Kain (Lisle)

Leconte de Lisle (1818–1894)

Translated from French by Antoni Lange

W trzydziestym roku, w czasie próby długowiecznejPojmany do niewoli na ziemię Assura,Togorma, mąż Widzący, syn Elma, wnuk Tura,Miał taki sen, gdy usnął, wśród trzciny nadrzecznej,W godzinie, gdy pod słońcem bieleje natura.

Od kiedy strzelec Jahweh, co śmiertelne ciosyMierzy w silnych, ich ciałem karmiąc sępów stada.Oddał lud swój w niewolę Assyryi — gromadaCała, goląc na czaszce i twarzy swe włosy —Głucho milcząc, bezmyślnie pod jarzmem upada.

Ugięci pod ciężarem tych nędz ustawicznych,Zgłodniali i spragnieni, spoglądali w strachuNa ruiny swych grodów i świątyni gmachu,A jak surowe mięso na jatkach publicznych,Wisiały ich książęta na szubienic haku.

Stopa nieobrzezanych gniotła kark i duchaWalecznych. W proch upadły, spustoszały muryŚwiątyni, gdzie swe modły śpiewały praszczury,I dziewice płakały pod biczem eunucha,A z niebios patrzał Jahweh — niemy i ponury.

Więc w dzień ów, zostawiwszy przy prababkach siwych,Na swych matach skórzanych uśpione dziecinyI przecudne niewiasty smutnej swej drużyny,Syn Elama, od młyńskich trudów uciążliwych,Znużony, nad Khobarem legł usnąć śród trzciny.

Na pastwiskach promieńmi oblanego łanu,W cieniu palm spoczywały byki i rumakiI wielblądy dwugarbne, a przy nich strażaki,Co przybyli z chaldejskiej ziemi i z Iranu.Togorma, mąż Widzący, miał sen. Oto taki:

Oto był wieczór czasów tajemniczych świata,Wówczas, gdy od południa słońc do zórz północy,W przyrodzie rozkwitały pełne świeżej mocy:Skała, kwiat, zwierz i ptaków gromada skrzydlata,I gdy Bóg wśród swych istot oddychał wszechmocy.

Więc był to wieczór czasów. Nad wzgórzami chmury,Wznosząc się nad kipiącej morskiej kadzi łono,Zwieszały się na niebie, jako ołów bury;To znów, porwane wirem szalonej wichury,Z hukiem się w błyskawicę wiążą nieskończoną.

Na zachód jakieś zéze oko purpurowePogrążało się zwolna w złote morza piany,

A na wschód Gelboe-hor spadzisty, odzianyOd podnóża do szczytu w swe blaski surowe,Płonął, jak stos żałobny — jeszcze krwią oblany.

A w oddali, w oddali szumią pustyń piachy,Kędy wyją szakale i gdzie ryczą osły,I kędy naraz potwór jaki wielkorosłyZgrzytem kłów lodowate sieje wokół strachyI łamie stare palmy, co zielono rosły.

Lecz pod Gelboe horu pasma szczytem świeżym,W gęstej mgle, gorejącej od tych płowych woni,Które rozlewa niedźwiedź i król puszcznych błoni,Lew, ryczący jak wicher na morzu bezścieżnem —Słychać było nieznany szum — w pomroku toni.

I widział mąż ów zdala, jak rosła brzemiennaŻelazem — ściana grodu, a ponad nią wieże —I pałace miedziane, niezdobyte leże,Ul ogromny, o wnętrzu straszliwem, Gehenna,Gdzie dni dawnych mieszkali olbrzymi rycerze.

A ci schodzili z szczytu gór i z równin dali —Z głębi lasów i pustyń wieczystych bez wiosny,Niezłomniejsi nad cedry i wyżsi nad sosny —Zmęczeni, zlani potem, ciężko oddychali,A każdy w grubych ustach cierpiał głód nieznośny.

A na barkach każdego leżał lew krwiożerny,Kosmaty niedźwiedź, albo jeleń wielorogi,A olbrzymie niewiasty ich przez leśne drogi,Niosąc w dzbanach kamiennych kryształ wódz cysterny,Szły, z nagiemi ramiony, wolno stawiąc nogi.

Szły, rzucając przed siebie swe dumne spojrzenie,I stąpały pół nagie i zwinne — z pogodą,Co była straszna swoją siłą i swobodą;I białe swoje stopy na mech i kamienieZ jednakowym spokojem po kolei wiodą.

Wiatry, pełne szacunku, w ich warkoczy splotach,Drżąc po ich marmurowych karkach się błąkały,A ściany krwi kolorem malowanej skały,Niby wielkie zwierciadła, wiszące w ciemnotach,Szkarłatami wieczoru grzbiet im oblewały.

Osły z Khamosu — krowy z ciężkiemi wymiony,Czarne kozły i byki zbłąkane — szeregiemSzły — i, bite drągami — wartkim spieszą biegiem,I łydki wielbłądzicy gryzł kundel spieniony —I wrota skrzypią zawias pordzewiałych ściegiem.

Śmiechy, gwar, odgłos dzikich pieśni coraz żywszy,Pomieszany z żałosnem gnanych stad beczeniem.Niby huk skał pod fali burzliwem wstrząśnieniemSzły aż do wież, gdzie, na krzyż ręce założywszy,Stali starcy, skórzanem pokryci odzieniem.

Widziadła, którym broda całe piersi bieliI srebrną pianą błędnie na ramiona bieży,Nieruchomi od twardych, skórzanych kołnierzy,I którzy z szczytu murów dumnie się patrzeliNa swój lud, co ma w oczach głąb’ mórz bez rubieży!

I później kiedy wszystko: tłum i szum i pyłyZnikły za wałem grodu olbrzymów straszliwym,Mroki nocy z czeluści swoich wyłoniły

Głuchej grozy i strachu lodowate siły —Rozlane wśród tumanów w westchnieniu chrapliwem.

I Widzący czuł, jak mu staje włos na głowie,Gdy ujrzał, jak się z mroków ta zgroza wychyliI poznał w swoim duchu, że tu postawiliPrzed laty gród męczarni wyklęci przodkowie,Że tu jest grób Kaina na ziemi Hevili.

Tu stanął on skrwawioną stopą, zlaną kurzemI krwawem patrząc okiem, błędnej rzekł rodzinie:„Grób mi zbudujcie! Życia mego czas wnet minie.Złóżcie mię swobodnego pod kamiennem wzgórzem,Tułacz chce spać. Dość zniosłem bólów! Umrę ninie!

Ziemie, nieznane ludziom, dzikich gór pieczary,Wyście widziały, jakem tułał się po świecieBezustannie. Tu staję i padam. Na grzbieciePołóżcie mnie w mogile, twarzą w niebios gwaryO! wy mojej miłości i rozpaczy dzieci!

Niechaj słońce spogląda i niechaj deszcz myjePiętno, co mi nienawiść wyryła nad czołem,Ciało moje przed głodnym sępem i sokołemUchroni się. Mych pustych oczu mrok nie wyje;Bojaźliwi zamilkną nad mej śmierci dołem.

Ale niech jęki wichrów, niech groza katuszyCzuwań nocnych, niech głodu ból, niech błąkań zwiry,Niech żałoby wczorajsze i dzisiejsze kiry,Niechaj agonia światła napełnia me uszyI huczy w mojem sercu, jak potoku wiry!“

A więc tak uczynili. Orły uleciałyZ miejsca, gdzie ten straszliwy czyn był dokonany;Pradziad usnął w mogile, latami złamany,Według woli zwrócony twarzą na upałySłoneczne, na lazury i na burz orkany.

Enochio, twierdzo mężów straszliwych gromady,Pieczaro gwałtowników, niezwalczonych grodzie,Ty, coś nigdy nie znała — w rozpaczy ni głodzie —Strachu, ani wyrzutów! drżał syn Elma blady,Kiedyś stanęła przed nim w zmarłych wieków lodzie!

Widział twe wielkie schody, a na nich ognistePochodnie, co się wiją w nocnych wiatrów pyle,Słyszał ryki niedźwiedzi i lwów, które sileTwych łańcuchów uległy. Widział przezroczysteFale twych wód, gdzie czarne jęczą krokodyle.

I ze wszech stron w tym groźnym, żelaznym potworzeŚpiących z otwartem okiem dochodziły tchnienia,I tylko tu i owdzie, śród mroków milczenia,Jakieś widma żałobne opuszczały łoże,By słuchać tajemniczych szmerów nocy cienia!

Lecz oto z łona mroków rozdartych, od dzikiejGranicy puszcz, co huczą wrzawliwym cyklonem,Jakiś jeździec straszliwy na rumaku wronym,Z zaciśniętymi pięśćmi, z grobowemi krzykiBiegł przez góry i doły w galopie szalonym!

A jego jasne włosy w splotach jak rzemienieUlatywały z szumem, a koń biegł z tententem,A za nimi z chrapliwym i długim lamentem

Biegło tłumem olbrzymim rozliczne stworzenie,Które żyje na ziemi i nad firmamentem.

Orły i lwy drapieżne, psy i gadzin mrowie,Głodne sępy, niedźwiedzie, wilki i wilczyceI behemoty grube, jako twierdz wieżyceBiegły i przeklinały w swej ryczącej mowie,Enochu, twą ponurą i straszną stolicę.

Ale syny Aniołów spały w ciszy głuchejA wielki rycerz wołał: stanąwszy na murze,„Biada tobie Enochio! biada-ć, pychy wzgórze!Grodzie tego, co bunty knował od pieluchy,I którego przed czasem przeklął Bóg w lazurze!

Mogiło przeklętego! Dzień pomsty nadchodzi,Morze huczy i wyje, a powierzchnia faliWnet wyżej ponad góry na ptactwo się zwali:Zagłada ostateczna straszliwa się rodziI siedm pieczęci niebios piorunami pali.

I dzika puszcza mówić będzie: „Czem się stałaEnochia, podobna Gelboe kamiennej?Sęp i kruk mówić będą w swej mowie plemiennej,„Gdzie twierdza, co tu niegdyś strach naokół siała,Gród olbrzymi, o ścianie żelazem brzemiennej?

Zginiecie — bratobójcy przeklęci synowie!Ani pyłu, ni kości z was nie pozostanie! —Oto już niecierpliwe zawyły otchłanieNad pokoleniem tego, co w myśli i słowieNie chciał przed twą potęgą uklęknąć, o Panie!

O Kainie, Kainie! ty w noc bezpromienną,Jeszcze w łonie twej matki na wieki przeklęty.Biada ci! Dotąd słońce pije krwi odmęty,Co rozlała twa ręka maczugą kamienną,I wiecznie pić je będzie z trumny twej zamkniętej.

Ty, nad którego cichym snem króluje pycha,Nędzne ciało! Ty, duchu, pomście dany wiecznej,Któryś nie znał nadziei ni wiary słonecznej,Biada ci! Pies szczęśliwszy, co za miastem zdycha,W straszliwej ci twej zbrodni dojrzeć dał Przedwieczny!“

Wówczas pod ciemnym szczytem twierdzy buntowniczej,Podnosząc czoło, tułów, i piersi i ramięPośród przekleństw i obelg zwolna wstał w swej jamieOlbrzym, co go zrodziła na ten świat goryczyTa, przez którą zginęły syny twe, Adamie!

Stanął, wyprostowany w pościeli granitnej,Gdzie minęły już nad nim sześciowieczne lata,Jak usnął, by się więcej nie zbudzić dla świataI spojrzał w gęste mroki puszczy starożytnejI na piersiach spoczęła jego pięść kosmata.

Lice było pokryte brodą osiwiałą,Lecz pod gęstemi brwiami błyszczało mu oko,Jedną marą zajęte, otwarte szerokoI w horyzont od wieków w wiek na wstecz patrzało,Stając duchem przed świata młodzieńczą epoką.

Togorma widział wówczas, jak syny EnochaZbiegły się niezliczone, jak mrowie w wzburzeniu

Na wieże i na mury w jednem oka mgnieniu,Aby spojrzeć na dziada, który powstał z prochaI stał w grobie i marzył w głębokiem milczeniu.

A bestye wciąż ryczały w nienawiści dzikiej,A rumak, z nozdrzy krwawym buchając płomieniem —Łamał palmy jak słabe trzciny nad strumieniem,A wielki rycerz, strażnik Gehenny, swe krzykiGrobowe — łączył z bestyi stugwarnem ryczeniem.

Ale potężny człowiek nad swej trumny złomemWyciągnął sękowate ramię swe — i otoUszy bestyi ryczących napełnił głuchotą,I mówił głosem wolnym, wielkim niby gromem,Który wichry z ech w echa w dzikie puszcze miotą...