Sen Kondora (Leconte de Lisle, 1907)
Translated from French by Zenon Przesmycki
Ponad stromą wyżyną skalnych Kordylierów,Nad mgłami, gdzie się ledwie orzeł zbłąka wzbity,Wyżej nad pożłobione lejkowato szczyty,Gdzie wrą law krwawe wary śród złowrogich szmerów,Ze skrzydłami zwisłemi, które krew mu plami,Ptak olbrzymi, zapadłszy w chmurne odrętwienie,Milcząc na Amerykę patrzy, na przestrzenieI na słońce, co smętnie mrze mu przed oczami.Noc napływa od Wschodu, gdzie dzikie pampasyU stóp gór wypiętrzonych bezkreśnie się szerzą;
Sieje senność na Chili, miasta, brzegi, lasy,Na Pacyfik, widnokrąg z purpury rubieżą;Zawładnęła już całym niemym kontynentem,Piaski wzgórz, gór wąwozy przyodziała w kiry,Teraz ze szczytu na szczyt, rosnącemi wiry,Stąpa ciężkim przypływu ciemności odmętem.On — jak widmo — samotny — na cypla koronie,Skąpan w blaskach, któremi śniegi krwawią zorze,Czeka na to złowieszczo wzbierające morze:Ono zbliża się, wzdyma, w fali swej go chłonie.Gdzieś — w otchłaniach bezdennych — na niebieskim sklepieKrzyż Południa zapala gwiaździstą latarnię.On zachrapał z rozkoszy, piór swych lasem trzepie,Nagą, wygiętą szyję pręży muskularnie,Zrywa się, chłoszcząc Andów śnieżyste opoki,Z krzykiem głuchym się wzbija, gdzie wiatr nie dochodzi.Zdala od czarnej kuli, od żywych powodzi,Na rozpostartych skrzydłach śni w ciszy głębokiej.