Pieśń XI

John Milton (1608–1674)

Translated by Władysław Bartkiewicz

Raj utracony (1902)

Tak żałujący, w pokornej postawieWznosili modły, bo już promień łaskiUprzedzającej z tronu miłosierdziaPadł i usunął z ich serc skamieniałość,W tem miejscu ciało wytwarzając nowe.Słali westchnienia w Niebo nieustanne,Duchem modlitwy natchnione, te szybszymLotem szły w górę, niż najgłośniej brzmiąceDzieła wymowy. Znać było z postawyŻe niepośledni suplikanci: równejWagi ich prośba, jak tej starej pary,Niegdyś lecz później, według dawnej baśni,Deukaliona i Pyrry cnotliwej,Którzy, gdy potop zniszczył rodzaj ludzki,Jego odnowy pobożnie błagaliU stóp Temidy. Prarodziców modłyPłynęły w Niebo, niezwiane wiatramiNieprzychylnemi, ni spędzane z drogi;

Przez Niebios bramy przeszły bezcielesnePrzed ołtarz złoty, i z dymem kadzidełPrzenikły aż do tronu Przedwiecznego.Tam je radośnie Syn Boży przedstawił,I tak rozpoczął swoje wstawiennictwo:«Patrz, Ojcze, Ziemia podaje owocePierwsze Twej łaski, zaszczepionej w Człeku,Modły, westchnienia, które w kadzielnicyZłotej, z kadzidłem przynoszę przed Ciebie,Jako twój Kapłan: owoc Twego siewuWraz z skruchą w jego sercu, milszej woni,Niż wszystkie drzewa, któreby rękamiWłasnemi kiedyś wyhodował w RajuPrzed utraceniem niewinności. TerazDo jego modlitw skłoń łaskawe ucho,Usłysz westchnienia bez słów, bo on nie wie,Jak swoję prośbę złożyć, niech ja będęJego tłómaczem, adwokatem sprawyI przejednawcą. Wszystkie jego czyny,Dobre, niedobre, złóż na moję głowę:Co dobre moja podwyższy zasługa,Co złe śmierć moja w przyszłości okupi;Przyjm mnie, a we mnie od nich woń przymierzaZ ludzkim rodzajem. Teraz przejednany,Zostaw im życie przed Twojem obliczem,Albo przynajmniej dni im naznaczone,Choć smutne, póki śmierć, według wyroku(Który złagodzić pragnę, nie obalić)Nie wwiedzie ich do szczęśliwszego życia.Gdzie ze mną mieszkać będą odkupieni

Wszyscy w weselu i błogości, ze mnąJedność stanowiąc, jak ja z Tobą jedno.»Na to mu Ojciec pogodnie odpowie:«Prośbę Twą spełnię, Synu ukochany,Zgodna z wyrokiem moim; ale nadalNie mogą mieszkać w Raju; to byłobyWbrew prawom, jakie przyrodzie nadałem.Żywioły Raju czyste, nieśmiertelne,Nie znoszą grubych i nieharmonijnychDomieszań: wygnaj teraz splamionego,Odłącz go, jako skazę; pospolitszyNiech w pospolitszem powietrzu zamieszka,I grubszą strawą się żywi, to będziePrzysposobieniem najlepszem do śmierci,Którą mu wszczepił grzech, psujący wszystko.Stwarzając, dwoma go uposażyłemDarami: szczęściem i nieśmiertelnością,Gdy nieroztropnie pierwsze z nich utracił,Drugaby tylko wiecznemi czyniłaJego cierpienia, więc śmierć powołałem,Ona lekarstwem jego ostatecznem:Gdy przejdzie życie w ciężkich doświadczeniach,Oczyszczonego wiarą, uczynkamiDobremi, śmierć go do drugiego życiaPrzeniesie, w którem wszyscy sprawiedliwiZbudzą się, aby, wraz z odnowionemiZiemią i Niebem, pełnić wolę Bożą.Ale tu wszystkich niebian powołajmy,Aż od najdalszych krańców empiryjskich;Nie chcę przed nimi taić swych wyroków:

Jak osądziłem upadłych AniołówWidzieli, teraz mój sąd na CzłowiekaNiech widzą, aby, choć są niezachwiani,I nadal równie niezachwiani byli.»Umilkł, Syn skinął, a wnet promienistyAnioł, pełniący służbę, zadął w trąbę,Słyszaną może później na Horebie,Kiedy zstępował Bóg, i może jeszczeZagrzmi raz na sąd ostateczny. Dźwięk tenZapełnił całe niebieskie przestwory:Z niewiędniejących cienistych ustroni,Od źródeł wody życia, gdzie anielskoBiesiadowali, Synowie Światłości,Słysząc wezwanie do swych miejsc śpieszyli,Az wysokiego tronu WszechmogącyTaką ogłosił światowładną wolę:«Synowie, Człowiek stał się nam podobnym,Znającym dobre i złe od tej chwili,Gdy zakazany owoc spożył; alePróżno się szczyci z wiadomości dobra,Które utracił, i zła, które nabył:Szczęśliwszy, gdyby się był ograniczyłNa znaniu dobra, jak jest samo w sobie,A złaby lepiej nie był poznał wcale.Teraz się smuci, modli się skruszonyZa pobudzeniem mojem. Ale zdawnaZnam jego serce, jak zmienne i próżne,Gdy zostawione sobie: by więc terazZuchwalszą ręką nie zerwał owocuZ Drzewa Żywota i nie zdobył życia

Wiecznego, wreszcie, by o niem nie marzył,Postanowiłem wygnać go z Edenu.Niechaj uprawia ziemię, z której wzięty,Która dla niego najodpowiedniejsza.Michale, oto rozkaz masz wykonać:Wybierz z pomiędzy Cherubinów orszakPłomiennych wojów, aby NieprzyjacielNie wszczął ponownych zamieszek, jakobyBroniąc Człowieka, lub w chęci wkroczeniaDo niezajętej posiadłości. Śpiesz się,I bez wahania wygnaj grzeszną paręZ Bożego Raju, z uświęconej ziemiWydal nieświętych; im i ich potomstwuZapowiedz odtąd wygnanie wieczyste,Lecz, by surowe spełnienie wyrokuNiezbyt zgnębiło strapionych, jak widzę,Opłakujących winę, nie strasz zbytnio.Jeśli z poddaniem przyjmą twe rozkazy,Nie pozostawiaj ich bez słów pociechy:Przyszłych dni losy odkryj Adamowi;Ja ci natchnienie ześlę. Przytocz nowePrzymierze moje z plemieniem niewiasty.Niech idą wprawdzie smutni, lecz w pokoju.A wschodniej strony Edenu, gdzie dostępJest najłatwiejszy, niech strzeże Cherubin,Niech strach rozsiewa mieczem płomienistym,I broni przejścia do Drzewa Żywota,By Raj nie stał się przytułkiem złych duchów,Ich łupem wszystkie me drzewa, a owocSkradziony nowem Człowieka mamidłem».

Rzekł, a Archanioł spiesznie się kierujeDo nizin ziemskich, z nim zastęp CherubówCzujnych: a każdy miał cztery oblicza,Jakby podwójny Janus, postać całaPełna błyszczących ócz, liczniejszych niźliByły Argusa: ni flet arkadyjskiNie uśpiłby ich, ni różdżka Hermesa.Tymczasem, aby na nowo powitaćŚwiat błogiem światłem, wstała LeukoteaI świeżej rosy balsamiczną woniąRzeźwiła ziemię. Prarodzice nasi,Skończywszy modły, czuli nowe siły,Zesłane z góry, i nową nadziejęW miejsce rozpaczy; radość połączonąZ bojaźnią. Adam przyjaznemi słowyStan swojej duszy tak wyraził Ewie:«Łatwo uwierzyć, że wszystko, co dobre,Z Nieba nam schodzi, lecz trudniej dać wiarę,Iż od nas może coś wznieść się do Nieba,I tak przeważnie wpłynąć na myśl Boga,Iż wolę Jego nakłania, a jednakTo czynią modły, albo jedno krótkieWestchnienie z ludzkiej piersi podniesioneDo tronu Jego; bo odkąd modlitwąPragnę przebłagać Bóstwo obrażone,Na klęczkach przed niem serce upokarzam,Wraz mi się zdaje, widzę Go przed sobąPrzejednanego, pełnego dobroci;Mam przekonanie, że On mnie łaskawieWysłuchał, pokój wrócił do mej duszy,

A do pamięci swoję obietnicę,Że twe nasienie zetrze głowę wroga.Wtedy w przestrachu nie myślałem o tem,Lecz teraz daje mi to upewnienie,Że gorycz śmierci przeszła: żyć będziemy.Więc cię pozdrawiam, Ewo, słusznie zwanaMatką rodzaju ludzkiego, wszystkiegoCo żyje matką, bo tylko przez ciebieCzłowiek ma życie, a wszystko dokoła,Co żyje, żyje z powodu Człowieka.»Na to mu Ewa ze smutkiem odpowie:«Niegodna jestem takiego nazwiska;Zgrzeszyłam, ciebie wciągnęłam w zasadzkę,Ja, która miałam być tobie pomocą.Słuszniejsze dla mnie wyrzuty, nieufność;Ale mój Sędzia łaskawy bez granic,Mnie, która pierwsza przyniosłam śmierć wszystkim,Uczynił źródłem życia, i ty, dobry,Nazwę zaszczytną dajesz, gdy na innąZasługiwałam. Ale oczekujePole na pracę nasze, pot i trudy,Chociaż bezsenną noc przepędziliśmy.Oto poranek z różanym uśmiechemWstaje, niedbając o to, żeśmy senni.Pójdźmy, już nigdy od twojego bokuKrokiem nie ruszę, gdziekolwiek wypadnieNam praca dzienna, chociaż ma być odtądZnojna i długa do wieczornej zorzy.Ale dopóki tu nasze mieszkanie,Jakaż być może praca uciążliwą

Na tych rozkosznych błoniach? Tutaj żyjmyZadowoleni, choć w upadłym stanie.»Takie życzenia wynurzała EwaUpokorzona, lecz nie potwierdziłoIch Przeznaczenie. Zjawiały się znakiNaprzód w przyrodzie, w ptakach i zwierzętach.Po krótkim blasku porannym ściemniało;W jej oczach orzeł spadł z powietrznych szlaków,Pędząc przed sobą dwie ptaszyny krasne;Z wzgórza król kniei, najpierwszy myśliwy,ścigał rączego jelenia i łanię,Miluchną parę, ozdobę zarośli,Uciekającą do wschodnich wrót Raju.Adam, wpatrzony na to polowanieNie bez wzruszenia, tak mówił do Ewy:«O Ewo, dalsze zmiany nas czekają:Niebo je w niemych znakach zapowiada,Przyroda jego zamiarów zwiastunem.Może ostrzega, że kara nas czeka,Choć śmierć o kilka dni się opóźniła.Kto wie, jak długie i jakie wieść życieAż do tej pory mamy? Albo nawetNam przypomina, że prochem jesteśmy,W proch się obrócim i skończym istnienie?Bo cóż innego mogłaby oznaczaćTa w naszych oczach podwójna gonitwaW powietrzu i na ziemi jednocześnie?Czemu na wschodzie ściemniło się nagle,Choć jeszcze niema południa? A światłoPoranne w owym obłoku z zachodu

Sunie w promieniach białych po błękitnymPrzestworze, zniża się zwolna, jak gdybyCoś niebiańskiego w swych osłonach niosło?»Tak było; orszak niebiański zstępowałZ jaspisowego nieba w rajskie sfery,I zajął wzgórze. Świetne to zjawisko!Lecz Adamowi zwątpienie i bojaźńZaćmiły oczy. Nie większym zapewneBlaskiem jaśniało zjawienie AniołówW Mahanaimie, gdzie Jakób zobaczyłZajęte całe pole ich obozem;Ani gdy sługa Elizego w DathanUjrzał na górze płomiennej obozyPrzeciw królowi syryjskiemu, który,Aby uchwycić jednego człowieka,Zgromadził wojsko i zbójców przykłademRozpoczął wojnę bez wypowiedzenia.Książę Aniołów swemu orszakowiKazał obsadzić ogród, a sam poszedłDo miejsca, w którem Adam miał schronienie.Ten go niebawem spostrzegł i czekającJego nadejścia, tak mówił do Ewy:«Ewo, do ważnych wieści bądź gotowa,Może nam one wkrótce kres położą,Może zmienione będą nasze prawa;Oto z jasnego obłoku na wzgórzuIdzie ktoś ku nam z zastępów niebiańskich;Jak widać z ruchów i całej postawy,Nie do niskiego rzędu się zalicza:Któryś z Mocarzy, tron zasiadających,

Taki otacza go majestat, jednakNie tak straszliwy, iżby mnie przerażał,Ni też łagodny tak i towarzyski.Jak był Rafael, który ufność budził.Jest uroczysty i wzniosły; pośpieszęNaprzód z pokłonem, by go nie obrazić,A ty się usuń na bok.» Przestał mówić;Wkrótce się zbliżył Anioł, nie w postaciNiebiańskiej, ale ubrany jak człowiekSpotykający człowieka; na lśniącejZbroi wojskowa tunika z purpury,Piękniejszej niźli melibejska, niźliSarrajska, którą dawniej monarchowieI bohaterzy po trudach wojennychNosili; tęcza barwiła tkaninę.Z pod gwiaździstego hełmu twarz jaśniałaSiłą lat męskich przy końcu młodości;U boku wisiał na iskrzącym pasieMiecz, postrach czarta, — włócznię trzymał wSkłonił się Adam nisko, Zwiastun BożyW pełni powagi nie uchylił głowyI swego przyjścia cel oznajmił taki:«Adamie, rozkaz Nieba wysokiegoNie potrzebuje wstępu: dość, że modłyTwe wysłuchane. Śmierć, na którą wyrokZa grzech cię skazał, jeszcze na dni wieleZbędzie swojego łupu. Czas ten ŁaskaDaje ci, abyś w skruszeniu i żaluZły czyn wieloma dobremi nagrodził.Gdy czas ten przyjdzie Pan twój przejednany

Może cię zbawić od uroszczeń Śmierci,Lecz nie pozwala dłużej na mieszkanieW Raju: przychodzę, by cię wyprowadzićZ tego ogrodu, byś uprawiał ziemię,Z którejś jest wzięty, właściwszą dla ciebie.»Tu przestał mówić, bo na tę wiadomośćAdam rażony w serce, zimnym dreszczemPrzejęty, prawie zmysły stracił; Ewa,Choć niewidziana, wysłuchała wszystko,I narzekaniem głośnem wyjawiłaNiebawem miejsce swojego ukrycia.«O niespodziany ciosie, niż śmierć gorszy!Więc tak porzucić mam cię, Raju? ciebieRodzinne moje miejsce, błogie niwyI gaje, godne pomieszkania bogów?Miałam nadzieję, że w nich, chociaż smutne,Spokojne spędzę dni nam wyznaczone,Aż śmierć oboje zabierze. O kwiaty!Nie zakwitniecie nigdy w innej strefie!Do was najpierwej biegłam wczesnym rankiem,Do was ostatnie w wieczór moje kroki;Troskliwą ręką was od pierwszych pączkówWychowywałam, dawałam imiona.Teraz kto wasze główki zwracać będzieDo słońca, według gatunków rozdzielać?Kto skrapiać wodą z ambrozyjskich źródeł?I ty, weselna chato, ozdobionaWszystkiem, co nęci wzrok lub powonienie,Jak mi się rozstać z tobą i gdzie odejść?W jakiś świat niższy, ciemniejszy od tego

I dziki? Jak tam oddychać będziemyPowietrzem innem, mniej czystem, zwyczajniNieśmiertelności pożywać owoce?»Anioł jej skargi łagodnie przerywa:«Ewo, nie rozwódź żalów, lecz cierpliwieWyrzecz się tego, coś straciła słusznie,I nie przywiązuj się zbytnie do rzeczy,Które twojemi nie są: stąd odchodziszNie sama; z tobą idzie twój małżonek,Masz obowiązek jemu towarzyszyć:Gdzie on osiądzie, tam ojczyzna twoja.»Tu ochłonąwszy z osłupienia Adam,Zebrawszy ducha, pokornemi słowyDo Archanioła Michała tak rzecze:«Mieszkańcze Niebios! Alboś jeden z Władców,Albo najwyżej z pośród nich wzniesiony;Z postaci sądząc, Książę nad Książęty.Łagodnie pełnisz swoje posłannictwo,Kiedy surowem słowem mogłeś zranić,Surowym czynem zabić nas. Co tylkoSmutku, zgnębienia i rozpaczy możeWytrzymać nasza słabość, to nam niesieTwoja nowina. Porzucić więc mamyTo błogie miejsce, rozkoszne ustronieNasze, jedyną w niedoli pociechę?Tak do niej oczy nasze już przywykły!Tak każde inne, niegościnne, pusteWyda się miejsce! I nas nieznająceI nam nieznane. Gdyby nieustanneModlitwy mogły zmienić wolę Tego,

Co wszystko może, anibym na chwilęNie przestał nużyć Go mojem błaganiem,Lecz wobec Jego stanowczych wyrokówModlitwa znaczy tyle, co ust tchnieniePrzeciw wichrowi, który je wnet zwracaW te same usta: poddaję się zatemWoli Wszechmocnej. Najbardziej mnie martwi,Że gdy stąd wyjdę, będę jak ukrytyPrzed Boską twarzą; już błogosławionychLic jego więcej nie ujrzę: tu mógłbymZe czcią obchodzić miejsca uświęconeJego bytnością; mógłbym synom moimKiedyś powiadać: na tej się objawiłGórze, pod owem widziałem go drzewem,Z pośród tych sosen głos mnie doszedł Boski,A przy tem źródle rozmawiałem z Bogiem!Stawiłbym liczne dziękczynne ołtarzeZ darniny, z głazów wybranych z potoku,Odległym wiekom na pamiątkę; darySkładałbym z wonnej żywicy, z owocówI z kwiatów. Ale w owym dolnym świecieGdzież spotkam Jego zjawienie świetlane?Gdzie Jego stopy ślad? Bo choć przed gniewnymUciekłem, teraz znowu powołanyŻyć dłużej i być ojcem licznego plemienia,Radbym oglądał choć brzask Jego chwałyI czcił zdaleka ślady jego kroków.»Na to Archanioł z łaskawem spojrzeniem:«Adamie, wiesz, że Jego są NiebiosaI cała ziemia, nie ta skała tylko.

On wszechobecny, i pełne są JegoLądy i morza i powietrze: wszystko,Co żyje, wzbudza jego siła twórczaI grzeje. Tobie oddał całą ziemiąNa posiadanie i na panowanie.Dar to wspaniały. Nie przypuszczaj zatem,Że Bóg jest tylko w tych ciasnych granicachEdenu, albo Raju. Tutaj możeByłaby kiedyś twa główna stolicaZ niejby płynęły wszystkie pokolenia,Do niej wracały aż od krańców Ziemi,Aby ci, jako praojcowi swemuHołd składać, czcić cię; ale ten przywilejStraciłeś, teraz wraz z synami swymiPłaską zamieszkasz ziemię. Ale nie wątp,Że Bóg jest wszędzie, w dolinach, równinach,Tak, jak i tutaj: jego obecnościLiczne oznaki wciąż idą za tobą,On cię dobrocią, miłością ojcowskąCiągle otacza: twarz swoję objawia,Zostawia boskich swoich kroków ślady.Abyś w to wierzył, i nim stąd odejdziesz,W tej się umocnił wierze, jam przysłany,Bym ci obwieścił, jaka przyszłość czekaCiebie i twoje potomstwo. Bądź gotówUsłyszeć dobre i złe rzeczy: ŁaskęNadprzyrodzoną walczącą z grzesznościąCzłowieka; zatem ucz się cierpliwościPrawdziwej, rozkosz powściągaj bojaźniąI pobożnością; znoś z umiarkowaniem

Zarówno szczęście, jak przeciwne losy.Tak ocalejesz w życiu, i najlepiejPrzygotowany będziesz na cios śmierci,Gdy czas jej przyjdzie. Wejdź na owo wzgórze,Mech Ewa, której oczy obciążyłem,Śpi tu na dole, jak ty niegdyś spałeś,Gdy ją stwarzano; ty w jasnowidzeniuPrzyszłości czuwaj.» Na to mu z wdzięcznościąOdpowie Adam: «Przewódzco bezpieczny,Wstępuj, za tobą pójdę, gdzie powiedziesz.Karzącej ręce Boskiej się poddaję.Przeciw złej doli pierś swoję wystawię,Zbrojną cierpienia i wytrwania tarczą,A spokój pracą zdobywając, jeśliZdobyć go mogę.» Tak oba wstąpiliW krąg zjawisk Boskich. Była to największaGóra w obrębie Raju, z jej wierzchołkaPołowę ziemi jasno można byłoRozpatrzyć; jednak ani wyższa była,Ani widoku rozległość dawałaWiększą, niż owa, na którą Kusiciel,Z innych powodów, drugiego AdamaPrzeniósł z pustyni, aby mu okazaćWszystkie Królestwa Ziemi i ich chwałę.Oko Adama z miejsca w którem stanąłMogło oglądać miasta głośnej sławyW różnych epokach, stolice potężnychMocarstw, od murów Kambalu, siedliskaChana Kathaju, i od SamarkandyNad rzeką Oxus, gdzie tron Tamerlana,

Aż do Pekinu, królów chińskich miasta;A stąd do Agry, Mogoła wielkiegoLahory, dołem aż do ChersonezuZłotego, stąd wdali, gdzie perska stolica,Wprzód Ekbatana, a później Iszpahan;Moskwa, podległa ruskiemu carowi,I Bizancyum, stolica sułtana,Pochodzącego z Turkestanu. DalejWzrok jego spotkał cesarstwo NegusaZ najodleglejszym jego portem, zwanymErkoko, dalej inne mniejsze państwaPrzymorskie: Monbaz, Quiloa, Melinda,Sofala, miana za Ofir, nareszcieKu południowi Kongo i Angola.Stąd zaś, od Nigru rzeki do Atlasu,Ujrzał królestwa Almanzora, Fez, Sus,Marokko, Algier, Tremizen, stąd oczyNa Rzym obrócił i świat mu podległy,A może widział także w duchu MeksykBogaty, państwo króla Montezumy,I Kusko w Peru, bogatszą stolicęAtabalipy, i jeszcze nietkniętąGujanę, którą syny GeryonuZwą Eldoradem. Lecz do szlachetniejszychWidoków Michał zdjął z oczu AdamaŁuskę, owocu zwodniczego wytwór,Za obiecaną jasność — zaciemnienie.Poczem nerw oczu oczyścił świetliczkąI rutą, a że widzieć miał tak wieleTrzy krople wody życia wpuścił w oczy.

Dzielność tych środków tak mocno wniknęłaAż do siedliska wzroku duchowego,Że z zamkniętemi oczyma padł AdamJak odrętwiały. Anioł go łagodniePodniósł za rękę i przytomność wrócił:«Adamie, otwórz oczy i patrz naprzódNa skutki, jakie twój grzech pierworodnyW niektórych z twego pokolenia sprawi,Choć wzbronionego nie tknęli owocu,Z Wężem w umowy nie wchodzili, aniNie popełnili wcale twego grzechu,Ale zepsucie z niego pochodząceDo coraz gorszych pobudzi ich czynów.»Adam otworzył oczy i zobaczyłPole uprawne w części, na niej snopyŚwieżo skoszone dojrzałego zboża;Drugą część pola objęły pastwiska,W środku, jak kopiec graniczny, stał ołtarzZ darniny. Tutaj rolnik uznojonyNiósł na ofiarę pierwociny pracyDojrzałe snopy i zielone kłosy.Nie wyborowe, lecz jakie popadły;Z przeciwnej strony pasterz łagodniejszyNiesie jagnięta piękne pierworodne,Z trzody wybrane, i czyniąc ofiaręNa porąbane drzewo złożył trzewiaI tłuszcz, obsypał kadzidłem, i spełniłWszelkie obrządki: niebawem spadł z niebaOgień przychylny, pochłonął ofiarę,Wydając płomień jasny i dym wonny.

Nie zapłonęła ofiara drugiego,Jako nieszczera; uczuł zawiść w duszy,W kłótni z pasterzem rzucił weń kamieniem,Trafił go w piersi i życia pozbawił!Zbladł uderzony, upadł i z krwi strugąWyzionął ducha. Adam tym widokiemDo głębi serca wstrząśnięty, wybuchnąłTakiemi słowy bólu do Anioła:«Nauczycielu, straszna to jest krzywdaTak łagodnemu człowiekowi, temu,Co szczerą składał ofiarę; czyż takaNagroda cnoty, prawej pobożności?»Michał, wzruszony sam, na to odpowie:«To są dwaj bracia, Adamie, i z twoichZrodzą się lędźwi. Tak zabije kiedyśNiesprawiedliwy brat sprawiedliwego,Gnany zazdrością, że ofiarę brataNiebo przyjęło, ale zbrodnia krwawaBędzie pomszczona, a wiara drugiegoZnajdzie nagrodę, chociaż tu, jak widziszTarza się w prochu i krwi własnej strudze.»Na to praojciec nasz: «Biada czynowi,Biada pobudce! Ale czyż ja terazŚmierć oglądałem? Czy w taki sam sposóbW proch się obrócę? O straszny widoku,Co myśl przeraża, uczucia oburza!»Na to mu Michał: «Śmierć tu oglądałeś,Tak, jak się pierwszy raz na człeku zjawi;Ale różnemi drogami prowadziDo swej ponurej jamy; wszystkie straszne,

Choć okropniejsze u wejścia, niż wewnątrz.Niektórzy umrą od gwałtownych ciosów,Jak to widziałeś, lecz więcej od ognia,Wody i głodu; najwięcej zagarnieNiewstrzemięźliwość w jadle i napoju.Ona sprowadzi na ziemię choroby,Których potworny tłum stanie tu wkrótce,Byś widział, jaką nędzę na ród ludzkiNiepowściągliwość Ewy sprowadziła.»Niebawem wyrósł przed okiem AdamaBudynek smutny, wstrętny i ponury;Był to lazaret, w którym pomieszczonoTłumy, cierpieniem rożnem nawiedzone.Tu kurcz straszliwy, tu konanie ciężkie,Omdlenia, różne gorączki, ograżki,Epilepsye, choroba na kamień,Złośliwy katar, wrzody, opętanie;Melancholia tępa i szaleństwo,Kolki, puchlina, suchoty, zaraza,Mór, okolice mnogie pustoszący,Marazm, reumatyzm, podagra i astma.Wili się w bólach ludzie i jęczeli,Pielęgnowała ich rozpacz, od łożaDo łoża chodząc; w górze śmierć z tryumfemWstrząsała swoim oszczepem, cios zwłócząc,Choć gorącemi prośbami wzywana;Jako ich dobro główne i nadziejaOstatnia! Dłużej takiego widokuKamienne serce znieśćby suchem okiemNie mogło: nie mógł i Adam, zapłakał,

Choć nie z niewiasty zrodzon: litość zmogłaNajlepszą siłę męskości; nareszciePotęga myśli łzy ograniczyła,Wróciła mowę, takie budząc żale:«O, nieszczęśliwy rodzie ludzki, jakżeNisko upadłeś, do jak okropnegoStanu zostałeś zachowany! LepiejNie być na świecie. Czemu dano życie,By w taki sposób nam je wyrywano?Lub raczej czemu nam je narzucono?Każdy z nas wiedząc, co go tutaj czeka,Alboby życia nie przyjął, albobyJuż otrzymawszy, prosił, by najprędzejMógł go się pozbyć i odejść w pokoju.Możeż tak obraz Najwyższego w człeku,Co niegdyś stworzon pięknym i podniosłymChoć później winą zmazany, być pastwąTak szpetnych cierpień, tak okrutnej kary?Dlaczegóż człowiek, który jeszcze w częściZdołał zachować boskie podobieństwo,Nie jest zwolniony od tych potworności —Kiedy jest jeszcze Stwórcy wizerunkiem?A Michał na to: «Wizerunek StwórcyJuż ich opuścił, gdy się splugawiliRozkiełznanemi żądzami, przybrawszyObraz nowego pana — zwierzęcegoWystępku, który przeważnie ich kłoniłDo grzechu Ewy. Stąd tak wstrętna kara,Nie podobieństwo boskie kalecząca,Ale ich własne. Choćby jego obraz,

To go niweczą, odmieniając prawaCzystej Przyrody w straszliwe choroby;I słusznie cierpią, nie uszanowawszyW sobie obrazu swego Stworzyciela.»«Że sprawiedliwie, przyznaję, rzekł Adam,I z uległością się poddaję, aleCzyż niema teraz innej drogi, opróczTej ciężkiej, aby ze śmiercią się spotkać,I proch swój z prochem jednorodnym zmieszać?»«Jest, odrzekł Michał, jeżeli strzedz będzieszWstrzemięźliwości przepisu «nic nadto;»Jeśli jedzenie i picie dla ciebieBędzie pokarmem słusznym, nie łakomstwem,Może lat wiele spłynąć nad twą głową,Możesz żyć, póki, jak owoc dojrzały,Nie spadniesz na twej matki ziemi łono;Będziesz zebrany nie zerwany nagle;Dojrzeć dla śmierci, to się zowie starość.Ale przeminąć musi młodość, siłaI piękność twoja, zmienią się i zwiędną;Staniesz się słaby, siwy, zmysły twojeStępieją, muszą zrzekać się rozkoszy,Choćby nęciły w koło; po młodościNiefrasobliwej i pełnej nadzieiMelancholia krwią twoją owładnie,Zziębi, wysuszy twego ducha, w końcuPochłonie balsam życia.» Adam na to:«Odtąd nie będę uciekał przed śmiercią,Ani obmyślał, jak przedłużyć życie;Raczej do tego dążyć będę, aby

W najwygodniejszy i najlżejszy sposóbZnosić ten ciężar, aż do naznaczonejPory zwolnienia, i cierpliwie czekaćDnia rozwiązania.» Michał na to rzecze:«Życia nie kochaj, lecz i nienawiściNie miej dla niego, i żyj sprawiedliwie;Długo, czy krótko, to zostaw Niebiosom.Teraz bądź gotów ujrzeć inny widok.»Spojrzał, a przed nim rozległa płaszczyzna,Na niej namioty rozmaitej barwy,Przy jednych stada bydła na pastwisku,Z drugich dochodził odgłos instrumentów,Harf i organów, brzmiących melodyjnie.Widać też było tego, który strunyPoruszał, tłumił; dłoń jego biegałaWyżej i niżej, miarę zachowując,Płynęły w przestwór pełne życia fugi.Po drugiej stronie pracował przy kuźniCzłowiek nad stopem kawałów żelazaI miedzi, które ogień przypadkowy,Niszczący lasy w górach i dolinach,Spławił, dosięgłszy żyły metalicznej,I do jaskini wpędził płyn ognisty,Lub ją wypłukał z ziemi potok rwący.Kowal spław spuścił w formy wprzódy z glinyPrzygotowane; z niego tworzył pierwszeNarzędzia swoje, a następnie wszystkoCo się z metalu ulać lub rznąć daje.Po nich, z przeciwka, z sąsiedniego wzgórza,Odmienne plemię zeszło na dolinę.

Zdawali się być ludzie sprawiedliwi,O należytą chwałę Boga dbaliI o poznanie dzieł Jego nieskrytych;Wreszcie i o to, co wolność i pokójZapewnia ludziom. Szli niedługo owąRówniną, kiedy spostrzegli z namiotówWystępujące grono pięknych niewiast,W bogate szaty i drogie kamienieStrojnych: przy dźwięku arf śpiewały pieśniI rozpoczęły tańce. Choć poważni,Mężczyźni chętne rzucali spojrzenia,Coraz to większą folgę oczom dając,Aż pochwyceni silnie w sieć miłości,Poddali jej się: każdy wybrał lubąI o kochaniu gwarzył, aż wieczornaZabłysła gwiazda, posłanka miłości.Pochodnię ślubną wnet każdy zapalił,Wzywając Hymen w obrzędach weselnych;Wrzawą świąteczną i wesołem graniemBrzmiały namioty. Taki widok błogiSzczęśliwych dziejów miłości, młodościNiezmarnowanej, śpiewów, wieńców, kwiatów,Czarów muzycznych, tknął serce Adama,Uznającego chętnie, że przyrodaSama nakłania do rozkoszy: rzekł więc:«Błogosławiony Aniele, co oczyMoje otwierasz ku prawdzie, ten widokLepszy o wiele i wróży na przyszłośćWiększą nadzieję dni szczęścia, pokoju,Niż dwa poprzednie. Tam była nienawiść

I śmierć, lub wiele od niej gorsza męka;Tutaj przyroda zda się wszystkie swojeOsiągać cele.» A Michał mu na to:«Nie to najlepszem miej, co rozkosz budzi,Chociaż naturze zda się odpowiednie;Do wyższych celów, do czystych i świętychStworzony jesteś, wizerunku Boski.Piękne namioty, któreś widział, byłyBezbożnem gniazdem, skrywającem plemięTego, co zabił brata: wielbią nibyWytworną sztukę upiększania życiaI wynalazki, nie pomną na Stwórcę;Że ich nauczył Duch Jego tych darów,Nie chcą uznawać. Ale będzie piękneIch pokolenie: widziałeś kobiety,Zda się boginie, łagodne, wesołe,Lecz próżne dobra wszelkiego, na któremOparty niewiast domowitych honorI główna chwała. Wychowane tylkoDo wyuzdanych pożądań, do śpiewu,Tańca i strojów, do czczego świegotu,I przewracania oczu. A z plemieniaWstrzemięźliwego mężczyźni. BożymiSynami zwani dla swej pobożności,Im swoję cnotę i zaszczyt wydadzą,Za wdzięk i uśmiech bezecnych bezbożnic,Chociaż powabnych: opływają w szczęście,Wkrótce ich fale poniosą; śmieją się!Za śmiech ten wkrótce świat zapłaci łzami.»Krótkiej radości Adam pozbawiony,

Odrzecze: «Jakaż to nędza i hańba,Że ci, co życie dobrze rozpoczęli,Na boczne ścieżki teraz zawracają,Lub omdlewają i giną wpół drogi!Widzę i tutaj, że źródło niedoliLudzkiej z niewiasty swój początek bierze.»«Z niedołężności mężczyzny pochodzi;»Na to mu Anioł, «mógł swe stanowiskoSilniejszą ręką dzierżyć, gdy otrzymałMądrość i inne wysokie przymioty.Teraz bądź gotów do innych widoków.»Spojrzał, a przed nim rozległe przestrzenie:Wioski, uprawną rolą przedzielone,Miasta, w wysokie wieżyce i bramyZdobne, w nich tłumy zbrojne, groźne twarze,Olbrzymi wzrostem, umysłem zuchwali;Ci się ćwiczyli w użyciu oręża,Ci dosiadali rumaki spienione,Jazda, piechota, czasu nie tracili;Z furażowania jeden oddział wracał,Pędząc przed sobą zdobycz: stado bydła,Z soczystych pastwisk spędzonego, owceWełniste, przy nich beczące jagnięta;Pasterze ledwie ujść zdołali z życiem,Krzycząc ratunku. Wkrótce nastąpiłoDwu wojsk przeciwnych starcie, — krwi rozlanie;W okrutnym boju zmieszały się szyki:Pole, na którem przed chwilą się pasłySpokojne trzody, trupami i broniąZasiane, zlane krwią, opustoszałe.

Tu inny oddział wojowników szturmemChce zdobyć twierdzę, stawia baterye,Zakłada miny, pcha się z drabinami;Tamci się bronią, miotają pociski,Groty, kamienie i ogień siarczysty:Z obu stron czyny męstwa i rzeź krwawa.Na innem miejscu herold obwołujeZebranie rady w miejskiej bramie: wkrótceStarcy sędziwi i poważni wespółZ bojownikami schodzą się i radzą.Słychać przemowy, wkrótce wzrosły spory.Nareszcie powstał mąż średniego wieku,Roztropny, mówił o sprawiedliwości,Prawie i prawdzie, pokoju i wierze,O sądzie boskim, lecz starzy i młodziSzydzili z niego, i już go chwytaliW gwałtowne dłonie, wtem obłok spuszczonySkrył go i z tłumu wyprowadził cało.Tak panowała samowola, ucisk,I prawo miecza w całym kraju, nigdzieSchronienia przed niem. Adam, łzami zlany,Pełen żałości, swego przewodnikaZapyta: «Któż są owi słudzy śmierci?Nie ludzie, kiedy tak nieludzko siejąŚmierć między ludzi, i tysiącznie mnożąGrzech tego, który zabił swego brata;Bo ludzie ludzi, więc swych braci tępią.I któż to był ów człowiek sprawiedliwy,Który za swoję prawość byłby przepadł,Gdyby mu Niebo nie dało ratunku?»

Michał mu na to: «Takie są owoceTych, coś oglądał, małżeństw źle dobranych,Gdzie dobrzy z złymi łączą się bezmyślnie,Chociaż wzajemny wstręt ku sobie czują;Płodzą potwory ciałem albo duchem.Takimi byli ci Olbrzymi sławniW czasach, gdy tylko siłę uwielbiano,Zwąc ją dzielnością, bohaterską cnotą;Zwycięstwo w boju, podbicie narodów,Zdobycie łupów, rzeź ludzi niezmierną,Jako szczyt ludzkiej chwały uważano,Tryumfem było nazwać się zdobywcą,Władcą ludzkiego rodu, bóstwem, alboPotomkiem bogów: słuszniej zwać się mogliNiszczycielami, plagami ludzkości.Tak wzrasta rozgłos i chwała na ziemi,Cisza ukrywa prawdziwą zasługę.Ów mąż, coś widział, siódmy z twego rodu,Jedyny prawy wśród tłumów przewrotnych,Znienawidzony i nieprzyjaciółmiŚciśnięty za swą sprawiedliwość, za to,Że głosił wstrętną dla nich prawdę, przyjścieBoga w orszaku świętych na sąd świata,Z rozkazu Boga, na skrzydlatych koniach,W chmurze wonności, poniesion ku Niebu,By tam w błogości i w obliczu BogaChodził, prawami śmierci nieobjęty.Byś widział, jaka jest dobrych nagroda,A jaka innych oczekuje kara,Zwróć teraz oczy, zobaczysz tę drugą.»

Tu Adam ujrzał zupełną odmianę:Brązowa gardziel wojny grzmieć przestała,Wszędzie wesołość, zabawa, rozkosze,Zbytek, hulanka, biesiady i tańce;Żenią się, albo w luźne wchodzą związki,Gwałt, cudzołóztwo, jako się przydarzy,Lub jak pociągnie przelotna ponęta;A po kielichach rozterki i bitwy.Wreszcie pojawił się starzec poważny,Ich wyuzdanie surowo naganił,Przeciw ich drogom świadcząc; nawiedzającIch zgromadzenia, skażone rozpustą,Do nawrócenia skłaniał i pokutyTe ujarzmione dusze, które czekałNieunikniony sąd; lecz wszystko próżno.Widząc, że próżno, zaniechał upomnień,Daleko swoje odsunął namioty,I z gór potężne wyrąbując kloceZaczął budowę olbrzymiego statku.Rozmierzył długość, szerokość, wysokość,Dokoła cały wysmarował smołą,W drzwi zaopatrzył, i zapasy liczneZebrał dla ludzi i zwierząt. NiebawemCud stał się wielki, każdego zwierzęcia,Ptaka, owadu drobnego par siedemWeszło do arki, każde w swoje miejsce;Ostatni wszedł w nią starzec, trzej synowieJego, ich cztery żony, a drzwi zamknąłSam Bóg za nimi. Wnet wiatr południowy,Na czarnych skrzydłach ważąc się szeroko,

Napędzi! wszystkie chmury, jakie byłyPod niebiosami, jednocześnie wzgórzaŚlą swą daninę: mgły, pary, wyziewyCiemne a mokre zasłoniły niebo,Jak czarny pułap; lunął deszcz gwałtownyI nie poprzestał, aż zatopił ziemię.A korab płynął, wysoko wzniesiony,To w tę, to w ową stronę po przez fale,Lecz je przecinał ostrym jak dziób przodem.Inne budynki wszystkie skryła woda,W głębokich nurtach tocząc ich ozdoby;Morze tonęło w morzu, znikły brzegi:Tam gdzie niedawno przepych się roztaczał,W pałacach morskie legą się potwory;Cały ród ludzki, tak liczny niedawno,Na kilku deskach unosiły wody.Jakaż cię żałość nękała, Adamie,Gdy ci oglądać przyszło taki smutnyKoniec twojego rodu, zniweczenie!I ciebie zalał potop łez i smutku,I tyś w nim tonął, jak twe biedne dzieci,Aż tknięty ręką łagodną Anioła,Wstałeś, bez folgi w żalu, jako ojciec,Gdy w jego oczach giną jego dzieci.Ledwieś wyjąknąć zdołał taką skargę:«Straszne widzenie! Lepiejby mi byłoŻyć nieświadomy przyszłości! Mój udziałNiedoli sambym znosił, dość mi dźwigaćDnia utrapienie; teraz wielu wiekówCiężar odrazu spadł mi na ramiona.

Mą świadomością przedwcześnie zrodzone,Wprzód nim nastaną wieki dręczyć będąTem, że być muszą. Niechaj odtąd nigdyNikt się nie stara wiedzieć, co się stanieW przyszłości z jego dziećmi lub z nim samym;Złemu, co przyjść ma, zapobiedz nie zdoła,Choćby wprzód o niem wiedział, więc się trapiPodwójnie, myślą i rzeczywistością.Teraz już wszystko jedno, niema kogoOstrzegać, bo tych kilku ocalonychGłód i strach zmorzy na wodnej pustyni.Gdy gwałt i wojna ustały na ziemi,Miałem nadzieję na szczęście powszechneRodu ludzkiego pod tarczą pokoju:Złudzenie było, bo widzę, że pokójTak samo psuje, jak wojna pustoszy.Czem się to dzieje? I czy w taki sposób.Rodzaj człowieczy ma swój byt zakończyć?»Na to mu Michał: «Tych, którzy niedawnoTryumfowali w rozkoszy i zbytku,Widziałeś przedtem, jako dzielnych w bojuI spełniających świetne czyny, alePróżnych prawdziwej cnoty. WytoczyliStrumienie ludzkiej krwi, przeliczne ziemieOpustoszyli, podbili narody;Zdobyli przytem wysokie tytuły,Sławę po świecie i bogate łupy;Prędko zawrócą do zbytku, rozkoszy,Wygód, rozpusty, pijaństwa, próżniactwa;Wreszcie ich duma i do waśni zbudzi,

Do krwawych czynów, nawet wśród pokoju.Zawojowani niewolnicy takżeZ wolnością wszelkiej pozbędą się cnoty,Zrzekną się Boga, który ich nie wspomógłW stanowczej bitwie przeciw napastnikom,Bo ich udaną pobożnością wzgardził.Odtąd ostygnie tych ludzi gorliwość,Polubią życie bez troski, światoweI wyuzdane, czego im nie wzbroniąWładcy, a ziemia swych płodów z nadmiaremDostarczy, kusząc wstrzemięźliwość człeka.Tak zwyrodnieje, zepsuje się wszystko,I sprawiedliwość i umiarkowanie,Prawda i wierność pójdą w zapomnienie,A tylko jeden człowiek, syn jedynyŚwiatła w ciemnościach wieku, wytrwa w dobremWbrew złym przykładom, pokusom, zwyczajom;Wymówek, wzgardy, gwałtów się nie zlęknie,I napominać będzie ludzi grzesznych,Im ukazywać ścieżki prawdy, pokójI bezpieczeństwo dające. ZapowieRychły gniew Boży, jeżeli pokutąNie zgładzą grzechów: odejdzie wyśmiany,Ale Bóg uzna, że jeden z żyjącychOn sprawiedliwy. Z Boskiego rozkazuZbuduje arkę cudowną, coś widział,I z swą rodziną będzie ocalonyWśród skazanego na zagładę świata.Jak tylko człek ów, wraz ze zwierzętamiŻyć mającemi, umieści się w arce,

Wnet katarakty niebios się otworzą,Dzień i noc padać będzie deszcz na ziemię:Źródła wybuchną z głębokich pokładów,Podniosą morza, te zaleją brzegiI ziemię całą i najwyższe góry.Wtenczas i Górę Rajską bystre falePodniosą z miejsca, obnażą z zieleni,Rozniosą drzewa, ona sama prądemWielkim pognana, osiądzie w zatoce,Jako przesiąkła solą, pusta wyspa,Przytułek morskich zwierząt, mew wrzaskliwych,Aby wiedziano, że Bóg nie nadajeŚwiętości miejscu, jeśli jej nie wnosząLudzie, którzy tam wchodzą, lub mieszkają.A teraz zobacz, co nastąpi dalej.»Tu ujrzał Adam, że arką bujałyFale opadłe znacznie, chmury spędziłOstry północny wiatr suchy i marszczyłOblicze wody, jakby zestarzałe.Na jej zwierciadło spoglądało słońceJasno, gorąco, i jakby spragnione,Spijało chłodne szczuplejące fale;Stojące morza, w ruch wprawione, wolnoŚciekały w głębią, która swe upustyTeraz zamknęła, jak niebo swe okna.Arką już fale nie miotają, zda sięNa szczycie jakiejś góry mocno wsparta.I gór wierzchołki jawią się, jak skały,Z nich wypadają potoki, z łoskotemPędząc do morza, które wciąż opada.

Z arki najpierwszy kruk wyleciał, drugiPewniejszy poseł, gołąb, wypuszczony,Aby wyszukał ziemi lub gałązki,Na której mógłby począć, za powrotemDrugim gałązkę oliwną niósł w dziobie,Jako pokoju godło. Wraz się zjawiaGrunt suchy, z arki wyszedł człek sędziwyZ rodziną swoją i wszelakiem zwierzem.Gdy złożył ręce i wzniósł oczy w górę,Dziękując Niebu, ujrzał nad swą głowąChmurę rosistą, na niej łuk potężny,Ze trzech kolorów najżywszych pas świetny,Na znak pokoju i przymierza z Bogiem.Serce Adama, dotąd tak nękane.Uczuło radość, i tak ją wyraził:«O ty, co przyszłe życie możesz jawićJak teraźniejsze, mistrzu mój niebiański,Ostatni widok nowe wlał mi życie:Widzę, że człowiek i wszystko stworzenieŻyć będą, każde ze swego nasienia.Mniejszą mam żałość, że zginął świat całyZłych synów, w obec radości niezmiernej,Że znaleziony taki doskonałyI sprawiedliwy chociaż jeden człowiek.Iż Bóg świat nowy z niego wywieść raczy,A gniew swój cały porzuci w niepamięć.Ale co znaczy ta barwista wstęga,Ów łuk potężny, jak gdyby brew BogaPrzejednanego? Albo może to jestObrącz kwiecista, ściągająca brzegi

Chmury wilgotnej, aby po raz drugiW deszcz rozpłynięta nie zalała ziemi?»Na to mu Anioł: «Dobrze się domyślasz.Bo chętnie Bóg swój słuszny gniew porzuca,Chociaż żałował, że stworzył człowieka,Tak podległego zepsuciu; a w sercuBolał na widok ziemi pełnej gwałtówI porażone grzechem wszelkie ciało.Złych wytępiwszy, taką on jednemuSprawiedliwemu okaże łaskawość,Że nie zniweczy całego rodzaju,Raczej upewni przymierzem, iż nigdyNie zniszczy ziemi potopem, ni morzuPozwoli z brzegów wystąpić, ni deszczomZatopić ziemię z ludźmi i zwierzęty.A jeśli chmury pośle ponad ziemię,Położy na nich swój łuk trójbarwisty.Aby go widząc, twoje pokoleniePrzymierze boskie miało na pamięci.Dzień, noc, czas siewu lub żniwa, upałyI biała zima pójdą zwykłym torem,Aż ogień niebo i ziemię odnowi,Przyszłe mieszkanie wszystkich sprawiedliwych.»