięskiej sztuki.

✽ ✽

Sagana raźnie krząta się w świetlicy,I kropi w odą z Awernu krynicy

Każdy kąt. Włos jej tak sterczy do góryJak kolce jeża, lub szczeć u samury.

Toż Weja, którą sumienie nie trapi,Zgięta nad ciężką robotą, aż sapi

Tak żwawo rydlem twardą ziemię kopie,Na grób dla ciebie, o biedne ty chłopię!

Postawią trzykroć w dzień przed tobą jadło,Patrzeć w nie każą głodną i wybladłą

Twarzą; tyś w jamę wkopany po brodę —Płynący, głowę tak wznosi nad wodę —

A gdy zmęczone zgasną ci powieki,Boś wzrok wypatrzył w ten pokarm daleki,

Wtedy wątroba twoja, szpik wyschnięty,Pójdzie na filtry miłosnej ponęty.

Neapol wierzył próżniaczy i całaZ nim okolica, że udział w tem miała

Armińska Folia, sławna lubieżnica,Co z nieba gwiazdę albo cień księżyca

Zdejmuje czarem tessalskich zaklęci. —A cóż Kanidya? Wściekła, w zębach kręci

Żółtych, paznokieć długi; a co gada,Lub co zamilczy, któż tam z niej wybada?

Nocy i Dyano! wy wierni świadkowie!Żadne z was tego co się tutaj dowie

Nie zdradzi; milczeć kazaliście wszędyGdzie odprawiają tajemne obrzędy.

Teraz pomóżcie! Na dom mego wrogaNiech się obróci wasz gniew, padnie trwoga.

W ponurej kniei, gdy się zwierz w komyszeSchowa i słodkim snem się ukołysze,

Cudzołożnika starca, niechże ścigaŚmiech, i suburskich psów zgraja obléga;

Taką mu nardą namaściłam ciało,Że mi się lepszej zrobić nieudało.

Cóż to? Czy słabsza trutek moich władzaNiż barbarzyńskiej Medei — że zdradza?

Przecież tym jadem pomściła się onaNa swej rywalce, na córze Kreona,

Co w dar zatruty, płaszcz, gdy się oblekła:Buchły płomienie i w nich się upiekła!

Nieprzepomniałam wszakże tu żadnegoZiółka, korzonka, w szparach skał skrytego.

On śpi, jam łoże tak spraktykowała,By mu już żadna w myśli nie postała...

Oho! snać wiedźma bieglejsza ode mnieCzar z niego zdjęła, że wyszedł tajemnie.

Lecz ja ci, Warze, filtrem tak dosadzę,Że głowa twoja wróci pod mą władzę,

I dość wyleje łez, że i zaklęciaMarsylskie, już jej nie wrócą pojęcia.

Gardzisz mną — dobrze! moc jadu podwojęI potężnemi filtry cię napoję...

Chyba firmament wprzód w morze się stoczy,A swym ciężarem ziemia go przytłoczy;

Niżbyś miał ku mnie nie goreć mój staryJak smoła, gdy ją wyleją na żary.

✽ ✽

Pachole ono nie chce już w swej nędzyJak wprzódy, serca poruszać tej jędzy.

I nieświadome, co do ust mu ślinaNiesie, jak Thyest, katów swych przeklina:

»Rzeczy nieprawe, lub prawe, przez czaryDokonać można; lecz odwrócić kary

Za zbrodnię, nigdy. Więc bądźcie przeklęte!Klątw tych, ofiary nie odwrócą święte.

Jeśli mi przyjdzie tu wyzionąć życie,To mnie jak widmo w nocy obaczycie;

Jak widmo, twarz wam poszarpię szponami,O ile tylko siły duch mój da mi.

Do piersi trwożnych gadem się przyczepię,I nigdy powiek waszych snem nie zlepię.

Kamieńmi tłum was ścigać przez uliceBędzie, gdy ujrzy stare czarownice;

Niepogrzebione cielsko wasze w sztukiRozerwą wilki, eskwilińskie kruki;

A ojciec, matka, jeśli mię przeżyje,Ujrzy, jak duch mój poskręca wam szyje!«

Czego psie ciche zaczepiasz przechodnie,Przed wilczym zębem tchórząc tak niegodnie?Zwróć raczej na mnie, jeśliś tak ochoczy,Junackie groźby, a stanę ci w oczy.Jam ni to Molos, lub Lakończyk płowy,Wierny stróż trzody wychodzę na łowy,Strzygąc uszami, w bród przez zaspy śniegu,I biorę zwierza najtęższego w biegu.Ty zaś w przód wąchasz cobądź leży w drodze,I aż grzmi knieja, tak ujadasz srodze.Strzeż się, strzeż! mówię, na takie hultajeMam parę rogów, odpustu nie daję.Wzdy miałeś przykład na Likamba szwagrze,Na Bupalowym przeciwniku także;Jeśli mię czarnym zębem drą partacze,Wet za wet utnę, jak dziecko nie płaczę.

Noc była. Księżyc szedł błękitnym szlakiemOtoczony gwiazd orszakiem,Kiedym w twych ramion opleciony kołoSilniej, niźli dąb jemiołąSłyszał, jak Bogom urągać gotowaPrzysięgłaś na moje słowa:»Póki wróg flisów, Oryon, wzdyma morze,Wilk szkody robi w oborze,Wiatr rozczesuje Febowe pierścienie, —Póty się, póty nie zmienię«.O płacz Neero! męską siłę czerpię:Jakem Horacy, nie ścierpię,Byś z innym noce przepędzała płocha;Poszukam takiej co kocha.Nie myśl, że piękność twoja mię poruszy —Kto raz obraził — precz z duszy!A ty, ktokolwiek jesteś mój szczęśliwcze,Co drwisz, żeś porwał mi dziéwcze,Choćbyś dostatkiem trzód i łanów słynął,

A Paktol złotem ci płynął;Choćbyś mądrością Pitagorze sprostał,Piękniejszym niż Nirej został —Zapłaczesz, gdy się innego uczepi;Ja się uśmieję tem lepiej.