Ze wsi — całość
Poezye
Jak stół biesiadny żeńcom podany,Ziemia w przededniu wielkiego żniwa.Złotą symfonię słońce dogrywa —Stron mu tysiącem rozchwiane łany,
Wian zbóż szafirem chabrów dziergany,Zwichrzonych kłosów złocista grzywa,Struną mu miodna, hreczana niwa,Mleczny gościniec skrzydłem pszczół tkany.
A po ugorach stoją dziewannyTęsknie wpatrzone w szmat nieba siny —Niby kapłanki białej Marzanny
Kwiatem wyrosłe z gruzów Gontyny,I w pieśń wsłuchane oną przedwieczną,Zbożną i polną — kwietną — słoneczną.
Zmierzch
W mgieł opalach rozwleczon, osnuwa powoliPoczerniałe ścierniska pełne zimnej rosy,I wierzb sennych rozwiane żałośliwe włosy,I kurhany zdrzemane w rozoranej roli.
Jak ptak zmęczon opada w mgławej aureoliŚwiateł kędyś gasnących — w rdzawe sianokosyLecą dzwonów cmentarnych zabłąkane głosyI wiodą jak piastunka tęskną baśń złej doli.
Pójdę znaną ścieżyną, dziś szarą od mroków,Pod ciężką, od mgieł wilgną oponą obłoków,Pójdę szukać rozwianych wróżb białych stokroci —
Czterolistnych koniczy — pocałunków żarów —Pójdę szukać wśród chłodem wiejących oparów,Czy się kędyś zbłąkana skra słońca nie złoci.
Jak gwiazdy, spadłe na czarne zagony,Jaśnieją sterty pszenne i żytniane,A czoła w mleczną owinął im pianęPajęczych przędziw łańcuch wysrebrzony.
Z ognisk pastuszych bije blask czerwony,Złocą się iskry przez dymy przesiane,I słychać głosy tęskne, rozśpiewane —Rusińskich dumek rozełkane tony.
I cisza znowu. Chłopskie wierzby siweOpadłem liściem mącą wodę w stawie —Słychać ciągnące odlotne żórawie.
Białe przędziwa gdzieś lecą przez niwę,Białe przędziwa płyną — wiatr je mota —I płynie z stepów bezdenna tęsknota.
Przed burzą
W chmur wilgotnych szarudze szmat krwawej purpury,Niby witraż w stok piekieł pożarnych wtłoczony,Szkielet suchej topoli kurczowo skręconyCzarnych ptaków upiorne obsiadają sznury.
Ptaki-widma psalmują swe pokutne chóry,Jakby piekieł dantejskich słał ich krąg czerwony,By w rozdartą pierś drzewa utopiły szponyI w chmur poszły szarugę, w szmat krwawej purpury.
Idzie Groza posępna szlaki wichrowemi,W wężowatych błyskawic okręcona wstęgi,Idzie żagwie płomienne cisnąć w widnokręgi
I swą stopą okrutną tak ugnieść pierś ziemi,By jak zwierzę zwalczone legła w głuchej trwodzePod błękitem złowieszczym w łunach i pożodze.
Z tęczy i ze krwi chmury łunę plotą,Niebo się krasi bajecznymi kwiaty —Płyną obłoczne purpury, granaty.Fiolety wstęgą przetykane złotą.
I cała ziemia zdaje się pieszczotą,Utkaną z kwiatów, słońca i uśmiechu.I cała ziemia zdaje się bez grzechu,Jedną olbrzymią miłosną tęsknotą.
Więc wśród tych blasków, co się złotem jarzą,Ramiona w przestrzeń gdzieś szlą uścisk mięko —I na pierś czyjąś chce się upaść twarzą
I otoczonym być kochaną ręką —I z ust spragnionych wszystkie przelać skargiW czyjeś kochane, czyjeś słodkie wargi.
Śnieg
Loty kwiatów rozwitych na mistycznej łące,Oderwanych od łodyg, ściętych kwiatów pęki.Uskrzydlonych gwiazd taniec leciuchny i mięki,Lotne gwiazdy, srebrzyste motyle goniące.
Lecą... gwiazdy... motyle... i kwiaty iskrzące...Lecą... spadły — siew biały z pod anielskiej ręki.Jak dziewiczej orkiestry przytłumione dźwiękiGrają bielą barw, tonów pyły wirujące.
Tak grają, że się duszę chce rozewrzeć całą,I tą bielą się osnuć — w tę kaskadę białąNurzać duszę, i srebrzyć ją mleczną ponową,
By dziewiczą się stała krysztalną alkową.A wówczas na jej szybie błękitnej wykwitnąKwiaty marzeń młodzieńcze z koroną błękitną.
Twardo posnęli i nie wyjdą w pole,Choć dzwonią sierpy wśród złotej kurzawy,A dziewki, idąc wzdłuż zbożowej ławy,Wian dożynkowy przynoszą na czole.
Posnęli — w krzyżów trójramiennych kole,Wśród jagód krasy, miętą wonnej trawy,Gdzie gwiezdnooki kwitnie mlecz złotawyI pachną kwiaty w cmentarnianym dole.
Krasną opończę i pojas czerwonyWłożono gazdom na ostatnie święto.Nad nimi trawy pachną rutą, miętą —
I dym się z chałup wlecze na zagony —I błogosławi im przez carskie wrotaPreczysta maty, byzantyńska, złota.
Noc
Cicho stąpa, gwiezdnymi połyskliwa ćwieki,Czarna lilia, przysłana z rajskich wirydarzy,By światu przynieść spokój bladych mniszek twarzyI skinieniem zapalić niebios mleczne rzeki.
Gwiazd opale z pod sennej iskrzą się powieki,Sierp miesiąca wśród czarnych warkoczy się jarzy —I cicha pośród cichych błąka się cmentarzy,I śpiącym tam przynosi hymn lasów daleki,
I kwiaty im zsypuje do mogilnej cieśni —Bladych dzwonków kielichy, słodką biel stokroci —I miesiąca poblaskiem chłodne skronie złoci,
I dawno zapomnianej każę odżyć pieśni,I gwiazdy rozsypuje z oczyma srebrnemi,Mrokiem czarnych kadzideł wstrząsając nad niemi.
Na srebrne stawu zwierciadło lecą —I świecą złotem — i miedzią świecą,I lecą trwożne jak błędne duchy,Jak serc porwanych krwawe okruchy...
Przez wiatr rozsiane serc krwawych strzępyMiędzy pobrzeżne szuwarów kępy...Jakby łzy lecą... jakby ból kwiatów...Jak pocałunki słane z zaświatów.
I lecą... lecą... a gdy na faliMglisty się pierścień świateł rozpali,To się w tej smętnej pławią jasności,
Niby korowód cmentarnych gości...Na srebrne stawu zwierciadło lecąI świecą złotem i jak krew świecą...