Scena I

Lord Byron (1788–1824)

Translated from English by Antoni Edward Odyniec

Niebo i Ziemia

Ojciec nasz usnął; — siostro! oto poraGdy kochankowie nasi na obłokachZstępują ku nam! — Patrz, jak dziś ta góraNawisła mgłami! jaki szum w opokach!…Serce mi bije.

Kolej dziś na ciebie,Zacznij wezwanie

Siostro! ja się trwożę.

Ja téż — lecz tylko gdy myślę, że w NiebieMoc jaka wyższa zatrzymać ich może.

Aholibamah, siostro moja droga!Nie wiém dla czego głos się nie ośmielaWyjść z piersi moich; — niepojęta trwogaZiębi mię dreszczem. — Wiész, AzazielaJak kocham — siostro! kocham więcéj możeNiż kochać wolno; — więcéj niż — o! Boże!Cóżem rzec chciała? — jaka myśl bezbożna!…

W czém jest bezbożność? — Miałażby być zdrożnaMiłość Aniołów? —

Lecz jest głos, co wołaW głębi méj duszy: że mniéj kocham Boga,Odkąd ujrzałam blask jego Anioła! —Nie! to nie dobrze! — nie! Aholibamah!To nie jest dobrze! — i choć często samaNie wiém w czém grzeszę — ten strach źle mi wróży.

A więc dla czego masz się dręczyć dłużéjZwiązkiem z duchami? — raz jedno wybieraj!Jafet cię kocha — kochał od lat wiela —Idź zań! prządź, pracuj, ródź proch, i umieraj!

Nie! — jednak czuję, że Azaziela,Choćby był równie śmiertelnym — ja przecie

Równiebym zawsze kochała! — choć lepiéj,Lepiéj że nie jest; — nie będę na świeciePłakała po nimi — Jak mię ta myśl krzepi!I gdy pomyślę, że przyjdzie czas, kiedyOn nad mym grobem roztoczy swe skrzydła,I będzie wiecznie pomniał o mnie: — wtedyŚmierć traci dla mnie swą postać straszydła,Chciałabym umrzeć — i tylko drżę o to,Że końca jego nie będzie rozpaczy,Że nieśmiertelną, jak on sam, tęsknotąTrawić się musi wiecznie!

Myśl więc raczéj,Że znajdzie drugą, którą, nim też skona,Kochać jak ciebie będzie wiarołomnie.

Niechby tak było! byleby go onaKochała wzajem: — wolę, niż by po mniePłakać miał wiecznie.

Nie pojmuję ciebie!Gdybym tak miała myśleć o kochanku,Choćby sto razy był Aniołem w Niebie,Dziśbym go jeszcze wzgardziła na wieki! —Lecz śpiesz się, siostro! — czuje woń poranku —Śpiesz się z wezwaniem — dzień już niedaleki!

Serafinie!W gwiazd krainie,Gdzie bądź skrzydło twoje wionie:Czy wespołyZ ArchaniołyPrzy Wiecznego czuwasz tronie:Czy w przestrzeni nieskończonéjJasnych światów milionyWiedziesz nynie:Serafinie!Ja cię wzywam: — usłysz w Niebie,Pomyśl o mnie — ach! przynamnie:Żem choć niczém jest dla ciebie,Tyś, Aniele, wszystkiém dla mnie!

Ty nie czujesz — ach! i obyNikt ich nie czuł, prócz mnie saméj! —Tych łez trwogi i żałoby,Co tu ludzie wylewamy.Tyś syn chwały, co bez końca;Twoja piękność — promień słońca,Istność — duch nieskazitelny,Niezrodzony, nieśmiertelny! —Cóż równego znajdziesz we mnie,Prócz miłości — co daremnieTłumiąc, czuję że zuchwała:Jakiéj żadna z córek ziemi,Ni doznała, ni oblałaJak ja łzami rzewniejszemi? —

Tyś stróż tronu Tego, który,Tak cię równie w blask swój odział,Jak pomiędzy swemi tworyMnie najlichszéj łzy dał w podział! —Cierpię jednak, i nie winięNa me losy, Serafinie!Bo ty kochasz mię — pocieszysz,Usłyszysz mię, i pośpieszysz! —Pośpiesz, pośpiesz! bo czas płynie —Mnie, nie tobie, Serafinie!Mnie nie tobie chwila droga,W któréj sercu grzech i trwogaW każdéj chwili walczyć śmiejąZ mą miłością i nadzieją! —

Lecz przebacz jęk boleści!Boleść jest żywioł ludzi.Rozkosz u was się mieści,Nas tylko sen jéj łudzi. —Zstąp, zstąp! nim czas upłynie,Luby mój, Serafinie!Rzuć gwiazdy! — gwiazdy w NiebieŚwiecić mogą bez ciebie: —Ja biedna, ja nie mogęŻyć nawet; — łzy i trwogęTwój chyba wzrok ukoi. —Zstąp, zstąp! niech twe przybycie,Chwilą wieczności twojéjMoje rozjaśni życie!

Samiaso! gdzie bądź w górzeDzierżysz władzę: czy gromamiZbrojny, toczysz bój z duchamiNieczystemi, co w oporzeŚmią się mierzyć z Niezrównanym?Czy za światem obłąkanymPędzisz w pogoń: co w przestrzeni,Za wskazany tór i krańceWybiegł, i sam, i mieszkańce,Jak my na śmierć przeznaczeni,Lecą w przepaść wiecznéj zguby?Czy to łącząc głos z Cheruby,Których twoją gasisz krasą,Śpiewasz Panu, co na Niebie?Samiaso!Wołam ciebie, czekam ciebie, kocham ciebie —Inni niech ci biją czołem,Ja nie będę; — lecz jeżeliDość ci na tém — zstąp! i społemDuch twój z moim los niech dzieli! —

Chociam ja córka ziemi,Ty syn promieni,Jaśniejszych, niż któremiWschód się rumieni:Nie możesz mi nic dać więcéjPrócz uczucia — ni goręcéjCzuć, jak czuję ja! — bo we mnieJest téż promień, choć ukryty,

Lecz zatlony tam, zkąd i tyBlask swój wziąłeś! — I daremnieŚmierć, pierwszego grzechu córa,Grozi mi: ja się nie trwożę,Nie! — czuję w sobie moc, któraZwalczy śmierć! — Śmierć nas nie możeRozłączyć — bośmy obojeNieśmiertelni! — W mojéj duszyCzuję nieśmiertelność moję,Potężniejszą od katuszyWszystkich trosk i cierpień ziemi;W sercu mém, jak grom daleki,Głos brzmi słowy proroczemi:„Będziesz, musisz żyć na wieki!“ —Lecz czy w szczęściu? — nie wiém tego,Ani chcę badać wyroku,Co skrył w tajemnic obłokuŹródła dobrego i złego. —On wié tylko, On, co w Niebie! —Lecz On sam nawet nie możeZniszczyć nas: ni mnie, ni ciebie!Nie może — bo dał nam z SiebieTo, co wszelką moc przemoże:Duch swój! — we mnie skazitelnéj,Jak w Nim samym nieśmiertelny! —

Z tobą mogę bez bojaźniDzielić nawet wieczność kaźni,Tak! boś ty się mógł ośmielićZe śmiertelną życie dzielić! —

I choćby mię żmije wkołoOpasały: — choćbyś w żmijęTy się zmienił: — ja wesołoCierpiałabym, i na szyjęTwą upadłszy, sama w sobieŚród mąk, czułabym rozkosze:Że je za miłość ku tobie,I razem z tobą ponoszę! —

Samiaso! wzywam ciebie,Czekam cię! — Lecz jeśli mniémasz,Więcéj szczęścia doznać w Niebie,Niż tu sprawisz, i otrzymasz —Zostań!

Siostro! patrz do góry!Co za nagły blask!

To oni! —Pół nieba w zorzach się płoni! —Widzę ich, jak po nad chmuryJasnemi szybują pióry!…

Cóż, gdy ojciec blask zobaczy?

Pomyśli, że wschód księżyca,Co na klątwę zaklinaczyWszedł dziś wcześniéj i przyświéca.

Patrz, patrz! już są blizko ziemi!

Śpieszmy! — obym skrzydła miała,Na powietrzu jeszcze z niemiSpotkać się! —

Co za wspaniałaJasność! jak łuna szkarłatuNad zachodem gorejąca! —Patrz! nad szczytem Araratu,Tęcza, jakby z gwiazd tysiąca,Lśni, iskrzy, mieni się, pali,Rozszerza się — jak na faliWzruszona z dna morska piana,Ślad drogi Lewijatana,Gdy cały wzdłuż roztoczonyIgra sam po wód płaszczyźnie,I w przepaści niezgłębionéjTonąc, gwiazdom w oczy bryźnie! —Lecz patrz, patrz! już coraz w zmierzchuŚlad ich ćmi się i zagasa —Patrz! już stoją na skał wierzchu! —Azaziel!

Samiasa!