Akt trzeci
Translated from Spanish by Julian Święcicki
Najlepszym sędzią król
Bóg jeden wie, jak ja pragnęPrzyjaźni z matką.
I słusznie.Szlachetnym wszędzie być umiesz.
Choć ciężko mię obraziła,Lecz zawsze... jest moją matką.
E! możesz chyba iść naprzód.
Już widzę tego, któremuOddałem duszę, nie mającNic nad nią kosztowniejszego.To jasne Kastylii słońce,To Trajan wspaniałomyślny,Herkules to chrześcijański,I wielki Cezar Hiszpanii.
Idź, do nóg padnij mu kornie,Tę silną rękę ucałuj.
Monarcho najmiłościwszy,Zwycięzki królu Kastylii!...O, pozwól mi ucałowaćTwe stopy, które mieć będąGrenadę za poduszeczkę,A gród Sewilli za dywan!...Poznajesz mię?...
GalicyjskiZiemianin, który mię prosiłO łaskę...
To ja, seniorze.
Nie trwóż się...
Z boleścią wielkąWróciłem do stóp twych, królu,Powtórnie prosić o łaskę,Lecz chociaż grzechem jest wielkimTa śmiałość moja, to jednakPrzebaczysz ją, o monarcho,Biednemu, który przychodziZnów błagać sprawiedliwości.
Mów śmiało — możesz być pewny,Że skargi twojéj wysłucham.Ubóstwo jest najpewniejszymDo łaski mojéj tytułem.
O królu niezwyciężony!Gdym do Galicyi wróciwszyTwe pismo wręczył Tellowi,By zgodnie z prawem słusznościPowrócił mi narzeczoną;Przeczytał, lecz nie uczciwszy,Tak wściekłym uniósł się gniewem,Że zamiast oddać mi dziewkęZniewagą okrył haniebną
Kornego woli twéj posła!..Tak mnie i tego pasterzaTraktował, że cudem tylkoUniknąć śmierci mogliśmy.Robiłem starania, żebyNie trudzić skargą monarchy,Lecz wszystkie były daremne.Ksiądz proboszcz, który się cieszyPowagą, przemawiał za mnąI opat z Samos wielebny,Współczuciem dla mnie przejęty,Nikt serca jego nie wzruszył.I téj mi nawet pociechyOdmówił, widoku lubej!...Przychodzę tu więc powtórnie,Tak żądać sprawiedliwości,Jak żądałbym jéj od Boga,Którego jesteś, o królu,Na ziemi naszéj obrazem!...
List ręką moją pisany...Czyż podarłby go zuchwale?...
By zwiększyć gniew twójKto inny „tak“-by powiedział,Lecz niechaj Pan Bóg mię strzeże,Bym kłamstwem sprawę swą wspierał.Przeczytał, lecz go nie zniszczył.Fałsz!... zniszczył, gdyż przeczytawszy,Rozkazu króla nie spełnił!...
Choć w nędznych żyjesz warunkach,Ty musisz mieć krew szlachetną,Lub zacnych ojców być synem;Z twéj mowy sądzę i czynów!!...Musimy zaradzić złemu.Henryku, hrabio...
Słuchamy.
Wyjeżdżam dziś do Galicyi;Mój honor tego wymaga,Zatrzymać to w tajemnicy.
Lecz, królu...
Rzecz już skończona!...Każ powóz do bramy parkuSprowadzić...
Pałac dla luduOtwarty — łatwo spostrzegą.
I cóż ztąd?... Służba niech powie,Żem chory.
Może-by lepiéj...
Dość tego... nie cofnę planu.
Racz chociaż wyjazd odłożyć,Dopóki o twéj chorobieKastylii nie uprzedzimy.
Wieśniacy...
Potężny królu...
Dotknięty gwałtem Don Tella,Uporem i okrucieństwem,Pojadę sam go ukarać.
Ty panie!... a tożby z ujmąDla twojéj było korony.
Wróć zaraz... dom swego teściaPrzygotuj i ani słowaO tém, co zaszło, nikomuNie powiesz pod karą śmierci!...
Tak żądasz, stanie się, królu.
A ty zaś pomnij, że gdybyNazwiska mego kto żądał,Odpowiedz: szlachcic kastylski!...
Masz język trzymać — rozumiész,Ot tak, dwa palce na ustach.
Tak szczelnie zamknę ją, żebymI ziewnąć nawet nie zdołał.Lecz myślę, że król pozwoliZ uwagi na moję słabość,Czasami coś... tak... przekąsić...
Rzecz prosta, nie chcę, ażebyśWciąż rękę trzymał na ustach.
O panie, to nazbyt łaskiDla takich jak my nędzarzów.Którego z sędziów racz wysłać,Niech prawu zadość uczyni.
Najlepszym sędzią jest król sam.
Więc będę ją mógł zobaczyć?...
Tak... Tello, pan mój, pozwolił.
Lecz pocóż... wobec nieszczęścia...
Tyś w błędzie... ona się broniZ odwagą nieustraszonąKobiety duchem niezłomnéj.
Dziewica mogłaż-by honorZachować w rękach mężczyzny?
Jest czystą... i gdyby chciałaMą żoną zostać, dziś jeszcze
Zaślubiłbym ją, jak gdybyZ twéj chaty nie wychodziła...
Gdzież to jest krata?...
Z téj stronyW okienku wieży... mówiłaŻe będzie tam...
Zdaje mi się,A może starca myli wzrok...W okienku coś jest białego...
Więc zbliż się... ja już odchodzę,Bo choć twéj prośbie uległem,Nie chciałbym być tu widziany...
Czyś to ty, córko nieszczęsna?...
A któżby jak nie ja, ojcze?...
Myślałem, że cię nie ujrzę,Bo hańba twoja, dziewczyno,Wciąż stała mi przed oczyma,A hańba tak jest okropną,Że nawet rodzic twój, córko,Nie pragnąłby cię już widzieć!...Tak-że to godnie potrafiszDziedziczyć honor swych przodków,Że kryształ jego rozbity!...Jeżeliś czci swéj nie strzegła,Swym ojcem zwać mię nie będziesz,Bo córka hańbą skalanaOd ojca może chcieć tylko,By swoję krew z niéj wytoczył.
Ach, ojcze, jeśli w méj doli,Śród strasznych życia męczarni,I ci, co cieszyć powinni,Przychodzą zwiększać tortury;Nieszczęścia, jakich doświadczam,Przekroczą wszelkie granice!...Wszak jestem jeszcze twą córką.Wraz z życiem dałeś mi, ojcze,Szlachetność swoję — i onaDziś we mnie — ciebie czcić umie.Przyznaję, że tyran podłyZwyciężyć pragnął mię, aleChoć słaba, umiałam walczyćZ odwagą nadludzką prawie.Więc dumnym bądź ze mnie, ojcze,Że mimo tortur, więzienia,Wprzód umrę, zanim cześć stracę.
O córko, temi słowamiRoztwarłaś znów moje serce.
Cóż z Sanchem biednym się dzieje?
Powrócił znów do Alfonsa,Słynnego Kastylii króla.
Nadługo dom swój opuścił?...
Spodziewam się, że dziś wróci.
O, żeby go nie zabili!
Czy godzą na jego życie?
Przysięgał, że go zabije.
Uniknie Sancho zasadzki.
O! czemuż nie mogę skoczyćZ téj wieży w twoje ramiona.
Ach z jakąż-by cię radością,Do piersi tulił twój ojciec!...
Bądź zdrów, mój ojcze, ktoś idzie.O żegnaj...
Po raz ostatni!...Tak! teraz śmierci już pragnę!...
Co to jest?... Do kogo mówisz?...
Tym głazom opowiadałemSwą boleść i one czująWraz ze mną twe okrucieństwo!Zimniejsze niż ty, seniorze,Umiały mojéj rozpaczyOkazać szczere współczucie...
Daremne wszystkie podstępy,Łzy, skargi i narzekania,Twa córka, przedmiot mych pragnień,Już z rąk się moich nie wydrze!...To wyście jéj tyranami,Gdyż opór w niéj podsycacie.Ja kocham ją i ubóstwiam,A jeśli umieram dla niéj,Czyż mógłbym zabić Elwirę?!A wreszcie czem-że jest ona?...Wieśniaczką biedną — nic więcéj.Na ziemi mojéj żyjecie...Czy myślisz, widząc mą słabość,Że nie masz silniejszéj władzy,Nad młodość, rozum i wdzięki?
Rozumnie mówisz, seniorze,Bóg z tobą...
Będzie z pewnością,A ciebie podług twych zasługOceni...
I świat pozwalaNa taką praw poniewierkę,By nędzarz miał bogaczowiOddawać honor swój, milcząc?!Przyjemność tylko dlań prawemW jéj imię wszystko obala!...
Hej! Celio!
Słucham.
NatychmiastZaprowadź ją, gdzie kazałem.
Seniorze, pomyśl, co czynisz?...
Kto ślepy — patrzeć nie może.
Gwałt taki jest okrucieństwem.
Nie miała dla mnie litości...I jażbym gwałtu nie użył?!
Przeciwnie... uczcić należyJéj czystość i jéj obronę.
Dość tego... rozkoszy pragnę...Przekleństwo méj cierpliwości!Mam dłużéj znosić pogardę?!...Tarkwiniusz nawet godzinyNie czekał i — nim jutrzenkaZabłysła — już dopiął celu!
A ty chcesz, żebym tak długoDla nędznéj czekał wieśniaczki!
Czy nigdy nie pomyślałeśO karze za czyn podobny?...Z dobrego przykład brać trzeba!
Czy złe czy dobre — ja nie dbam.Dziś muszę złamać jéj wzgardę,Ja-m cierpiał — niech ona cierpi,Lecz zemsta cel mój uświęci.
Witajcie...
Nie wiem, co będzie,Lecz chyba przy boskiéj woliPomyślnie wszystko się skończy...
Gdy niebo zechce, Joanno,Wygramy, teraz przynajmniéjDo domu powróciliśmy.A kiedy konie już jedzą,To nie każ-że nam zazdrościć.
Już znowu nudzić zaczynasz?...
Gdzie Nuńo?
Jest u Elwiry.
Pozwala mówić z nią Tello?...
Lecz tylko z okienka wieży.
Więc ona ciągle w więzieniu?...
To fraszka, ktoś niezadługoPrzybędzie...
Milcz, Pelagiuszu.
O palcach dwóch zapomniałem!...
Powraca Nuńo.
Mój ojcze...
I cóż, mój synu?...
PowracamSzczęśliwszy do usług twoich...
Szczęśliwszy? czemu?
NiebawemPrzybędzie tu sędzia śledczy.
Tak, sędzia...
Milcz, Pelagiuszu!
O palcach znów zapomniałem.
Przybędzie z licznym orszakiem?
Dwóch ludzi.
Nie łudź się, synu,Daremne twoje wysiłki!...Potężny władca téj ziemi,W pieniądze i w broń bogaty,
Przekupi władzę, lub nawetŚród nocy wyrżnąć nas każe.
Co?... wyrżnąć?... zabawny jesteś!...Czy Nuńo kiedy grał w lombra?Na lichą jego malillęSpadillą wnet odpowiemy.
Czy bzika masz, Pelagiuszu?...
Znów palce mi wywietrzały!...
Chciéj teraz, ojcze, komnatęGościowi temu odstąpić,Bo to jest ważna osoba!...
Tak ważna, że...
Milcz, gamoniu.
O palcach znów zapomniałem.Już ani słowa nie pisnę.
Odpocznij, synu; drżę cały,Czy aby życiem nakoniecMiłości swéj nie przepłacisz.
Nie, pójdę raczéj do wieży,Gdzie jęczy moja Elwira,Jak słońce cień pozostawia,Tak i ja cień jéj na kratachSpostrzegę, lub gdy go oczyNie znajdą — to myśl odszuka.
Szczególna miłość.
Na świecieNikt pewno większéj nie widział!
Pójdź do mnie, Pelagiuszu...
Mam słówko z kuchnią pomówić.
Pójdź tutaj...
Wrócę za chwilę.
Rozumiész?...
I czegóż chcecie?...
Któż to jest ten sędzia śledczy,Którego Sancho sprowadza?...
Ten sędzia...
Boże dopomóż.
To człowiek bardzo dostojny.Jest blady i rozpalony,Wyniosły i drobny ciałem,Ma usta, któremi jadaI brodę pół-blond, pół-czarną,Lekarzem jest albo będzie,Bo nieraz krew puszczać każe,Chociażby nawet i z gardła.
Czy widział kto zwierzę takie?
Pójdź prędzéj, seniorze Nuńo,Do bramy naszego domuTrzech panów jakich-ś przybyło.
Trzy konie mają wspaniałe,Bogatą odzież, nowiutką,Ostrogi, buty i pióra!...
Na Boga, to oni pewno;Lecz sędzia śledczy z piórami!...
To lżejsi będą, seniorze,Wszak sprawiedliwość surowa,Jeżeli jéj nie przekupią,Tak prędko do rady wraca,Jak rączo z rady wybiegła.
I kto tę bestyę wyuczyłTéj złości?...
Wracam ze dworu.
Poznałem was już z daleka.
Pamiętaj strzedz tajemnicy.
Do nóg się ścielę.
Kto jesteś?
To Nuńo, teść mój, seniorze.
Z poznania ciebie rad jestem.
Całuję stopy twe, panie.
Swą służbę uprzedź, niech o tém,Że sędzia przybył, TellowiNie mówią wcale.
Drzwi zamknę,By nikt nie wyszedł za progi.
Lecz panie jestem w obawie,Że tylko dwóch masz rycerzów.Wszak nie ma w całém królestwieMagnata potężniejszego,Bogactwo równa się dumie.
Ta laska, którą mi król dał,Ma zawsze znaczenie grzmotu,Co głosi przyjście piorunu.Tak sam, jak widzisz, potrafię,W imieniu króla sąd spełnić.
W osobie twojéj spostrzegamWspaniałość tak niezwyczajną,Że choć ja-m skrzywdzon — drżę cały.
Więc śledztwo rozpocząć trzeba.
Odpocznij panie... dość czasu...
Ja nigdy nie mam go nadto.
Czyś, chłopcze, zdrowo powrócił?
Tak, zdrowo, najjaś...
Co-m mówił?
A prawda!... Jak się pan miewa?
Wybornie.
Jeśli wygramyTen proces, oddam sędziemuWieprzaka, jak on wielkiego.
Milcz, bydlę!...
Więc mam powiedziećWieprzaczka, jak ja małego....
Zawołać prędko tych ludzi!
Co każesz, panie?
JeżeliPrzyjść mają wszyscy pasterzeZ doliny, to długo potrwa.
Wystarczy.
Jak się nazywasz?
Ja, panie, Brito, pastuszek.
Co wiész o Tella napaści?...
W dzień ślubu pachołcy w maskachDrzwi w domu tym wyłamawszy,Porwali Nuńa Elwirę!...
A ty kto jesteś?
Joanna,Służąca panny Elwiry,Umarłéj dziś lub zhańbionéj.
A jak się zowie ten człowiek?...
To Filen, grajek na kobzie,
Co umie nocą śród gajówDo tańca grać czarownicom.
Opowiedz wszystko, coś widział.
Przyszedłszy grać tu na kobzie,Słyszałem, jak Tello broniłWejść tutaj naszemu księdzu.A potém, ślub tak zerwawszy,Elwirę porwał do zamku,Gdzie ojciec widział ją przecieI krewni.
A cóż ty mała?...
To córka Piotra Cuelo,Którego dziadem był Nuńo,A stryjem Marcin, co kiedyśOliwę dobrze oczyszczał.Rodzina zacna. OstatniDwie ciotki miał, czarownice,Siostrzeńca zaś garbatego,Co pierwszy w Galicyi rzepęZasadził.
Dosyć już tegoCzas trochę spocząć, rycerze,Tellowi przecież wizytęOddamy dzisiaj wieczorem.
Bez śledztwa mogłeś być pewny,Że Sancho cię nie oszukał,Niewinność tych ludzi przecież,Dowodem jest dostatecznym.
Postaraj się w tajemnicySprowadzić księdza i kata.
To dziwne...
Co?...
Nie rozumiemSędziego. Bez wszelkiéj formyJuż księdza żądał i kata.
Ja nie znam jego zamiarów.
I szwadron mu nie da rady,A cóż dopiero dwóch ludzi.
Każ naprzód obiad mu podać,A późniéj poznasz, co może.
Czy razem wszyscy jeść będą?
Wprzód sędzia a potém oni.
Ci dwaj to pewnie: policyantI pisarz.
Pewnie.
Joanno?...
A co tam?
Świeżą bieliznęPrzygotuj, usmaż kurczęta,Włóż szynki płat na patelniąI upiecz młodego pawia.Tymczasem niech Filen zarazZ piwnicy wina przyniesie.
Na słońce klnę się, mój panie,Że będę z sędzią jadł obiad.
On chyba całkiem zwaryował.
Królowie są nieszczęśliwi,Że sami jedzą; dlategoMieć muszą zawsze przy sobieBufonów zabawnych i psów.
Litości, Boże wszechmocny,Bo nie ma dla mnie ratunku!...
Zabiję...
O! stój, szalony!...
Ostrożnie, bym nie przekroczyłGranicy względów braterskich.
Dla siostry chociaż to uczyń,Coś mógł odmówić kobiecie.
Przekleństwo hardéj dziewczynie,Co nędznym uczuciom gwoliŚmie, dumą dziką pijana,Z własnego drwić sobie pana.Już dziś nie ujdzie méj ręki,Zabiję — lub będzie moją.
Daremna może obawa,Lecz dziwi mię to, że NuńoDostojnych gości przyjmuje,Tam wszystko ma jakiś pozórTajemny. Sancho powróciłZ wyprawy swéj do Kastylii,Cel któréj trudno odgadnąć.A nigdym nie widział, żebyDziałali tak tajemniczo.
Z podejrzeń nic się nie dowiem,Nie brakło ci sposobności,By wejść tam i poznać prawdę.
Lękałem się gniewu Nuńa,Ku wszystkim nam niechętnego.
Należy uprzedzić brata.Ma Sancho spryt i odwagę.Niech Celio tu pozostanie,Bo może przyjść kto.
SumienieDrży zawsze, kiedy nieczyste,A zbrodnię taką, jak Telia,Gniew Boga ukarać musi.
Gdy wejdziem — róbcie, co każę.
Co to za ludzie?
Wołajcie!...
Ot właśnie dworzanin Tella.
Hej, panie!...
A czego chcecie?...
Don Tella widziéć — z KastyliiPrzybywam po to.
Nazwisko?...
Ja!...
Tylko ja i nic więcéj?
Nic!
Krótko i mina groźna,To godne zastanowienia.
Więc idę powiedzieć panu,Że przy drzwiach Ja oczekuje.
Już poszedł...
Lękam się, żebyZbyt hardo nie odpowiedział.Dać poznać się trzeba było.
Sumienie powie mu zaraz,Że tutaj Ja się nazywaćKról tylko może.
Mówiłem wasze nazwisko,Lecz pan mi rzekł: niech odjedzie,I ja-bym tak się nie nazwał,Bo podług wszelkich praw tylko:
Ja — w niebie Bóg — a na ziemiMonarcha jeden się zowie.
To powiédz, że alkad królaPrzyjechał.
Wiernie powtórzę.
Dworzanin coś spuścił z tonu.
Alkada tytuł go trwoży.
I Nuńo jest już — czy możeTu przybyć?
Owszem, niech będzieNaocznym téj sceny świadkiem,Należy mu się to słusznieZa krzywdy, których doświadczył.
Przystąpcie, Nuńo, i patrzcie.
Już zamek tego zuchwalcaDreszcz budzi.
Słowa nie pisnąć!...
Pelagiusz piśnie, bo waryat.
Ja będę milczał, jak posąg.
I z dwoma ludźmi tu przybyć —Odwaga to nadzwyczajna!
Co robisz, mój bracie, strzeż się.Zaczekaj...
Czy pan to jesteś KastyliiAlkadem, który mię szuka?...
I cóż w tem jest tak dziwnego?
Twa śmiałość, bo wiesz, kto jestem...
I jakaż to jest różnicaPomiędzy królem — a posłemKrólewskim?
Ogromna dla mnie.A zresztą gdzie masz swą laskę?
Jest w pochwie, zkąd prędko wyjdzieA co się stanie, zobaczysz.
Co w pochwie?! Chyba mię nie znaszNikt w świecie mnie aresztowaćNie ważyłby się — król chyba!
Więc króla widzisz, nędzniku!
O! święty nasz Dominiku!...
Co? król sam? władca kastylski,Monarcha w swojéj osobie!...O łaskę błagam cię, królu!...
Rozbroić go! niech się dowie,Jak listy króla szanować.
Ułagodź gniew swój, o panie!
Daremna prośba. SprowadzićMałżonkę tego wieśniaka.
Elwira nie jest nią jeszcze.
Lecz chciała — zresztą jéj ojciecSkrzywdzony także przez ciebie.
Godzina kary wybiła,Za ciężkie grzechy żywota!...
Zaledwiem śród łkań i jękówNazwisko twe usłyszała,Alfonsie nasz kastylijski,Hiszpanii władco wspaniały,Więzienie wnet opuściłam,By błagać o sprawiedliwość.Ja-m córką Nuńa Ayvara,Którego cnoty są znane.Kochana przez Roelasa,Zaślubić miałam go właśnie,Za wiedzą ojca mojego,Gdy Sancho swojego panaPoprosił o pozwolenie.Don Tello przybył wraz z siostrą,Występną chucią wiedziony,Podstępnie ślub mój odroczyłI zbrojną ręką śród nocyDo zamku porwać mię kazał.Tam, złudą świetnych obietnic,Za hańbę chciał mi zapłacić.A potem wnet przeniesionaDo lasów pałacu blizkich,Gęstwinie tylko drzew, którePrzed słońcem mnie ukrywały,Z mych cierpień się spowiadałam.
Niech stwierdzą opór mój włosy,Promienie których wydarteZawisły tam na gałązkach.Niech świadczą źrenice mojeO płaczu, którym-by możnaNajtwardsze rozczulić skały.Dziś łzy mi tylko zostały,Zhańbiona — mogęż nie płakać?Jedyna pociecha jeszcze,Że kary za taką zbrodnięOd króla dziś żądać mogę,Bo król jest sędzią najlepszym.O łaskę taką, Alfonsie,U nóg twych błagam z pokorą.Bodajby twoi następcyOrężem zdołali dzielnymUwolnić wszystkie krainyZ pod Maurów ohydnych jarzma;I jeśli głos mój nie możeWysławić twéj szlachetności,Historya niech ją uwieczni.
Boleję, żem przybył późno,Choć czasu dość nam zostałoNa wymiar sprawiedliwości,Co strąci głowę don Tella.Niech będzie kat w pogotowiu.
Miéj litość, królu, nad bratem.
Czyż sama listu mojegoPogarda nie jest już zbrodnią?!Dziś dumę twoję, don Tellu,Zobaczę u stóp mych w prochu.
O, gdyby istniała karaOd śmierci większa — przyznajęŻem na nią zasłużył, królu!...
Niech pamięć, żeś się wychowałW téj ziemi — wzruszy cię, królu.
Hrabiego don Pedra imięNiech łaskę twoję wyjedna.
Don Pedro hrabia jest godzien,Bym go za ojca uważał,Lecz hrabia téż wié, że prawoPowinno być szanowane.
A litość czyż nie jest cnotą?
Prawdziwa litość nie możePogardzać sprawiedliwością.A w oczach Boga i ludzi,Ten zdrajcą jest i nieprawym,Kto króla swojego nie czci.Daj, Tello, rękę Elwirze,Byś jéj małżonkiem zostawszy,Zapłacił krzywdę i zginął.Po śmierci twojéj ElwiraZaślubi Sancha, na posagPołowę twych dóbr zabrawszy.Felicya zostanie damąKrólowéj, póki godnegoNie znajdę dla niéj małżonka.
Drżę cały...
A to król dumny!
I tu się kończy komedyaO królu najlepszym sędziKronika nam tę historyąZa prawdę szczerą podaje.