Podole
Na stu koniach jadę!Każdy dzień zarumienia moje usta blade,Sieje mi blask do oka i przysparza siły.A jedziemy rodzinnem Podolem; mogiłyZ łona pól wstają — na nich posępny, samotnySiedzi orzeł, tych grobów wysłannik powrotny,Sprawia się z odbytego przed braćmi poselstwa.Gdzieniegdzie przezroczysta, niewielka dąbrowa,Kędy mnóstwo słowików nosi się i chowa,A ona, pełna jęków pieśni i anielstwaStoi — u mogił ni to chór pogrzebnych płaczek.Ciągnie się łan za łanem, obszar za obszarem,Z jeziorek dolatują gwary dzikich kaczek,Zresztą głucho; niekiedy równia się urywa,Droga wężowym ruchem po kamieniach spływaDo rzeki, co z poważnym szumem płynie jarem —Jakież to ona brzegi wygniotła ciężarem!Piętrzą się skalne ściany a na litych skałach
Sterczą zamków zwaliska; nieraz cichą nocąRozlega się grzmot w górach, jak po Samopałach,Huk podobny taranom, gdy mury druzgocą,Zdaje się, że zamek wre szturmem; arkadaPękła — i tym hałasem żegna świat i spadaDo wody zapomnienia. Kiedy księżyc bladySrebrnem światłem spustoszeń pozaciera ślady,Każemy stanąć koniom, do ruin idziemy —Tam w zamkowym dziedzińcu siadamy na głazie,A ojciec mi przed duszę obraz po obrazieZe starych kronik rzuca; i wówczas ten niemy,Ten śpiący zamek dla mnie napełnia się wrzawą,Jacyś ludzie stąpają zbrojni i w żelazie,Inni jak w sufit mieczem biją pod murawą —Słyszę ich! drżący, ręką po mem czole wiodę,Serce mi bije głośno... Złote serce młode!