Dobosz (1896)
Gdzie się jodeł las zieleni,Gdzie po łące Prut się pieni,Idzie Dobosz dzikim boremI podpiera się toporem,Bo głęboka w nodze ranaOstrem cięciem mu zadana.Stanął, w dłonie ostro świsnął,Topór za toporkiem błysnął.
»Chłopcy! bierzcie strzelby grzmiąceI toporki wasze lśniące,Ufni w sile, ufni w mocyChodźcie za mną w cieniu nocy.Do Kosmacz wiedzie ta ścieżka,
Tam gdzie Stefan Dźwinko mieszka.Tam na skale, tam nad wodąMieszka Dźwinko z żoną młodą.Miejcie baczność, o Huculi,Waszej zwierzam życie kuli,Waszej sile, waszej broni.Stańcie wkoło na ustroni;Ja pod oknem przy tej ścianieCichym głosem zwabię Ksenię.«
»Ksenio piękna i wesoła,Wyjdź z twej chaty, Dobosz woła;Wychodź prędzej, noc ucieka,Dobosz tu na ciebie czeka.Czyś nie sama? czyś usnęła,Żeś tak mocno drzwi zamknęła?«
»Ja tu sama, ja cię słyszę.Czegoś nocną przerwał ciszę?Czegoś przyszedł pokryjomu?Idź, Doboszu, idź do domu;Do kochania tyś za młody,Wracaj nazad do twej trzody.Wiele Prutem wód upłynie,Nim ty wzrośniesz w połoninie.Graj na trąbie, splataj kwiaty,Ty nie wejdziesz do mej chaty;Drzwi z cisiny, mocne zamki,A u drzwi żelazne klamki.«
Ale Dobosz silną dłoniąW drzwi uderzył. Okna dzwonią;
Drzwi nie rozbił. W dłonie świsnął,Topor za toporkiem błysnął.»Niech gorąco kule lecą,Niech toporki tu zaświecą,Niech żelazne zamki pękną,Niechaj drzwi cisowe jękną.«Lecz któż się tam zdradnie skradaI ze strzelbą na dach siada?Stefan Dźwinko długo mierzył,Aby prosto w pierś uderzył,I Doboszu w twoim łoniePoświęcona kula tonie.Tyś stał w party na siekierce,Kula prosto trafia w serce.Piękny Dobosz już się chwieje,Oczy gasną, twarz blednieje;Gasną osłabione oczy,A strumieniem krew się toczy.Dziki rzuca wzrok dokoła,Na swych wiernych chłopców woła.
»O wy wierni mi Huculi,Na ten topor i na kulę,Na tę kulę, co w mem łonieOstrym śmierci ogniem płonie,Przysięgnijcie mścić śmierć moję!A mnie nieście w połoninę,Tam na alpie niechaj ginę.Na toporki bierzcie ciało,
Nieście szybko, nieście śmiało,Gdzie się jodeł las zieleni,Gdzie się zimne źródło pieni;Idźcie ścieszką, tu przez skały,Którą Dobosz chodził śmiały.W połoninie jest murawa,Rosą wonną lśni się trawa;Tam jest jawor, w jego cieniNiech się grób mój zazieleni.«