Ballada zimowa
Translated by Konrad Zaleski
Drogą, w pustej okolicy,Szedł czarownik wśród śnieżycy;Dotarł aż do... szubienicy.W górze belka wszerz widnieje —Na niej wiszą dwaj złodzieje.Rzekł, podchodząc ku nim blizko:— „Piękne macie tu siedlisko!„Szkoda mi was, bom nie głazem,„Przenocujem wszyscy razem“.Zaklął, skreślił koło w koleI... wisielcy już na dole.
To mi druhy, to mi braty!Pierwszy czarny i kudłaty.Gdzie ramiona, tam kolana;Broda nigdy nie czesana.Drugi, z głową rozczochraną.Dźwiga nogę snać drewnianą.
Trzeci... (Boże, pełen chwały!)Nagi! — jakby z lodu oczy,Lica pokrył szron przezroczy.Sople zdobią tułów cały.
Siedli. Mistrza pozdrawiają.Głowy sobie poprawiają.
— „Otrzymawszy z rąk mych życie,„Czyńcie dalej swe łotrostwa;„Za to dziś mi usłużycie:„W progach tego, ot, domostwa„Razem nockę przepędzimy,„Winem troski ukoimy.„Hej! przynieście, czego trzeba:„Jeden pierzyn, drugi chleba,„Trzeci wina! Jedna kropla„Starczy. Hejże, chłopcy! Hopla!“
Odlecieli szybkim lotem —Coś w powietrzu szumi, warczy.
Wkrótce pierwszy był z powrotemI do mistrza woła zdala:— „Niosę małą poduszeczkę!„Wdowie-m buchnął ją znienacka,„Co się z chorem dzieckiem cacka, —„Ale nie wiem, czy wystarczy?“
Mistrz złodziejski spryt wychwala:— „To wezgłowie, prawi, może„Dać nam wszystkim ciepłe łoże“.
Nad głowami coś kołacze:Słychać skargi, żale, płacze.
Wtem wisielec wraca drugi:— „Wino niosę ku uciesze!„Z rąk wyrwałem księdza sługi;„Miał go do mszy podać klesze.„Czy nie będzie czasem mało?“— „Na kompanię starczy całą!“Rzekł mistrz, czary rozpoczyna...Patrzysz, stoją konwie wina.
Szumi wicher, jęczy, huczy;Jak wilk wyje, co się włóczy.
Przybył trzeci i zawoła:— „Patrz, opłatek mam z kościoła!„Ograbiłem księdza cnego,„Gdy z nim dążył do chorego„Dać ostatnią mu wieczerzę.„Co pod ręką, to się bierze!“
Grom uderzył. Cóż się dzieje!Ziemia drgnęła, słup się chwieje,Wszystko chwyta wir szalonyI rozwiewa w różne strony;
Со gdzie stoi, со gdzie leży,Z krańca w kraniec lata, bieży,A ci czterej w dymu chmurze.Pędzą zwarci gdzieś ku górze.
W mig... i westchnąć nikt nie zdoła:Cisza, spokój dookoła.
Rankiem, po tej nocy, ponoNa gościńcu spostrzeżonoW górze, między dwoma słupy,Cztery drabów onych trupy.