Scena V
Translated from English by Antoni Edward Odyniec
Niebo i Ziemia
Jafet!
Adamita!
Po co,Zkąd tu przyszedłeś? sam, tak późną nocą,Gdy bracia twoi śpią wszyscy?
Aniele!Cóż mi odpowiesz, gdy się wzajem ciebieTwojemi słowy zapytać ośmielę:Po coś jest tutaj, gdyś powinien w Niebie?
Cóż to? nie pomnisz? nie wiész, że w podzieleNa nas przypadło, mieć w straży twe plemięI świat?
Nie dzisiaj! — gdy występną ziemię,Nie tylko dobre duchy, co ją strzegły,Ale złe nawet z przestrachem odbiegły,Wiedząc o strasznych i blizkich jéj zmianach.Wy tylko jedni… — Anah moja! Anah!Tak próżno, chociaż tak długo i staleKochana przez mię! po coś ty tu z niemi,Gdy żaden dobry duch nie jest na ziemi? —
Jafecie! nie śmiem mówić — ale, ale…Przebacz mi!
Obyć przebaczono w Niebie,Gdy już przebaczać nie będą nikomu! —Bo w błąd cię wiodą.
Dość! precz ztąd do domu,Dumny proroku! nie chcemy znać ciebie.
Przyjdzie czas może, że mię poznasz lepiéj,A siostra twoja pozna, jakim byłemDla niéj, i dla was: — gdy głusi i ślepiPosłyszą — ujrzą — pojmą, co mówiłem.
Słuchaj mię, synu Patryarchy? któryCzysty był zawsze przed Bogiem! Zkąd w tobieGniew, jakby ku nam, i żal tak ponury?Czémeśmy mogli, ja lub on, w téj dobieKrzywdę ci zrobić?
Krzywdę! ach! i jaką! —Ale nie! — Czuję, że choć równie ze mnąStworzona, równie śmiertelna: wszelakoNie wart jéj byłem, i nigdy wzajemnąMiećbym jéj nie mógł. — Anah! bywaj zdrowa!Nieraz z ust moich słyszałaś te słowa,Lecz dziś ostatni raz słyszysz. — Anieli!Lub ktobądźkolwiek jesteście! o jednoPytam was tylko: czy będziecie chcieli,Czy macie władzę, przed zgubą niezbędną.Zbawić ją — zbawić obie?
Jaką zgubą?
Cóż to? nie wiecie? Czyliżbyście mieli,Dzieląc grzech z ludźmi, dzielić téż ich grubąŚlepotę i jéj karę? lub przynamnieSmutek mój? —
Smutek? — Mógłżem wróżyć sobie,By proch miał mówić zagadkami dla mnie?
Jeśli ich Pan twój nie rozwiązał tobie,Biada wam! i im z wami!
Niech tak będzie!Jeśli kochają, tak, jak są kochani,W nas znajdą Niebo — byle z nami wszędzie,Jak my je z nimi znajdziem — choć w otchłani!
Ach! siostro, siostro! nie mów tak!
Dla czego? —Boisz się przy mnie? —
Ach! O ciebie tylko!Bo chętnie resztę szczęścia śmiertelnego,I życia oddam, byle smutną chwilkąNie zaćmić nigdy twéj wieczności koła!
Toż więc dla niego? tak jest! dla Anioła,Zrzekłaś się, widzę, serca Adamity! —
Ale to mniejsza! — byleście, on i ty,Wzajem dla siebie nie zrzekli się Boga!Bo przed Nim związki duchów z śmiertelnemiNie znajdą łaski; bo cel nasz i drogaRóżne są od ich: — nam praca na ziemi,I śmierć; im Niebios gwiaździste pobyty,Rozkosz i wieczność! — Biadaż! jeśli niemi,Wzgardzą dla prochu! a proch w dumę wzbity,Dla nich, zalśniony promieniem ich czoła,Zapomni Boga! — Lecz jeśli cię możeAniół ten zbawić: — zostań z nim w téj porze,Gdy moc niebieska chyba zbawić zdoła.
Ach! on nam wróży śmierć!
Śmierć? — nam śmierć wróżyć,Lub tym co z nami? — Gdyby nie łzy twoje,Śmiertelny! śmiać się musiałbym, nie trwożyć.
Śmiéj się! — O siebie ja téż się nie boję,Ani nad sobą płaczę! — jam bezpieczny:Nie dla mych zasług — lecz dla cnót rodzica,Co prosty w drogach życia, i statecznyW wierze przed Panem, sprawił, że prawicaJego dziś z nami. — Lecz oby wam danoMoc zbawiać drugich!… lub gdybym zamianą
Życia mojego za Jéj — która samaWiąże mię tylko do życia — mógł dla Niéj,Najniewinniejszéj z wszystkich cór Adama,Okupić miejsce w arce, gdy wybraniSynowie Seta wejdą w nię!…
Zuchwały!Toż więc śmiesz mniemać, że my, krew Kaima,Pierworodnego w raju; że my córyTakiego ojca: że mybyśmy chciałyMięszać się z wami? ze krwią Setą? który,Ostatni owoc skrzepłéj krwi rodziców,Dziedzic ich tylko tułatwa i hory,Tak z ojcem naszym nic wspólnego nié ma,Jak raj z tym światem: jak wdzięk naszych licówZ wdziękiem cór waszych: albo jak postaciMłodzieńców naszych, z wzrostem twoich braci?Nie! nigdy, nigdy! chociażby od tegoZależeć miało ocalenie świata! —Ród nasz był zawsze zdala od waszego:Wszystko nas dzieli — strach pewno nie zbrata.
Aholibamah! przecz się wzruszasz gniewem?Nie z tobą mówię. — Zbyt wiele z KaimaWzięłaś z krwią jego, coć tak w pychę wzdyma,Jakby ją wsławił bratniéj krwi rozlewem! —Ale ty, moja Anah! — Zwę cię moją,Choć nią nie jesteś! — ach! bo z tym wyrazem
Rozstać się wtedy —gdy i z tobą razemRozstać się muszę — nie śmiem; — lecz na twojąLitość się spuszczam, że mi to przebaczy. —O! moja Anah! ty, którąby raczéjZwać córką Abla; takeś niepodobnaDo cór Kaima; chyba że nadobnaLicem jak one!
Dość niewczesnéj mowy!Chcesz jak wąż w raju, pochlebnemi słowy,Przelać w jéj duszę jad, co płonie w twojéj. —Ja, gdybym miała podzielać twe zdanie,Gdybym myślała, że w niéj, siostrze mojéj,Jest coś z krwi Abla!… — Lecz precz ztąd, szatanie!Kusisz mię! — kłótni szuka twoja zawiść.
Córko Kaima! zazdrość i nienawiśćKaim wszczął piérwszy.
Kaim nie był wrogiemOjca twojego; nie zabił mu synów.Przecz chcesz być sędzią innych jego czynów,Które są tylko między nim a Bogiem? —
Prawda! zbłądziłem. Pan go sądzić będzie. —Anibym mówiąc wspomniał, że przewinił,
Gdybyś się sama, w gniewnych słów zapędzie,Nie zdała chełpić z czynu, co uczynił;A nawet… —
On jest ojcem ojca mego,Syn pierworodny sił ludzkiéj natury,Przed jéj upadkiem; — miałażbym się jegoWstydzić? lub zaprzeć rodu mego, który,Wszystko czém słynie po nim odziedziczył? —Patrz! któż śmie z nami stanąć w porównanie:Z pięknością w twarzach? z wzniosłością w postaciach?Z długością naszych dni?
Pan je policzył!
Niech i tak będzie! lecz póki ich stanie,Chlubić się będę w ojcu mym i braciach!
Ród Seta w Bogu tylko szuka chluby. —A ty, o! Anah?
Co bądź Bóg przeznaczy,Bóg jeden nad wszystkiemi — wiém, że trzebaZnieść bez szemrania — oby bez rozpaczy! —Lecz gdybym mogła, w dniu powszechnéj zguby,Co ma przyjść, mówisz, prosić o co Nieba:
Jedyną prośbą byłoby, bym samaNie pozostała w życiu: gdy nikomuZ mego plemienia, rodziny i domu,Pan nie przepuści. — O! Aholibamah!Cóżby był dla mnie świat, lub inne światy,Lub sama wieczność? bez miłéj przeszłości —Bez ciebie, ojca; bez waszéj miłości,I bez tych wszystkich rzeczy, co jak kwiaty,Rozkoszną ziemię stroiły przedemną;Albo jak gwiazdy, świecące w noc ciemną,Ciągnęły oczy by w Niebo spozierać? —Ach! jeśli dla nas Niebo nie z kamienia,Siostro! proś, módl się! błagaj przebaczenia! —Śmierć tak jest straszna — gdy ty masz umierać!
Cóż to? czyż słowa płonnych marzycieli,Co swoją arką siebie tylko straszą,Zachwiały ciebie? — Patrz! czyż nie AnieliCzuwają przy nas? dzielą miłość naszą? —A nawet bez nich — czyżby już innegoNie było środka, jak u stóp NoegoŻebrzeć o życie? Wolałabym raczéj!… —Lecz po co wznawiać dzikie jego mary,Twór niewzajemnych uczuć i rozpaczy,Albo wyziewów téj mrocznéj pieczary? —Patrz! któżby z posad wzruszył te opoki,Tę cała ziemię? albo te obłokiW ocean zmienił? albo z ziemi morzePodniósł ku niebu? — Patrz! zważ! kto to może?
Ten, co to wszystko jedném słowem stworzył.
Kto słyszał słowo te?
Świat, co niém ożył. —Śmiejesz się? — spytaj twojego obrońcy!Jeśli jest Aniół — stwierdzi prawdę Jego.
Aholibamah! Bóg jest wszechmogący!
Jam zawsze czciła Boga — stwórcę mego:Boga miłości, nie smutku.
Niestety!Czyż miłość sama nie jest także smutkiem?Nie tylko miłość męża i kobiety,Trwająca krótko w życiu naszém krótkiém:Lecz sam Przedwieczny, gdy w łonie miłościSwojéj świat począł: czyż nie miał przyczynySmucić się wkrótce: gdy na jego synyWzniósł — bo wznieść musiał — miecz sprawiedliwości?
Tak powiadają.
Tak jest bez wątpienia.