Pieśń VII
Translated by Władysław Bartkiewicz
Raj utracony (1902)
Zstąp do mnie z Nieba, Uranio, jeśliTakie istotnie twe imię; za głosemTwym boskim idąc, wzniosłem się nad szczytyOlimpu, wyżej niż skrzydła PegazaUnoszą. Wzywam istoty, nie nazwy.Boś nie z dziewięciu Muz, nie zamieszkujeszOlimpu: w Niebie urodzona, wprzódyNim się zjawiły góry, nim spłynęłyŹródła, tyś Wiecznej Mądrości słuchała.Mądrość twą siostrą, z nią razem śpiewałaśPieśni przed Ojcem Przedwiecznym, któregoUpodobanie zyskały. Przez ciebie,Gość ziemski do sfer niebieskich wzniesiony,Empiryjskiemi powiewami śmiałemOddychać; tyś je dla mnie łagodziła.Sprowadź mnie teraz z równem bezpieczeństwaDo przyrodzonych mi ziemskich żywiołów,Abym, jak niegdyś Bellerofon śmiały,(Chociaż on z niższych sfer Nieba) nie zleciał
Ze skrzydlatego dzikiego rumakaNa Alejańskie pola, by się błąkaćTam opuszczony. Tylko mi połowaNiedośpiewana została, lecz w węższychGranicach dziennej i widomej sfery;Stojąc na ziemi, nie ponad biegunyUniesion, pewniej głosem śmiertelnikaBędę opiewał, nie niemiejąc, aniNie chrzypnąc, choć mi tu śpiewać przychodziW złych czasach i wśród języków złośliwych.Gdym ociemniały, zewsząd otoczonyNiebezpieczeństwem, samotnością, jednakNie sam, bo ty mnie w nocnych snach nawiedzasz,Lub gdy poranek barwi wschód purpurą.Kieruj mym śpiewem nadal, Uranio!I daj słuchaczów godnych, choć niewielu;Ale odemnie oddal barbarzyńskąWrzawę Bachusa i jego czcicieli,Potomstwo owej zgrai, co rozdarłaPiewcę trackiego w Rodopie:tam lasyI skały, zdjęte zachwytem, słuchały,Dopóki hałas dziki nie zagłuszyłHarfy i śpiewu; nawet nie zdołałaMuza obronić swego syna. Ty więcNie opuść tego, co cię czci i wzywa,Boś ty niebiańska, a tamta czczą marą.Opowiedz, boska, dalszy przebieg rzeczy,Kiedy Rafael, uprzejmy Archanioł,Ostrzegł Adama, by go straszny przykładNauczył, jak się chronić przeniewierstwa,
Aby, co w Niebie odstępców spotkało,Nie spadło w Raju na Adama, alboNa jego plemię, gdyby przekroczyliJedyny nakaz: nietykanie drzewaWyłączonego. A to posłuszeństwoTak łatwe pośród tylu rozmaitychOwoców smacznych, które mogą nawetNajwybredniejsze gusta zadowolić!Adam i jego towarzyszka EwaZ wielką uwagą, podziwem, zadumąOpowiadania słuchali o rzeczachTak osobliwych a tak wzniosłych, któreIch wyobraźni siłę przechodziło:Nienawiść w Niebie i wojna toczonaTak blisko miru Bożego i wiecznejBłogości! Lecz złe niebawem wyparte,Jak potop spadło na tych, z których wyszło,Nie mogąc mieszać się ze szczęściem wiecznem.Wkrótce więc stłumił Adam niepokoje,Jakie mu wzrosły w duszy, i bezgrzesznyZapragnął poznać to, co bliżej mogłoJego dotyczyć: jaki tego świata,Nieba i ziemi początek? dla czego,Kiedy i z czego stworzony? co byłoW Edenie, co za granicami jegoWprzód nim zasięga swą pamięcią Adam?Jak ten, co ledwo ugasił pragnienie,Już na bieżący strumień zwraca oczy,Szmer jego nowe w nim pragnienia budzi —.Tak Adam znowu gościa zaczął pytać:
»Wielkie i w naszych uszach pełne cudówOpowiedziałeś sprawy, bardzo różneOd spraw naszego świata, z Nieba danyNauczycielu, byś nas ostrzegł wcześniePrzed tem, co mogło stać się zgubą nasząPrzez niewiadomość, bo umysł człowiekaNigdyby tego osiągnąć nie zdołał.Bezgranicznemu Dobru wielkie dziękiWinniśmy za to; Jego ostrzeżenieWdzięcznie przyjmujem z uroczystym ślubemNiezmiennie pełnić Jego świętą wolę,Jako cel życia. Lecz gdy już raczyłeśNam ku nauce łaskawie udzielićTych wiadomości o rzeczach nadziemskich,Które choć w części wiedzieć powinniśmy,Gdy się tak Boskiej Mądrości wydało,Zechciej na teraz zstąpić nieco niżej,I opowiedzieć rzeczy, których wiedza,Być może, równą korzyść nam przyniesie.Jaki początek Nieba wysokiego,Ozdobionego temi ruchomemiNiezliczonemi ogniami, i tegoPowietrza, które, lekkie, wszędzie wnika,Kwitnącą ziemię zewsząd obejmuje?Co Stworzyciela w jego świętym bycie,W spokoju poprzez wieczność nieskończoną,Skłoniło do tak późnego stwarzaniaW Chaosie? A gdy zaczął budowanie,W jakim dokonał go czasie? JeżeliWolno to wiedzieć, racz nam wytłómaczyć.
Pytamy nie dla śledzenia tajemnicJego wiecznego państwa, ale raczejDla tem większego wielbienia dzieł boskich,Gdy je dokładniej poznamy. A wielkieŚwiatło na niebie ma jeszcze przed sobąZnaczny tor, chociaż już się na dół chyli;Wstrzymaj je swoim dzielnym głosem, możeUsłyszy, zwolni bieg swój, by z ust twoichDowiedzieć się o swojem pochodzeniu,I o Natury całej narodzinachZ niewidzialnego Chaosu. Lub jeśliGwiazda wieczorna i księżyc pośpieszą,Noc przyprowadzi Ciszę, by cię słyszeć,Sen się czuwaniem stanie, lub wygnanyBędzie, dopóki nie ukończysz pieśni,Lub póki cię świt ranny nie odwoła.«Tak Adam błagał dostojnego gościa,A Anioł boski odrzekł mu łagodnie:«I tej twej prośbie, tak skromnie stawionej,Zadość uczynię; choć, by opowiedziećDzieła Wszechmocnej ręki, czy wystarczyMowa Serafa, czy ją umysł ludzkiOgarnąć zdoła? Ale ci udzielęTakich objaśnień, jakie pojąć zdołasz,A ja słowami określić potrafięNa chwałę Stwórcy i na powiększenieSzczęścia twojego; takie polecenieDano mi z góry, bym w pewnych granicachCzynił zadosyć twojemu pragnieniuWiedzy; poza tem, co powiem, nie pytaj
I nie przypuszczaj, ażebyś własnemiMógł pomysłami odkryć tajemnice,Które Pan świata Wszechwiedny, Wszechmocny,Osłonił nocą, jakiej nikt na ziemi,Ni w Niebie, nigdy przeniknąć nie zdoła.Ale i tak wam dość się pozostajeDo poznawania. Wiedza jest jak pokarm:Z umiarkowaniem jeść trzeba, a wiedzyZasięgać tyle, ile umysł zniesie:Przeładowanie natychmiast zamieniaMądrość na głupstwo, jak pokarm w zgniliznę.«Wiedz zatem, że gdy spadł z Nieba Lucyfer(Tak zwany niegdyś, że wśród wojsk AniołówJaśniejszem światłem błyszczał, niźli gwiazda,Co nosi jego imię wśród gwiazd grona),Z płomieniącemi legiami swemiRunął przez otchłań do Piekła, a wielkiSyn Boży wrócił zwycięski, na czeleAniołów, Ojciec Wszechmocny PrzedwiecznyZe swego tronu, ujrzawszy ich tłumy,Takiemi słowy przemówił do Syna:««Nakoniec zwiódł się wróg zazdrością zdjęty;Sądząc, że wszyscy jak on buntownicy,Chciał z ich pomocą nas pozbawić tronu,Pochlebiał sobie, że siłą zdobędzieTę niedostępną, wysoką warownię,Stolicę Bóstwa Najwyższego: wieluOszukał; dla nich już tu miejsca niema,Ale daleko większa część, jak widzę,Została wierną. Niebo, jeszcze ludne,
Może zapełnić swe obszerne państwa,A tej świątyni wysokiej należnąZapewnić służbę i święte obrzędy.By nieprzyjaciel jednak się nie cieszyłUjmą spełnioną, i głupio nie mniemałŻe mi zaszkodził i wyludnił Niebo,Mogę nagrodzić stratę poniesioną,Jeśli jest stratą ten, co się sam stracił,W tej chwili stworzę świat inny, z jednegoCzłowieka całe plemię niezliczone,Tam będą mieszkać, nie tu, aż stopniamiZasługi sami sobie do sfer NiebaOtworzą drogę, długiem posłuszeństwemWypróbowani; i stanie się ZiemiaNiebem, a Niebo Ziemią, naszem państwemJednem, radością i zgodą bez końca.Teraz, Potęgi niebiańskie, użyjcieSwobody, wczasu, a Ty, moje Słowo,Jednorodzony Synu, przez któregoWszystko to sprawię, rzeknij, wraz się stanie!Z tobą posyłam moc swoję i Ducha,Co wszystko garnie pod cień swej opieki.Idź! rozkaż głębi; niech będą graniceUstanowione dla nieba i ziemi;Głębia bez granic, bo ja jestem, którySam nieskończoność zapełniam; a przestrzeńNie pusta, chociaż nieograniczony,Jam się usunął bez aktu dobroci,Która dowoli stwarza, lub nie stwarza.
Traf i konieczność nie mają przystępuDo mnie: co ja chcę, to jest przeznaczeniem.»»«Tak rzekł Wszechmocny, i wraz Jego Słowo,Synowska Boskość czynem zamieniła.Bo czyny boskie są natychmiastowe,Prędsze niżeli czas, ruch, lecz dla człekaPotrzebna czynność mówienia z tą miarą,By je pojęcie ziemskie mogło schwytać.«Wielki był tryumf i wesele w Niebie,Gdy usłyszano taki dekret boski,Śpiewano głośno chwałę Najwyższemu,A ludziom przyszłym pokój, dobrą wolę.««Chwała niech będzie Temu, co karzącąPrawicą słusznie wypędził bezbożnychZ przed swoich oczu i z mieszkania świętych.Chwała niech będzie i cześć Temu, któryW mądrości swojej zarządził, by dobroZe zła wzrastało, a gdy na wygnanieSkazał szkodliwe duchy, lepszym rodemZapełni pustą przestrzeń, aby stamtądRozpostrzeć dobroć swoję na bezmiaryŚwiatów bez końca i wieków bez końca!»»«Tak chór Aniołów. Tymczasem Syn BoskiDo swego dzieła wielkiego przystąpił,W wszechmoc odziany, w promiennej koronieNieskończonego majestatu Boga,Świecąc mądrością, miłością niezmierną,I pełnym Ojca swojego obrazem.Dokoła jego rydwanu stanęłyTłumy Cherubów, Serafów, Niebieskich
Potęg i Książąt, Cnót, Duchów skrzydlatych,Wozów skrzydlatych ze zbrojowni Boga.Tam ich od wieków stoją miryadyMiędzy górami dwiema śpiżowemi,Pojazdy zdobne, w zaprzęgu, gotoweNa uroczysty dzień w Niebie, a terazPrzybyły same z siebie, w nich był żywyDuch na usługi Panu swemu. NieboSzeroko bramę wieczną otworzyło,Złote zawiasy harmonijnym dźwiękiemRozbrzmiały w koło, czyniąc wolne przejścieKrólowi Chwały, co szedł w swem potężnemSłowie i Duchu nowe stwarzać światy.Stali na krańcu Nieba, i widzieliNiezmierną, pustą i głęboką przepaść.Wrzącą jak morze, ciemną, czczą i dziką;Szalone wichry wznosiły bałwanyWielkie jak góry, szturmujące Niebo,Jak gdyby biegun z środkiem zmieszać chciały.««Wy, zapienione fale! ucichnijcie,I ty, Otchłani, zamilcz!»» rzekło SłowoWszechtwórcze, ««koniec tej rozterce!»»I uniesiony na Cherubów skrzydłachW blasku Ojcowskim zstąpił do Chaosu.Do świata, który postanowił stworzyć.Chaos usłuchał rozkazu: za Słowem’Postępowali Anieli w świetlanymPochodzie, pragnąc oglądać tworzenieI cuda jego potęgi. StanęłyWartkie rydwanu koła; On wziął w rękę
Cyrkiel złocisty, w skarbcu bożym wiecznymPrzygotowany do mierzenia świataI wszystkich rzeczy stworzonych na świecie,Postawił jedne nogę cyrkla w środku,Drugą obrócił wkoło czarnej głębiOgromnej, i rzekł: ««Dotąd, nowy świecie,Rozciągaj szranki, to są twe granice.Twój obwód!«« Tak Bóg tworzył Niebo,Tak ziemię, puste, niekształtne tworzywo.Gęste ciemności okrywały przepaść,Lecz nad wodami rozpostarł Duch BożyZapładniające skrzydła, tchnął ożywcząSiłę i ciepło życia w płynną massę,Osadził na dno piekielne zaczyny,Czarne i zimne, nieprzyjazne życiu;Tworzył i łączył jednorodne ciała,Inne rozdzielił w rozmaite miejsca,A między niemi rozciągnął powietrze,I ziemię na jej środku w równowadzeStałej zawiesił. ««Niech się stanie światło!««Rzekł Bóg, i zaraz światło eteryczne,Najpierwsze z rzeczy, ich treść jasna, czysta,Wynikło z głębi, z rodzinnego wschodu,Przez mgłę powietrzną przenikać zaczęłoZ promieniącego obłoku, bo słońcaNie było jeszcze; przebywało wtedyW namiocie chmury. I ujrzał Bóg światłość,Że była dobra. I światłość przedzieliłWedług półkuli od ciemności: światłoDniem nazwał, ciemność Nocą. Stał się wieczór
Stał się zaranek, dzień jeden. Nie minąłBez uroczystych obchodów i śpiewówChórów anielskich, gdy od wschodu pierwszeŚwiatło ujrzeli, mrok rozpraszające:Nieba i Ziemi urodziny. OkrzykRadości wzniósł się w próżnym kręgu świata,Rozbrzmiały harfy złote, z niemi hymny,Wielbiące Boga w jego dziełach. StwórcyChwałę śpiewali w ten wieczór i ranek.«I rzekł Bóg: ««Niech się stanie utwierdzenieMiędzy wodami, i niechaj przedzieliWody od wód!«« I Bóg uczynił przedział,Przestwór płynnego, czystego eteruRozpostartego w koło aż do sklepieńKręgu wszechświata — przedział stały, pewny,Wód w głębi od tych, co są w górnych sferach;Bo jako ziemię zbudował, tak całyŚwiat: wodą cichą, płynącą otoczył,Ogromnem morzem kryształowem, jasnem,Odpierającem burzliwe napaściChaosu, aby wciąż spotykanemiPrzeciwnościami rozżarty, nie zniszczyłCałej budowy: i to utwierdzenieBóg nazwał Niebem. Tak wieczór i ranek,Dzień wtóry witał śpiewem chór Aniołów.« Ziemia stworzona była, ale jeszczeW łonie wód, jako owoc niedojrzały,Ukryta; nad jej powierzchnią ogromnyOcean toczył fale; nie napróżno,Bo płodotworną, ciepłą wilgocią rozmiękczał
Krąg ziemi, wielką matkę nasycającZapładniającym rozczynem. I rzekł Bóg:««Niechaj się zbiorą teraz wody wszystkie,Które pod niebem są, na jedno miejsce,A niech się sucha ukaże!«« NatychmiastWyrosły z ziemi góry, jak olbrzymy,Karki szerokie i nagie wznosząceW chmury, szczytami sięgające nieba.A jak wysoko wzdęły się gór grzbiety,Tak nisko dno wód szerokie, głębokie,Opadło, tworząc łożysko dla morza.Tam wody biegły z wesołym pośpiechem,Wijąc się w kule, nakształt kropli wodnych,Kiedy się toczą po spylonej ziemi;A inne rosły w kryształowe mury,Z pośpiechu, albo w filary, bo szparkimFalom pośpieszać zlecił rozkaz Boży.Jak na głos trąby wojska (bo o wojskachSłyszałeś) biegną pod znane sztandary.Tak wód gromady, bałwan za bałwanem,Szukały drogi, spadając szalenieZ opok, łagodnie spływając w równinach.Ni im się skała, ni góra oparła:Wody pod ziemią znajdowały drogę,Lub wężowato obchodząc dokoła,Lub w mokrym szlamie żłobiąc łatwo noweŁożyska, nim Bóg kazał oschnąć ziemiWszystkiej, prócz owej, która wybrzeżamiDotyka rzek, z nich czerpiąc wilgoć stałą.Nazwał Bóg suchą Ziemią, a zebranie
Wód nazwał Morzem. I widział, że byłoDobre. I rzekł Bóg: ««Niechaj zrodzi ZiemiaZiele zielone, dające nasienie,I drzewo owoc czyniące, a wedługRodzaju swego mające nasienieNa ziemi w sobie samem.»» Ledwie wyrzekł,Ziemia, aż dotąd pusta, nieozdobna,Puściła miękką trawę i zieleniąMiłą okryła swą powierzchnię; wkrótceWyrosły zioła z rozmaitym liściem,I wraz zakwitły, zdobiąc ziemi łonoW przeróżne barwy, i roniąc woń słodką.Ledwie przekwitły, już krzew winny dźwigaGron brzemię, wonny zatacza się melon,Źdźbła zboża stoją natłoczone w polu;Krzaki plątają kędzierzawe włosy,Wreszcie, jak w tańcu, drzewa okazałePowstały, szerząc dokoła gałęziePełne owoców, albo nasadzanePączkami kwiatów, jakby klejnotami.Wysokie drzewa uwieńczyły wzgórza,Krzewy pokryły zaciszne doliny,Obręby źródeł i długie rzek brzegi.Ziemia podobną się stała do Nieba,Mogły w niej mieszkać bogi, lub ją zwiedzać,Chętnie przebywać w poświęconych gajach.Choć Bóg nie spuścił dotąd jeszcze deszczuNa Ziemię, ani do uprawy człekaNie było, jednak mgła wilgotna staleZ gruntu wznosiła się i napawała
Ziemię i każdą na polu roślinę,Które Bóg stworzył wprzód nim były w ziemi,I każde ziele wprzód nim na łodydzeWyrosło. Widział Bóg, że było dobre.Wieczór i ranek wielbiły Dzień trzeci.I rzekł Wszechmocny: ««Niech się staną światłaNa rozpostarciu Nieba, niech przedzieląOd nocy dzienną porę, niechaj będąNa znak pór roku, zmiany dni i lata;Aby jaśniały, jako przykazałem,Na utwierdzeniu Nieba, oświecającZiemię!»» Stało się tak, i Bóg uczyniłDwa wielkie światła (wielkie swym pożytkiemDla ludzi), światło większe, by rządziłoDzień, a mniejsze noc, na przemiany; stworzyłGwiazdy, umieścił je na utwierdzeniuNieba, ażeby świeciły nad ziemią,Żeby rządziły dzień i noc, ciemnościOdgraniczały od światła. Widział Bog,Gdy rozpatrywał swoje wielkie dzieło,Że było dobre. Z ciał bowiem niebieskichPierwsze utworzył słońce, wielką kulę,Ciemną z początku, choć z eterycznegoPierwiastku, potem ukształtował księżycKulisty, gwiazdy rozlicznej wielkościI niemi obsiał niebo, jakby ziarnem pole.Światła część większą przeniósł ze skarbnicySwojej obłocznej, i umieścił w tarczySłonecznej, którą zrobił porowatą.Ta nasiąknęła owem płynnem światłem,
Massę promieni zebrawszy, stała sięWielkim pałacem światła. Jak do źródłaTu wszystkie inne gwiazdy wciąż przychodzą,I w złote swoje urny biorą światło;Tu złoci ranna planeta swe rogi;A ubarwianiem lub odbiciem wszystkieZwiększają szczupły zasób swej jasności,Co jeszcze mniejszym przez to wam się zdaje,Że nań patrzycie z dalekiej przestrzeni.Naprzód na wschodzie zjawił się krąg świetny,Władca dnia, zaraz horyzont dokołaUbrał w promienie jasne, i ochoczoRozpoczął drogę przez niebios sklepienie;O szarym świcie zatańczyły przed nimPlejady, roniąc wpływ słodki. Naprzeciw,Z zachodu, z mniejszym blaskiem wpłynął księżycZwierciadło słońca, pełną tarczą czerpałOd niego światło, w takiem położeniuNie potrzebując innego, i zawszeTak pozostając do nocy, z koleiŚwieci od wschodu, zwraca się na osiWielkiej niebieskiej, i wespół z tysiącemTysięcy innych mniejszych gwiazd, królujeNa półokręgu nieba. Gdy raz pierwszyIch jasne światła wzeszły na sklep niebaI po raz pierwszy zaszły, uroczyścieWieczór i ranek wieńczyły Dzień czwarty.Rzekł też Bóg: ««Niechaj płaz wywiodą wodyObficie płodny, żyjące stworzenie;Ptactwo nad ziemią niech rozwija skrzydła
Pod wolnem, jasnem nieba utwierdzeniem,I stworzył też Bóg wieloryba, wszystkieStworzenia, co się czołgają, pływają,Co woda rodzi według ich rodzajuI wszelkie ptactwo, w przeróżnych rodzajach.Widział, że było dobre. BłogosławiłMówiąc im: ««Rośćcie i rozmnażajcie się,Mórz, rzek i jezior wody napełniajcie,I ptactwo niechaj się mnoży na ziemi!»»Natychmiast morza, cieśniny, zatokiNieprzeliczonym zarybkiem się roją,Z płetwami, w łusce błyszczącej pływająW falach zielonych tak gromadnie czasem,Że tworzą ławy i tamy wśród morza.Czasem samotne, znów inne paramiPasą się trawą morską, mknąc przez lasyKorali. Inne w wesołej igraszceZabłysną w słońcu ubiorem złocistym,A jeszcze inne w perłowej pokrywieCzekają na karm mokrą, lub pod skałąW pancerzu z łuski na swój łup czyhają.Na brzegu morskim igrają delfinyZwinne i foki. Znów inne, budowyPotężnej, ciężko się toczą przy brzegu,Albo ocean wzburzają swym ruchem.Tam lewiatan, największe z żyjącychStworzeń, na falach leży rozciągnięty,Niby przylądek, a gdy płynie, zda sięRuchomym lądem, skrzelami pochłaniaI paszczą zionie całe morze wody.
Ciepłe jaskinie, mokradła, wybrzeżaLiczne stworzenia wylęgają z jajek,Które pęknięciem lekkiem uwalniająNieopierzone pisklęta; te wkrótcePorosłszy w pierze i zdobywszy skrzydła,Wzgardzają ziemią, i z śpiewem radośnymWzlatują śmiało w podobłoczne szlaki.Orzeł i bocian zakładają gniazdaNa skałach, albo na cedrów wierzchołkach;Ów rodzaj błąka się po okolicy,Inne, zmyślniejsze, formują się w kliny,Świadome pory roku, drogę górnąTorują sobie ponad morza, lądy;Miejsce zmęczonych zastępują inne,Mocniejsze w skrzydłach. Tak żóraw roztropnyCo rok w podróży, wiatrami niesiony.Tam gdzie ich klucze kierują lot chyży,Od ruchu licznych skrzydeł wiatr się zrywa.Drobniejsze ptaki skaczą po gałęziach,Radują lasy rozkosznem śpiewaniem,Migając barwnem skrzydłem aż do zmroku.Cichną natenczas: jeden tylko słowikUrocze pienia szerzy przez noc całą.Inne na rzekach i jeziorach srebrnychKąpią puszyste piersi; dumny łabądźZgiąwszy w łuk szyję, skrzydłami białemiWpół otulony jak płaszczem, z godnościąPłynie po falach wiosłowatą nogą.Czasem porzuca wody i w przestrzenieŚrednie powietrza mknie silnemi skrzydły.
Inne po ziemi chodzą: grzebieniastyKogut, którego pianie, jak głos trąbki,Przerywa nocną ciszę, ówdzie drugi,Z gwiaździstem okiem, ma ogon wzorzystyZ barwami tęczy. Tak wody rybami,Powietrze ptactwem, gdy się napełniły,Wieczór i ranek wielbiły Dzień piąty.«Szósty, ostatni nastał Dzień Stworzenia,Witany dźwiękiem harf rano i wieczór:Rzekł Bóg: ««Niech zrodzi ziemia duszę żywą,Bydło, zwierzęta nieme i pełzaczeWedług rodzaju swego.»» I natychmiastPosłuszna Ziemia płodorodne łonoOtwarła i świat cały napełniłaNiezliczonemi żywemi tworamiW kształcie i członkach już doskonałemi,Wzrostu pełnego. Wyszedł z niej zwierz dzikiJak z legowiska swego; jedne z boru,Inne z zarośli, krzaków, jaskiń, stepu,Jak ich obyczaj; parami szło dalejBydło na pola i łąki zielone,Lub pojedynkiem, lub pasło się w stadach.Obfitowały w strawę płodne niwy.Nawpół wysunął się z ziemi lew płowy:Drapie przedniemi łapami, by tylnąCzęść oswobodzić: jednym rzutem skacze,Jakby się urwał z więzów, pełza,Pstrą potrząsając grzywą. Lampart, tygrys,I ryś, jak krety, kopiąc się, z wzruszonejZiemi sypały wzgórki, jeleń szybki
Wysuwał z ziemi gałęziste czoło;Największy z zwierząt lądowych, behemot,Z trudem dobywał na wierzch ciężkie członki;Becząc wełniaste trzody wyrastałyJak zielsko; wespół ląd i wodęZamieszkujące: koń morski, krokodyl,Łuską okryty; nareszcie wypełzłyZ ziemi owady i robaki wszystkie.Te szybko trzęsą wachlarzykowateSkrzydełka, a ich drobne członki strojnePrzepychem lata, suknią nakrapianąZłotem, purpurą, błękitem, zielenią;Te jak linie, wyciągnięte, pełznąc,Siad zostawiają falisty na piasku.Nie wszystkie małe; z wężowatych roduNiektóre dziwnie długie i rozrosłe,Zaopatrzone w pierścienie do chodu,W skrzydła do lotu. Tam oszczędna mrówkaLezie, o przyszłość zabiegliwa, w szczupłemCiele ukrywa wielkie serce, możeZa wzór równości sprawiedliwej służyć,Gdy jej plemiona w gminy się połączą.Tu się pojawia pszczoła wyrojona,Co leniwego swego męża żywi,Z wosku buduje komory i miodemZapełnia. Reszta niezliczone tłumy;Znasz ich naturę, dałeś im nazwiska,Nie potrzebuję ich teraz przytaczać;Znany ci także wąż, najprzebieglejszyZe wszystkich zwierząt w polu, bywa czasem
Wielki rozmiarem, z wejrzeniem spiżowemI grzywą straszną, ale nieszkodliwyTobie, przeciwnie, rozkazu usłucha.«Teraz jaśniało niebo w pełnym blasku,Tocząc się trybem pierwotnie nadanymRęką wielkiego Stwórcy. Ziemia strojna,Lśniła weselem; powietrze i wodyI lądy pełne ptactwa, ryb i zwierząt,A wszystko lata, pływa, kroczy. JednakCoś brakowało jeszcze na dzień szósty:Celu wszystkiego brakło, arcydzieła;Istoty, coby niezgięta ku ziemiI nie zwierzęca, jak inne stworzenia,Lecz uświęcona rozumem, postawyPodniosłej, prostej, z czołem rozjaśnionem,Rządziła resztą z samowiedzą, godnaPrzez swą szlachetność obcowania z Niebem,Ale i wdzięcznie uznająca źródłoObdarowania swego, tam zwróconaGłosem, oczami, czcią i pobożnością,Wielbiąca Boga Najwyższego, któryZrobił ją panem wszystkich tworów swoich.Zatem Wszechmocny Wieczny Ojciec, wszędzieObecny, tak rzekł w głos do Syna swego:««Uczyńmy człeka na wyobrażenieI podobieństwo nasze, przełożonyNiech będzie rybom, ptactwu i zwierzętom,W morzu, w powietrzu i na wszystkiej ziemi,Nad wszelkim płazem, który na niej pełza.»»To rzekłszy stworzył ciebie, o Człowieku!
Ciebie Adamie, z mułu ziemi, tchnąwszyW oblicze twoje dech żywota, ciebieNa podobieństwo własne stworzył, to jest,Na podobieństwo Boga, i zostałeśDuszą żyjącą. Stworzył cię mężczyzną,Za towarzyszkę dał niewiastę, abyRód wasz się krzewił. I pobłogosławiłBóg rodzajowi ludzkiemu, i mówił:««Rośćcie, mnóżcie się, napełniajcie ziemię,Czyńcie ją sobie poddaną, panujcieI nad rybami morza, i nad ptactwemPowietrznem, i nad wszystkiemi zwierzęty,Co się ruszają naziemi!»» GdziekolwiekBóg cię tak stworzył (nazwa nie oznaczyMiejsca), przeniósł cię stamtąd, jak wiesz dobrze,Do rozkosznego tego gaju, tegoOgrodu, w którym rosną posadzonePrzez Boga drzewa, wzrok i smak nęcące.Wszystek ten piękny owoc oddał szczodrzeNa żywność tobie; są wszelkie gatunki,Jakie wydaje ziemia, rozmaitośćBez końca; tylko nie macie jeść z drzewaKtórego owoc spożyty podajeWiedzę dobrego i złego; w dniu, w którymBędziesz jadł z niego, umrzesz: kara śmierciJest oznaczona. Strzeż się więc, i panujNad twojąswoją żądzą, niech cię nie podejdzieGrzech i śmierć, jego czarna służebnica.«Na tem ukończył Bóg dzieło stworzenia,A obejrzawszy, widział, że jest dobre;
Wieczór i ranek spełniły Dzień szósty.Teraz przestawszy tworzyć, choć bynajmniejNie doznający zmęczenia, powróciłDo Nieba Niebios, swej górnej stolicy,Aby spoglądać z wysokości tronuNa świat, dodatek do swego mocarstwa,Czy dobry, piękny, odpowiadającyWielkości jego pomysłu. W wyżynyWchodził, a wszędzie mu towarzyszyłyOkrzyki szczęścia, dźwięki jednozgodneHarf stutysięcznych, i śpiewów anielskich.Ziemia, powietrze ich odgłos rozniosły(Pamiętasz, boś je słyszał sam); niebiosaI wszystkie gwiazdy chórem odbrzmiewały;Stały planety w miejscu zasłuchane,Gdy tryumfalny ten zastęp szedł w górę.««Otwórzcie się, wy, wrota wiekuiste,»»Śpiewano: ««I wy, niebiosa, otwórzcieŻyjące bramy, wpuśćcie Stworzyciela,Wracającego od wielkiego czynuStworzenia świata w sześć dni! Otwórzcie sięI często nadal otwierajcie, częstoBóg chce nawiedzać mieszkania swych miłych,Swych sprawiedliwych ludzi, równie liczniePosyłać będzie skrzydlatych swych gońców,Zwiastunów łaski niebieskiej.»» Tak śpiewałWznosząc się w górę orszak promienisty.Niebo otwarło świetlane wierzeje,Do dworu Boga wiecznego wiodąceSzeroką drogą, której pył ze złota,
Bruk z gwiazd, jak gwiazdy drogi mlecznej lśniących,Którą dostrzegasz w nocy, nakształt pasa,Obsypanego gwiazdami. Na ziemi,Teraz w Edenie, nastał wieczór siódmy,Bo słońce zaszło, mrok, poprzednik nocy,Szedł z wschodniej strony, gdy na świętą góręNa szczyt wysoki Nieba, gdzie tron wiecznyKrólującego Boga niewzruszony,Przybył Wszechmocny Syn, i z Wielkim OjcemZasiadł, bo chociaż Ten mu niewidzialnymBył towarzyszem, był jednak na tronie(Taki przywilej jest Wszechobecności);Dziełem stworzenia kierował, bo On jestWszystkiego w świecie początek i koniec.Teraz wypoczął od dzieła tworzeniaI błogosławiąc poświęcił Dzień siódmy.Lecz nie milczeniem dzień ten obchodzono:Bez przerwy brzmiały harfy, flet poważny,Lutnie, organów melodyjne tony,Lub z strun, lub z złotych drutów dobywane,Złączone z śpiewem uroczystym chórów.Z złotych kadzielnic szły wonne obłokiI osłaniały całą Górę. ChóryTworzenia sześć dni opiewały:««Jehowo! wielkie Twe dzieła, potęgaTwa nieskończona! Czy myśl jaka możeObjąć Cię, język jaki wypowiedzieć?Twój powrót teraz większy, niż po starciuWrogich Aniołów: wtedy Twe piorunyGłosiły wielkość Twoję, ale stwarzać
Większem jest dziełem niż niszczyć stworzone.Kto zrówna Tobie, o Królu potężny?Kto ograniczy Twe państwo? Z łatwościąOdparłeś pychą natchnione zamachyDuchów odstępców i ich próżne rady,Kiedy bezbożnie Twej ujmy pragnęliI odciągnięcia wielu od czci Twojej.Kto chce Cię zmniejszyć, wbrew swoim zamiarom,Służy do większej Twej mocy objawu:Ich zła użyłeś na to, by wytworzyćZ niego zwiększone dobro. ŚwiadkiemNowostworzony świat, to drugie Niebo,Blisko niebieskiej bramy założoneNa szklistem morzu czystego kryształu,Wielkości prawie bez miary, z licznemiGwiazdami, z których może każda światemDo zamieszkania przeznaczonym, aleTy wiesz każdego świata czas i porę.Pomiędzy niemi siedlisko człowieka,Ziemia, dokoła morzem opasana,Jego rozkoszne mieszkanie. Po trzykroćSzczęśliwi ludzie i synowie ludziKtórych Bóg wybrał, na swój obraz stworzył,By tu mieszkali, by go czcili; abyW nagrodę za to mieli panowanieNad jego dziełmi na ziemi, w powietrzu,Na morzu; aby mnożyli na ziemiRód sprawiedliwych i świętych czcicieli:Trzykroć szczęśliwi, jeżeli poznają,Jak są szczęśliwi, i wytrwają w dobrem.»»
«Tak Aniołowie śpiewali, a NieboOdbrzmiało głośnem Aleluja. SabatTak obchodzono. Spełniłem twą prośbę,Gdy chciałeś wiedzieć, jak ten świat stworzono,Jaki początek rzeczy, co się działoWprzód nim twa pamięć sięga, by potomnośćMogła to z twoich ust słyszeć. JeżeliJeszcze co wiedzieć chcesz, o ile miaryPojęć to ludzkich nie przekracza, pytaj.»