Za chlebem (Hoffman)

Karol Hoffman (1855–1937)

W dziedzińcu koło bramy wielkie zbiegowisko,Jeden tłoczy drugiego, by mieć miejsce blizko.W środku tłumu dwaj chłopcy na podartej derzePrzewracaniem koziołków zajmują go szczerze.Obcisłe ich trykoty od chłodu nie chronią,Więc nieraz malcy z zimna zębami zadzwonią.Nieraz wątłem ich ciałkiem wstrząśnie długie drżenie,Nieraz swemi główkami uderzą w kamienie...Lecz to sztuk nie przerywa, bo pan ich uparty,Bo wiedzą, że gdy gniewny, to już nie na żarty...Wolą zatem ból znosić i febryczne dreszcze,Niż jedno ócz opiłych spojrzenie złowieszcze.Więc przewracają kozły, a pan w bęben wali,Tłum się cieszy i śmieje... i tak dalej, dalej...Na to razem z innymi patrzy górskie dziecię —Druciarczyk, co zarobku już szuka po świecie...Chociaż zdala od swoich — ma swobodę ptaka,Nie zna bata nad sobą, ni szaty cudaka.Nauczyli go starsi druciarskiej robotyI szuka w świecie chleba, pełen sił, ochoty...

Ostatni skok zrobiono — już koniec zabawy,Począł się zwolna motłoch przerzedzać ciekawy...Z talerzykami w koło obeszły dzieciaki,Posypały się drobne: srebro i miedziaki...Sumka dosyć poważna... pan zgarnął ją żwawo,Chłopcom rzucił kęs chleba, z śmiechem mruknął: brawo!Warciście dziś nagrody, jeden z drugim synku!I brząkając pieniędzmi, powiódł ich — do szynku...Z obszernego dziedzińca znikła tłumu fala.A w tem głosik się rozległ małego górala:— Hej, hej! garnki drutować!... Nie czekał też długo,Gdyż mu dano robotę i jedną i drugą.Że chłopczyna szył drutem dokładnie i żywo.Nie marł z głodu i zimna, miał owszem grosiwo,I radość promieniła twarz jego różową,Że nie walił, jak skoczki, o kamienie głową.