Pieśń II

Lord Byron (1788–1824)

Translated from English by Jan Kasprowicz

Wędrówki Rycerza-Harolda

Rzuć, modrooka niebianko, swe progi —Lecz dziś twe źródło wieszczów już nie pojiTu twój przybytek, pomimo pożogi,l’omimo wojny stał i dotąd stoji,Choć czas tak wrażym jest dla chwały twojéj:Ale od ognia, ciężkich lat i staliGroźniéj tych ludzi straszne berło broji,W których się nigdy święty żar nie pali,Co zacnym rozkazuje, by cię miłowali.

Grodzie ateński, ty starcze stuleci!Gdzie twych potężnych duchów tłum wspaniały?Znikł... w snach przeszłości wątłą skierką świeci.Pierwszy w pogoni ku celowi chwały,Doszedł i przeszedł... czém dziś tryumf cały?Szkolną powieścią, podziwem godziny!Miecze rycerzy, gdzież się dziś podziałyWraz z szatą mędrców?! Twoich twierdz ruinyOtacza z mgłami wieków cień potęgi siny.

Chodź, dziecię rana! chodź do tego grodu,Lecz urn bezbronnych niech nie dotkną dłonie;Spójrz na to miejsce — wszak to grób narodu,Przybytek bogów, których blask nie płonie:Giną religje i bóstwa; na tronieZeusa Mahomet dziś zasiadł. Tak! wiaryNikną z latami, a ta myśl w ich zgonie:Niczem kadzidła i krwawe ofiary,Zaś człek to syn zwątpienia i śmiertelnéj mary!

Związan ze ziemią, w niebo zwraca oczy —Nie dość ci wiedzieć, nieszczęśliwe dziecię,Żeś jest? Ten byt twój czyż tak jest uroczy,Że chcesz żyć znowu? że tęsknota rwie cię,Sam nie wiesz dokąd, by nie na tym świecie,Lecz gdzieś w obłokach dalsze snuć koleje?Troska cię przyszłych mąk i uciech gniecie,Spójrz! zważ ten proch swój, zanim się rozwieje:Ta urna więcéj powie ćpowie-ć, niźli kaznodzieje!

Lub bohatera rozkop grób ów dumny;Śpi on samotny tam, gdzie to wybrzeże:Padł: nad nim, ginąc, płakał naród tłumny;Dziś się w żałobie nie łzawią rycerze?Nikt z wojowniczych czcicieli nie strzeżeMiejsc, gdzie półbogi mieli swoje włości,Niech dłoń twa z gruzów czaszkę tę zabierze!Czyż to świątynia, w któréj bóstwo gości,Gdy nawet robak czuje wstręt do zgniłéj kości?

Ten łuk złamany przy strzaskanéj ścianie!Puste pokoje! portal, co się kruszy!Duma tu ongi miała swe mieszkanie,Tu kościół myśli, tu był pałac duszy:Tu w tych bezocznych jam posępnéj głuszyOngi bywało, rozum, dowcip świeci,Gniew się potęgą nieugiętą puszy!Co święty, mędrzec, lub sofista skleci,Czyż gmach ten odbuduje, czyż w nim życie wznieci?

Cnię-ś rzekł, najmędrszy pośród Ateńczyków:„Że nic nie wiemy, to wiemy jedynie.“Nieuniknionych cóż się bać wyników?Każdy ma ból swój, lecz człek słaby ginieOd téj męczarni, co z urojeń płynie.Bierz, co ci fatum, co los przynieść może;Spokój Acheront da nam w swéj krainie:Tam sytych uczta nie dręczy w złéj porze,Lecz cisza ściele wszystkim upragnione łoże.

Lecz gdy — jak święci wierzyli — istniejąZa tym padołem jakieś duchów światyNa wstyd sofistom oraz saducejom,Zbyt dufającym w wątpliwe dogmaty,Jak błogo łączyć hymn, w modły bogaty,Z temi, przez których lżejsze te kajdany;Głos znów usłyszéć, zbawion od zatraty;Ujrzéć twarz mędrców z Samos, z Baktryjany,I innych, którzy prawdy uprawiali łany!

Ty, w którym miłość uszła z życiem razem,Mnie każąc żyć tu i kochać daremnie —Złączon z mém sercem! czyś ty wiecznym głazem,Gdy myśl o tobie nie zamiera we mnie?Dobrze! — niech serca mego próżną ciemnię,Że się znów ujrzym, sen rozjaśnia żywy:Jeśli młodości pamięć nie zadrzemnie,Przyszłość niech wiedzie, na jakie chce, niwy,Mnie szczęścia dość, gdy tylko duch twój jest szczęśliwy.

Niech na tych głazów wypocznę olbrzymie —Nieporuszone kolumn to posady;Synu Saturna, tu ongi twe imięTron miało przedni! Dziś tutaj bez radySzukam, gdzie dawnych twoich świątyń ślady!Fantazji oko wznieść z gruzów nie umieTego, co padło od czasu zagłady —Żal niepotrzebny w tych filarów tłumie:Tu nuci Grek, tu siedzi muślemin w zadumie.

Pośród rabusiów świątyni, na górze,Gdzie Pallas jękła, ostatnie zmuszonaSwéj dawnéj władzy opuścić przedmurze,Któż był najgorszym, najgłupszym? Że z łonaTwego on wyszedł, niech cię wstyd pokona,O Kaledonjo!... Co wolnością żyło,Nie zniszczy Anglja, w wolności zrodzona!Lecz ów mógł strzaskać ołtarze i siłąPrzez morze wlec, co z wstrętu głąb swą rozpieniło.

Jeszcze się niecnie chełpił Pikt ów świeży,Że, czego Turczyn, Got i czas nie zburzył,On zmógł; jak skały ojczystych wybrzeży,Twardy miał umysł i sercu nie służyłTen, co myśl powziął i ręki swéj użył,Aby Atenom zabrać ich ostatki:Ich syn, zbyt słaby w obronie, zanurzyłJeszcze się bardziéj w boleści swéj matkiI dziś dopiéro poznał kajdan ciężar rzadki.

Jakto? w brytyjskiéj mam ogłosić mowie,Że Albjon szczęście brał z Aten boleści?Że w jego imię darli pachołkowiePierś ich, Europa ma-ż słyszéć te wieści?Wolną Brytanję, panią mórz, bezcześciŁup nędzny, ziemi skrwawionéj wydarty!Ta, któréj imię tak gnębionych pieści,Dziś ręką harpji kradnie, co zażartyOszczędził czas, tyranów nie uniosły warty!

Gdzie był twój puklerz, przed którym, Pallado,Pierzchnął Alaryk z swéj morderczéj drogi?Gdzie syn Pelcja? Piekło go swą zdradąNie powstrzymało, gdy w dniu strasznéj trwogiPorzucił ongi ciemne Hadu progi!Czemuś go z rąk swych nie puścił, Plutonie,By przed nim uciekł wtóry zbój złowrogi?Bezczynnie kroczył on, gdzie Stygu błonie,A w grodu kochanego nie stanął obronie!

Zimne to serce, Grecjo, gdy nad tobą;Jak przy kochanki nie cierpi mogileMartwe to oko, gdy łzawą żałobąNie zalśni, patrząc na ołtarze w pyle,Kruszone ręką brytyjską, co tyleŚwiętych zabytków winna raczéj bronić!Kraj swój rzucili snać w przeklętą chwilę,Aby z twéj biednéj piersi krwi uronićI z twoich bóstw szczątkami na północ pogonić!

Lecz gdzież jest Harold, ponury po faliMorskiéj wędrowiec? Nie wiele dlań mękiByło w téj trosce, która innych pali;Kłamne kochanek nie trapią go jęki,Na pożegnanie druh mu nie dał ręki;Gdy, zimny przybysz, w dalsze śpieszył strony:Twarde to serce, co nie drży na wdzięki,Lecz Harold, z dawnych uczuć wyzwolony.Bez skarg kraj rzucał, wojną i zbrodnią splamiony.

Kto po wód ciemnym żeglował przestworze,Miał nieraz widok, przepełen ponęty:Wiatr świeży wieje, jak świeżym być może,Fregata zwinna, biały żagiel wzdęty,Znikają wieże, maszty, brzegów szczęty,Wspaniała fala pnie się po krawędzie;Jak tłum łabędzi wokół mkną okręty;Najcięższy statek sunie w pierwszym rzędzie,A wały się kędzierzą w swym radosnym pędzie.

A wewnątrz, patrzaj! mały światek wojny!Rozpięte siatki, opatrzone działa,Wokół się krząta tłum gwarny i rojny,Już są u góry — komenda zagrzmiała!Cyt! retman krzyknął, w krzyk załoga cała:Lina się ślizga w rękach marynarzy;Kadet, co wiedzy żądliwością pała,Świśnie — źle, dobrze, jak mu się wydarzy,I w lot kadetów ciżba — każdy na swéj straży.

Pokład jak szklany, bez najmniejszéj zmazy,Na nim porucznik spełnia wartę... OczyZwróć tam ku miejscu, z którego rozkazyDaje dowódca: poważnie on kroczy;Tłum go się boi; do słów nie ochoczy,Rzadko się rzuca, milczeniem nastawaNa ścisłą karność, bez któréj nie zoczyZwycięstw ni chwały; lecz Bryta do prawaPrzywiązan najtwardszego, bo mu siłę dawa.

Dmij, wietrze, dmij! twój wiew niech statek nagli!Aż słońca promień ostatni zastygnie;Bryg, strojny w flagi umniejszy wnet żagli,Niech go leniwszy żaglowiec doścignie!Nim się z téj zwłoki nieszczęsnéj wydźwignie,Niedołężnemu na nic wiatr dobrany!Iléż straconych mil, nim dzień znów mignie!Stać tak bezczynnie, gdy czynne bałwany!Dla niedobitków zwijać ten żagiel rozwiany!

Miesiąc już zeszedł... smugi światła płynąW ten cudny wieczór po tańczącéj fali;Na lądzie chłopiec wzdycha wraz z dziewczyną,I my, wysiadłszy, będziem tak wzdychali!Czasem się jakiś Aryjon pochwaliTą szorstką nutą, co majtków przykuwa:Skoczni słuchacze wokół się zebrali,Na znaną modłę ten i ów pofruwa,Swobodny, jak na lądzie, troski nie uczuwa.

Cieśnina Kalpy! spójrz na te urwiska!Afryka tu z Europą patrzą na się:Kraj czarnookich i Maurów siedliskaW świetle Hekaty w jednakiéj lśnią krasie:Jak blask ten igra na Hiszpanji pasie,Jakże odsłania skały, złomy, bory —Ostro, a przecież giną w zmrokach, zda się;Zaś Maurytanja swe cienie — potwory,Z gór szczytów rzuca groźnych aż po wód zapory.

Noc; my toniemy w myślach śród jéj czarów,Żeśmy kochali, choć miłość dziś głucha;Serce, żałując oszukanych żarów,Marzy bez druha, że ma jeszcze druha.Któżby się lękał starości obucha,Gdy młodość rozkosz i miłość przeżyła?Gdy dusza bliźniéj duszy już nie słucha,Nic do burzenia nie ma śmierci siła!Ach! jeszcze raz być dzieckiem! o młodości miła!

Wsparty na statku zbryzganéj poręczy,Patrzéć w Dyjany krąg, w głębiach odbity!Duch się nadziei widmami nie męczy,Bezwiednie goniąc każdy rok przeżyty...Komuż raz w życiu nie lśniły błękity —Bo nikt zupełnie opuszczon nie bywa —Którym hołd składa, z łez i wspomnień zwity?!Gryzący bólu! Ta pierś nieszczęśliwa,By zrzucić ciężar z serca, daremnie się zrywa.

Siadać po skałach, dumać nad przepaścią,Zaszywać w bór się ciemny a głęboki,W strefy, gdzie człowiek nie sięga swą właścią,Gdzie śmiertelników nie dotarły kroki,Na niedostępne piąć się gór opoki,Z bezdomném stadem dzikich zwierząt sadzić,Patrzéć z nad urwisk na rwące potoki,To nie samotność, to znaczy prowadzićZ Przyrodą rozhowory, o jéj skarbach radzić.

Lecz wśród krzykliwych, rojnych tłumów ludziCzuć, słyszéć, patrzéć, posiadać, używać,Mieszkańcem ziemi być, który się nudzi,Nie zaznać szczęścia i nie uszczęśliwiać,Pogardzać nędzą, w dostatki opływać,Nie miéć człowieka, co cię sercem raczy,Co po twéj śmierci chciałby mniéj się zrywaćZ śmiechu niż gładkich tłum wyzyskiwaczy,To znaczy żyć sam na sam; to samotność znaczy.

Szczęśliwsze bożych pustelników życie,Tych, których widzisz na Athos, jak w chórzeCzuwają w wieczór na olbrzymim szczycie,Co tonie w niebios i w głębin lazurze,Że kto skierował dotąd swe podróżeI choć godzinę w świętem miejscu bawił,Chciałby pozostać na uroczéj górze;A że mu szczęścia tego los nie sprawił,Znów świat ten nienawidzi, który tam zostawił.

Lecz rzućmy trakt ten, jednostajny, znany,Choć śladów jazdy nie zostawia wcale,Te kołowania, cisze, burze, zmiany,Kapryśne wiatry i kapryśne fale;Porzućmy majtków radości i żaleW lotnéj, objętéj morzem cytadeli,Zaduchy, wiewy po świeżym krysztale,Te opadania i wzrosty topieli:Pewnego dnia „ląd“ krzykną i — wszyscy weseli...

Wyspy Kalipsy omijamy z cicha,Siostrzane morza Śródziemnego panie;Tu znużonemu niebo się uśmiécha,Choć zmilkło pięknéj bogini płakanie,Śledzącéj tego na tych urwisk ścianie,Którego ziemska więzi białogłowa;Stąd na srogiego Mentora wezwanieSyn jego skoczył w głąb, a nimf królowa,Że obu pozbawiona, żal podwójny chowa.

Czas jéj władania i sławy nie wieczny:Ale, młodzieńcze, nie żyw zbytniéj wiary,Tu dziś ziemianka tron ma niebezpieczny,Nowa Kalipso roztacza swe czary!O cudna Florens! Serce jeśli żaryMa jeszcze w wnętrzu, dla ciebie otworzę:Lecz nie! mnie straszą wsze związki; ofiaryNa twym ołtarzu niegodnéj nie złożę —Czuć dla mnie chwilki bólu twoja pierś nie może!

Tak myślał Harold, gdy w oczy téj paniSpoglądał, blask swój topiąc w jéj promieniu,Bez innéj myśli, prócz podziwu w dani.Amor w niejakiém stawał oddaleniu.Dawniéj podlegał uczuć jego tchnieniu,Lecz dziś już wiernym sługą nie był pono,Nie szukał miejsca przy jego ramieniu,Więc bożek, darmo chcąc go na swe łonoNawrócić, władzę swoję miał już za straconą.

Dla Florens sprawą było nieodgadłą,Że ten, krórego chęć do każdéj bierze, —Jak powiadano — zniósł jéj ócz zwierciadło,Gdzie inni kłamnie widzieli lub szczerzeWyroki, prawa, swe nadzieje świeże —Czego tam piękność od swych sług wymaga;Że wieść się w żadnéj nie sprawdziła mierze,Jako w nim żarów wielka jest odwaga,Dla których każda chętna, choć się czasem wzdraga.

Snać nie wiedziała, że to serce młode,Które chłód pychy milczącéj otaczał,W sztuce uwodzeń miało swą metodę.Siećmi on swemi nieraz świat uraczałI od pościgu przenigdy nie zbaczał,Jeśli coś było godnego ścigania.Lecz dziś już Harold sztuk swych nie zaznaczał;A choć do ócz tych z miłością się słania,W płaczliwych rój kochanków zamieszać się wzbrania.

Nie znasz ty kobiet, sądząc, człeku miły,Że tu wzdychaniem spełnisz swe nadzieje;Cóż dla nich serca, gdy je raz zdobyły?Niech każdy oczom lubéj hymn swój pieje,Lecz niezbyt kornie, bo wnet go wyśmiejeI wszystkie górnych jego słów zalety!Skąpy w umizgach — ten, kto raz zmądrzeje;Pewność i śmiałość to lep na kobiety:Na przemian kol i głaskaj, a staniesz u mety.

Stara to prawda, czas ją wypróbował;Najgorzéj wyszedł ten, kto ją przetrawił;Gdyś wszystko zyskał, k’czemuś chęć skierował,Za twe zabiegi nędzny los się zjawił:Sterałeś młodość, cześć w błocie-ś zostawił —Te są owoce spełnionéj miłości!A gdyś się wszystkich nadziei pozbawił,Nieuleczalny rak w twém wnętrzu gości,Gdy miłość przez się nie ma uroków w swéj włości.

Daléj! nie można zrywać pieśni toku!Trzeba się spotkać z gór niejednych grudąI brzeg niejeden zostawić na boku!Za melancholją śpieszym, nie za złudą —Ku takim krajom i ku takim ludom,O jakich nie śnił nikt w swéj słabéj głowie!Śpieszym ku nowéj Utopji cudom,Gdzie człek, czem być ma lub winien, się dowie,Gdy jeszcze czemś być mogą zepsuci ludkowie.

Droga Przyroda jest najlepszą z matek!Choć wiecznie zmienna, słodkie ma oblicze;W jéj nagiéj piersi karmi mam dostatek,Syn nieodłączny, choć przez jéj słodyczeNie rozpieszczony! Cudna, gdy jéj dziczeOminie ręka, co, gładząc, zohydzi;W dzień i w noc śle mi swych uśmiechów znicze,Choć tam ją widzę, gdzie inny nie widzi,Choć wciąż jéj szukam — zwłaszcza, gdy los ze mnie szydzi.

Ziemio Albanji! tyś Skandra kolebką,Téj gwiazdy starców i celu młodzieży;Tu i imiennik jego siłą krzepkąPostrach, bywało, pośród wrogów szerzy:Ziemio Albanji, ty dzika macierzySurowych mężów, daj tu spocząć oczom!Krzyż tu ustąpił, a z meczetów wieżyBlade się smugi z półksiężyców tocząNa grody, które gaje cyprysowe mroczą.

Czajld Harold wyspę bezpłodną ominął,Skąd Penelopa bałwany śledziła;Potém się przed nim pomny szczyt przewinąłUstroń miłości, Lezbijki mogiła.Przecz pieśń niezmarła, Sofo! nie zbawiłaTwéj piersi, w ogniu niezgasłym skąpanéj?Wieczne dającéj życie życia siłaZnikła! (byt wieczny jeśli lutniom dany,Jedyne niebo, dokąd niech tęsknią ziemiany!)

W greckiéj jesieni wieczór iście boskiLeukadji witał Czajld przylądek skalny;Tęsknił do niego, rzucał pełen troski:Dużo on widział miejsc, gdzie bój wrzał walny:Lepanto, Akcjum, Trafalgar fatalny,Lecz był bez wzruszeń: widać pod niesławnąZrodzony gwiazdą, nie był zbyt zapalnyDo krwawych bitew; lalką dlań zabawnąSyn Marsa, a do zbójów miał odrazę dawną.

Lecz dziś ujrzawszy, jak swe światło ciskaWieczorna gwiazda na opoki skronie,Tego zwiedzionéj miłości schroniska,Niezwykły ogień uczuł w swojém łonie,Gdy dumny statek zwolna krajał tonie,Okryty cieniem dawnéj smutku góry,On chłonął w siebie tęskne wód harmonjeI choć zamyślon, wzrok miał mniéj ponuryI mniejsze pośród czoła wybladłego chmury.

Banek szarzeje, z nim Albanji wzgórza;Łańcuch sulijskich skał i Pind rodzimy,Napoły we mgle, w śnieżnych łzach się nurza —W zmrok i purpurę odziane olbrzymy.Ale wnet mgławe odsłonią nam dymyGniazda mieszkańców onych gór; tu kąsaWilk swoję zdobycz, tu orły ujrzymy,Tutaj od wilków dzikszy człowiek pląsa,Tu orkan naokoło mrącym rokiem wstrząsa.

Teraz się Harold samotnym nazywał;Na długo żegnał wszelką chrześéjan mowę;Teraz do brzegów nieznanych przybywał,Co strach i podziw obudzać gotowe.Do walki z losem miał on piersi zdrowe,Choć niebezpieczeństw nie był zbyt łaknący;Widoki dzikie, lecz widoki nowe,Uprzyjemniały drogi trud nużący:Wiatr mroźny zapomniany oraz skwar piekący.

Tu krzyż czerwony — bo jeszcze on stoi,Choć go rzezani spotwarzają kaci —Pychą opasłych klechów już nie broi:W równéj tu wzgardzie ksiądz i tłum współbraci!O zabobonie w jakiéjbądź postaci —Krzyża, księżyca, proroków, fetyszy,Pod jakiém godłem świat ci hołdem płaci,Stratą-ś ogółu, zyskiem szajki mniszéj!Któż złoto wiar odróżni od błota okpiszy?

Patrz! golf Ambracji! Świat tu się przed latyWymknął kobiecie, miluchnéj niebodze!Tu na okrętach wiedli buf bogatyKrólowie Azji oraz rzymscy wodzeNa bój niepewny, co krwią mścił się srodze;Tu Cezar drugi zatykał swą dłoniąZwycięskie godła, dziś — czczy pył na drodze!Niesforni władcy! ludzkie łzy was gonią!Czyś, Boże! ziemię stworzył, by ci grali o nią?

Od brzegów skał tych, co sterczą ponure,Aż w illiryjskich nizin okoliceHarold niejednę przebył wzniosłą górę,Śród ziem czyż znanych w dziejowéj kronice?Tak pięknych dolin i w głośnéj AttyceNie ujrzysz często! Nawet mniéj jest ślicznąTempe urocza; Parnas, choć ziemicęTak uświęconą posiadł i klasyczną,Nie zrówna się z tych brzegów pięknością rozliczną.

Przebył Pind ciemny, Acheruzji źródła,Ominął miasto stołeczne téj ziemi:Witać Albanji pana chęć go wiodła,Co tutaj rządzi prawy bezprawemi;Na wodzy bowiem dłońmi skrwawionemiTrzyma on lud swój burzliwy, niesforny;Lecz nieraz, kręty, twierdzami skalnemi,Wyzywa władcę górski rój opornyI szydzi — chyba tylko, gdy dasz złoto, korny.

Klasztorna Zico! mały lecz uroczyKawałku ziemi! wejść na twe krawędzie,A naokoło, gdzie zwrócimy oczy,Tęczowych blasków rajski czar się przędzie:Skały i rzeki, lasy, góry wszędzie!Z tém wszystkiém błękit w harmonję się składa.Tam dołem potok w głośnym szumi pędzie:Jak on z tych urwisk znów na głaz ten spada,Co duszę twą upoi, lecz i strachu zada.

Przez gaj, wieńczący wzgórze, skryte w krzaki,Co, gdyby przed niém nie pięły się zblizkaDumniejsze odeń różnych gór zygzaki,Byłoby godne dumnego nazwiska,Klasztor swych białych murów blask przeciska.Mnich tutaj mieszka, mniéj skąpy dla gościI mniéj surowy; u jego ogniskaPrzybysz jest miły; a niechaj z tych włościNie wraca, nie zażywszy natury piękności.

Niech tu wypocznie w największéj spiekocie:Świeżą jest zieleń odwiecznego drzewa;Tu go ochłodzi wiatr w najlżejszym locie —Od samych niebios powiew ten zawiewa —Przed nim dolina! niech tu rozkosz miewa,Dopóki może; ostry promień wcaleTu nie dociera, chorób nie rozlewa;Wzrok tu niech pielgrzym, rozłożon niedbale,Topi w rana, w południe, w wieczora krysztale.

Tutaj się ciągnie, olbrzymi i mgławy,Amfiteatru wulkaniczném kołem,Łańcuch Chimary od lewéj do prawéj.Niżéj dolina wre życiem wesołem:Szum drzew, bek stada, huk potoków, czołemChwiejące świerki! Tu Acheront ciemnąWije się falą, ongi — grobu dołem!Jest-li to piekłem, co błyszczy przede mną,Plutonie! to Raj dla mnie żądzą jest daremną.

Czar ten nie skłócon żadnych miast widokiem.Nawet Janina, choć tak niedaleka,Gdzieś za pagórki skryła się przed okiem.Chaty tu rzadkie, rzadko ujrzysz człeka;Po skałach trawkę, którą zjadła spieka,Kóz dogryzają gromady; w kapocieBiałéj pastuszek stad rozpierzchłych czeka,O głaz oparłszy swoje członki kocie,Lub kryje się przed burzą krótkotrwałą w grocie.

Ach! gdzież, Dodono, twoich gajów cisza?Prorocze źródła i wyroczni głosy?Gdzie drżała echem odpowiedź Jowisza?Gdzie ołtarz tego, co gromem niebiosyWstrząsał i ziemię?... Straszne! straszne ciosy!Płaczesz, że kruche życia twego zręby?Głupcze! twym losem są i bogów losy!Chciałżebyś przeżyć marmury i dęby,Gdy ludy, mowy, światy niszczą czasu zęby?...

Góry znikają i Epir już ginie;Oko od urwisk chętnie się odrywa,Ażeby spocząć w łagodnéj dolinie,Którą już wiosna zielenią obszywa.I pośród nizin mnogi czar spoczywa:Tam długą wstęgą pędzi strumień rwisty,Las nad brzegami pieśń wierzchołków śpiéwa,A cienie jego tańczą w wodzie szklistéj,Lub śnią w miesięcznych blaskach ciszy uroczystéj.

Słońce już zaszło za szczyt Tamerytu,Szeroki Laos grzmiał już swemi spady,Już cienie nocy spłynęły z błękitu,Gdy Harold ujrzał, krocząc w rzeki ślady,Jak meteorów błyszczące gromady,Las minaretów w Tepaleńskim grodzie,Co ponad falą wznosi swe posady;A wiatr, jęczący na parowów spodzie,Gwar ludzi słał, wytrawnych w wojennym zawodzie.

Minął haremu milczące arkana,I przez rozległe, w łuk wygięte dźwierzeZoczył siedzibę potężnego pana:Noc jego wszystko w równéj głosi mierze!Z niezwykłych zbytków usłał on swe leże,Dwór naokoło ruch i życie wznieca;Rzezańce, goście, derwisze, żołnierze!Na wewnątrz pałac, na zewnątrz forteca,Schronienie gmach ten ludziom różnych ziem zaleca.

Konie w bogatych rzędach, tłumy zbrojneZuchwałych jeźdźców, kołem otaczająWielki dziedziniec, gotowi na wojnę.Tam korytarze lśnią się barwną zgrają,Czasem przez bramę, aż echa zadrgają,Wysoko-czuby Talar mknie z kopyta,Maur, Grek, Albańczyk tutaj się mijająZ Turkiem — o, spojrzyj, co za dziwna świta —Aż bęben im ogłosi: pora dnia przebyta!

Albańczyk w krótkim do kolan spódniku,W zawoju, z strzelbą nasadzaną w dłoni,W złocistéj kurtce, zawsze pełen szyku;W czerwonych szarfach męże Macedonji;Delhowie w groźnéj czapicy na skroniI z szablą krzywą; Greczyn żywy, giętki,Czarnych rzezańców tłum z nubijskich błoni,Brodaty Turek, w języku nie prędki,Zbyt możny, by srogości nie uczuwał chętki:

Wszyscy widoczni; jedni, zbici w koło,Patrzą, jak barwny obraz się przewija;Tutaj muślemin w modłach schyla czoło;Ten puszcza dymy, grze znów tamten sprzyja;Tutaj Albańczyk dumnie wszystkich mija;Tu cichy szczebiot Greka cię uderza.Tam w niebo głos się uroczysty wzbija:Muezzin woła, aż się trzęsie wieża:Tu bogiem Bóg! Bóg wielki! daléj! do pacierza!...

Była to właśnie ramazanu pora,Co na dzień cały nakłada pokutę;Lecz gdy przeminął długi zmierzch wieczora,Życie zawrzało, jak z więzów wyzute;Panować jęły znów biesiady sute —Czerń sług wciąż w ruchu, zgina się zastawa;Balkony puste, jak gdyby zepsute,Za to w pokojach ciżba, gwar i wrzawa;To z paziem, to znów z jakimś niewolnikiem sprawa.

Tu głos kobiety nie zadźwięczy uszom;Odcięta, w kwefie, pod osłoną straży,Jednemu ciałem oddana i duszą,Więziona w klatce, o wyjściu nie marzy.Ku swemu panu miłością się żarzy,Szczęśliwsza jeszcze w swéj trosce matczynéj.(O święta trosko, cóż ciebie przeważy!)Sama téż losem kieruje dzieciny,U łona, które nie zna innych żarów winy.

W komnacie, bitéj marmurem, gdzie z środkaStrumieniem w górę tryska woda żywaA z nią się wokół leje świeżość słodka,Gdzie miękkość sofy do spoczynku wzywa,Ali, mąż boju i grozy, spoczywa.W tych jego rysach zoranych latami,Jakaś czcigodna szlachetność pokrywaŁagodniejszemi dzisiaj promieniamiStek czynów, co tam drzemiąc, hańbi go i plami.

Nie to, że siwéj nie są godne brodyŻądze, młodzieńczéj odpowiednie chwili:Miłość lat nie zna — Hafis dał dewodyI piewca z Teos, a prawdę nucili —Zbrodnia, szydząca, gdy głos cierpień kwili,A która starcom jak najmniéj się godzi,Kły jemu dała tygrysie; a czyliTak się nie dzieje, że krew z krwi się rodzi;A co się z krwi poczęło, jeszcze krwawszém schodzi?

Śród rzeczy nowycchnowych dla ucha i okaZmęczony pielgrzym spoczynku doznawał,Patrząc na przepych wyznawcy Proroka;Lecz wnet go nużył i wstrętem napawałTen gmach, kryjący zbytków, bogactw nawał,Gdzie syta wielkość chroni się przed wrzaskiem;Skromniejszy miłym byłby się wydawał,Lecz spokój gardzi sztucznych uciech blaskiem,Rozkoszy rdzeń niszczeje w zbytkowaniu płaskiem.

Dzikie są dzieci Albanji, lecz w cnoty,Choć niezbyt gładkie, pierś ich również płodna;Któryż wróg kiedy widział ich odwroty?Gdzież trwałość w boju, co ich hartu godna?Jak te ich twierdze, tak i oni do dnaTwardzi w burzliwéj ciężkich dni potrzebie;Ich gniew zabija! przyjaźń niezawodna!Dla wodza każdy duszę z trzew wygrzebie,Gdy męstwo albo wdzięczność każe krew lać z siebie.

Czajld na nich patrzał w zamku naczelnika,Jak każdy w wojnie widział blask swój wszytek;I późniéj jeszcze raz się z niemi styka,Będąc w ich mocy, na morzu rozbitek:Zły człek z chwil takich czyni zły użytek:Lecz ci pod własną strzechę go zaproszą;W mniéj dzikich ludziach mniejszy serca zbytekPrzed twém nieszczęściem rodacy się spłoszą:Mało dusz jest na świecie, które próby znoszą.

Tak się zdarzyło, że o skalną SuliRzucon był statek nawałnicą srogą:Pusto naokół, świat się w zmroki tuli:Walczyć z wiatrami, czy ląd dotknąć nogą,Długo majtkowie zdobyć się nie mogą,Drżąc, by się zdrada skrycie nie podniosła;Wreszcie dobili, lecz przejęci trwogą,Czy ci krwawego nie poczną rzemiosła,W których mściwość ku Turkom i ku Frankom wrosła.

Nie! bratnią ręką wiódł ich SulijotaWskroś skał i bagien; z piersi zdrój mu trysnąłSzczerszy, niż ma go układna hołota:Rozgrzał przy ogniu, wodę z szat wycisnąłNapełnił kubki, czystą lampką błysnął,Podał jedzenie, czem chata bogata —Rzadką szczodrotą na każdym zawisnął:Rzeźwić znużonych, koić żale brata,To wstyd dla złych, a przykład dla szczęśliwców świata.

A kiedy przyszło, że Czajld z własnéj chęciNa długo żegnał te ich górskie kraje,A w krąg szalały coraz to zawzięciéjOgniem i mieczem rozbójnicze zgraje,Wówczas, chcąc przebyć Akarnanję, dajeGłowę swą w ręce téj wiernéj drużynie,Mającéj twarde wojny obyczaje,I z nią wnet dotrze, gdzie Acheloj płynie,I daléj, aż w etolskiéj wypocznie krainie.

Gdzie się w samotną Utraikej przelewaTłum fal znużonych i do snu układa,Zielonych gajów jak ciemnieją drzewa!Skroń ich na głębi cichą pierś opada,Gdy cichy wietrzyk północą zagadaI toń całuje, nie marszcząc jéj lica;Noc tutaj była Haroldowi rada,Tu go nie jeden jéj widok zachwyca,Tu biła mu nie jedna rozkoszy krynica.

Ognie na równych zapłonęły brzegach,Naokół krążą czasze, pełne wina;Gdy kto znienacka stanie w tych szeregach,To z osłupienia naraz drżeć zaczyna:Nie przejdzie cicha północna godzina,A narodowy harc już na jéj tropie:Każdy Palikar szablę precz odpinaI dłonią w dłonie klaszcząc, chłop przy chłopie,Zawodząc dziko, ziemię w dzikim tańcu kopie.

Z upodobaniem i bez żadnéj wzgardySpoglądał Harold, stanąwszy na boku,W obraz zabawy niewinnéj, acz twardéj:Jakaś niezwykłość była w tym widoku;Ten barbarzyńców szał, nie bez uroku,Ta gra płomieni na obliczu dzikiem,Te szybkie ruchy, ognie w ciemnem oku,Włos spadający kędziorów bezlikiem,Do wtóru pieśń pół-nutą a na poły krzykiem:

Twój bęben, doboszu, doboszu ty mój!To radość walecznych, to rozkaz na bój!Na znak twój od razu ślą synów, jak mur,Chimarja, Illirja i Suli z swych gór.

Od wszystkich mężniejszy suljocki jest człek,W téj guni włosistéj, w koszuli, jak śnieg;Już wilkom i sępom swe stado on zdałI pędzi w doliny, jak potok ze skał.

Czyż wrogom przebaczy Chimaryji syn,Gdy druhom zapomnieć nie może ich win?Hej! strzelbo, nie chybiasz, gdy mścić się ty chcesz,Pierś wroga to cel jest najlepszy, więc mierz!

Macedonji dziatwa niezwalczon to huf:Jaskinie swe rzucił i rzucił swój łów!Na szarfach czerwonych czerwieńsza tam ciecz,A wojny nie koniec, a w ręku drży miecz!

A korsarz pargijski, co uczy wśród mórzPłód Franków, jak miłym zbójecki jest nóż,Porzuca na brzegu swe wiosło i pramI łupy zdobyte zaciąga do jam.

Rozkoszne bogactwo — nie wzdycham ja doń,Co chłystek kupuje, zdobywa ma broń;Zdobywa dziewicę, co długi ma włos,Z rąk matki odbija, płaczącéj na los.

Hej! kocham ja liczko urocze tych dziew:Pieszczota ich uśpi, ugłaska ich śpiew;Méj lubéj rozkażę gęśliczkę tu znieść,O ojca jéj zgonie niech zabrzmi nam wieść.

Pomnicie Prewizę, jak upadł jéj gród?Jak szalał zwycięzca, jak jęczał tam lud?Z pod dachów płonących braliśmy nasz łup,Gotując raj dziewkom, bogaczom zaś grób!

Nie mówię, co litość, nie mówię, co strach!Kto sługą Wezyra, nie kąpie się w łzach:Od czasu, jak księżyc Proroka jest znan,Niż Ali, nasz basza, gdzie większy był pan?

Syn Muchtar, ten czarny, nad Dunaj dziś w lot,Giaur płowy buńczucznych przerazi się rot;Gdy krwawi Delhowie przeprawią się w pław,Niewierni zajęczą: ty Boże, nas zbaw!

Wyciągnij kord baszy, mieczniku ty mój!Doboszu, twój bęben to rozkaz na bój:Wy góry, skąd śpieszym ku brzegom tych mórz,Ujrzycie zwycięsców, lub nie wrócim już!

Grecjo! zabytku przebrzmiałego świata!Żywa, choć zmarła, wielka, choć ugięta!Któż dziś twe dzieci wezwie do bułata,Ażeby zerwać twe tak dawne pęta?Nie takich synów przeszłość twa pamięta:Rycerze śmierci, padli z swéj ochotyGdzie Termopilów mogiła ściśnięta.Gdzież ten waleczny, co z brzegów EurotySkoczywszy, znów cię zbudzi z grobowéj martwoty?

Duchu swobody! Gdy z tobą na FyleStali, Trazybul i jego drużyna,Mogłeś przewidzieć tę straszliwą chwilę,W któréj attycka zgliszczała równina?Dziś nie trzydziestu tyranów cię zgina,Lecz wszelki nędznik w twojéj ziemi włada;Syn twój nie wstanie, lecz gnuśnie przeklina,Gdy pod razami z rąk tureckich pada:Rzezaniec w słowie, w czynie, do kajdan się składa.

W wszystkiem, prócz w rysach, jakie dzisiaj zmiany!Patrząc na żar ten, co w ich oczach płonie,Możnaby mniemać, że twój niekiełznanyOgień, swobodo, jest także w ich łonie!O owéj chwili w snach nie jeden tonie,Która ojczyste dziedzictwo mu wróci,Lecz w swych westchnieniach po obce on bronieSięga, sam złości wroga nie ukróci,Z służalstwa kart nazwiska swego nie wyrzuci.

Słudzy dziedziczni! azaż nie wiadoma,Że ten, kto pragnie wolną stąpać nogą,Miecz podnieść musi własnemi rękoma?Czyż Gall, lub inny da wam wolność drogą?Nie, oni dumę zbója skrócić mogą,Lecz nie zbududujązbudują swobody ołtarzy.Cienie helotów! wstańcie przeciw wrogom!Grecjo, masz państwo, tylko zmień mocarzy!Dni chwały twéj minęły, został wstyd, co parzy.

Gród, który giaurom ongi zabrał Allah,Giaur znowu wydrze ottomańskiéj złości;Seraju dzisiaj niedostępna halaPrzyjmie znów Franków, swych dawniejszych gości,Lub Wehabitów płód ten, co świętościZ grobu Proroka zdarł w krwawym zapędzie,Przywieją wiatry od zachodnich włości,Tylko swoboda tutaj nie zasiędzie,I sługa tu po słudze wiecznie jęczeć będzie.

Lecz tu wesoło — nim się post rozpocznie,Co, jak w ich świętéj napisano wierze,Z grzechów śmiertelnych zbawia ich niezwłocznie,Gdy w dzień się głodzą, w noc szepcą pacierze.Ale Pokuta nim się w wór ubierze,Każdy ma prawo rzucić precz swe żale,Nieco się skrycie pocieszyć. I szczerzeKażdy téż pędzi na maskowe bale,Szaleje z pstremi tłumy w skocznym karnawale.

Strumień rozkoszy gdzież weseléj płynie,Niż tu, Stambule, ongi ich korono!Choć turban kala sofijską świątynię,Choć Grekom święte ołtarze zwalono!(Ach! znów ich dola szarpie moje łono!)Ongi tu piewcy snuli pieśni hoże,Dziś wszyscy radość tu udają pono,Jednak w uwięzi oko nigdy możeI ucho tak nie było, jak tu przy Bosforze.

Na brzegu ciżba wesoła wciąż rosła...Bez przerwy tony swe muzyka zmienia,Echo takt niesie, który biją wiosłaŚród wyśpiewanych fal słodkiego drżenia;Królowa morza śle swój hymn z sklepienia,A gdy przelotny wiew poruszy falą,Kształt jéj w zwierciedle wód tak rozprzestrzeniaBlask, od jéj tronu odbity, że paląSnać się wały, aż wokół brzegi się krysztalą.

Niejeden kaik mignie w chyżym locie;Na brzegu tańczą dziewice téj ziemi;Któż o spoczynku myśli lub powrocie?Tu dłoń się z dłońmi spotyka drżącemi,Tęskliwe oko z oczy tęskliwemi,Uścisk z uściskiem: któraż pierś się wstrzyma?Ty nam, miłości! chwilami swojemi(Niechaj się mędrzec albo cynik zżyma)Nagradzasz lata bólu, który nas się ima.

Ale w téj ciżbie skocznéj maskaradyCzyż niéma serca, co, cierpiąc tajemnie,Przez kostium zdradza skrytych bólów ślady?O! dla serc takich szumiące wód ciemnieSą echem tego, ku czemu daremnieŻal się kieruje, a źródłem zgryzotyI wzgardy tłum ten, rozbawion przyjemnie!Jakże-ż je rażą czcze, głośne chichoty,Jak chętnie-by zmieniły w całun te pozłoty!

Tak czuć powinien Grecji syn prawdziwy,Jeśli go jeszcze mają greckie chaty —Nie rycerz w gębie, co znosi, leniwy,Spokój służalców, narzeka na straty,Z gładkim uśmiechem wita swoje katy,A zamiast miecza dźwiga sierp usłużny!Najmniéj cię kocha, Grecjo, kto bogatyW skarby jest twoje, kto ci krew jest dłużnyI ród i wielkich przodków, od których tak różny!

Lacedemonu gdy się męstwo wznieci,Epaminondas gdy do Teb zawita,Gdy duch przenikać będzie Aten dzieci,A męże rodzić helleńska kobiéta,Wtedy dopiero wstaniesz, czcią okryta!Aby wznieść państwo, trza wieków roboty;Chwila je zburzy, pożogami syta!Lecz człek czy wskrzesi, chwało, blask twój złoty?Czyż czasom wbrew i losom z grobu zbudzi cnoty?

Jednak jak piękną jesteś w dniu żałoby,Ty, coś półbogów i bogów ziemicą!Śnieg gór i zieleń łanów do téj dobyGłoszą, Przyrody żeś ulubienicą!Świątynie, k’twoim nachylone licom,A które niemal proch twych wojów kryje,Dziś zaoruje wieśniak swą radlicą:Wszystko, co ludzki ma początek, gnije,Wszystko znika, prócz chwały, która w pieśniach żyje.

Tam! nad jaskinią samotne kolumnyNa los zwalonych sióstr się jeszcze żalą;Ołtarz Trytonji wieńczy jeszcze dumnySkały Colonny, co się w morzu palą.Tam grób jakiegoś woja czyż ocaląOd zapomnienia ta nietknięta trawaI szare głazy, co się w ziemię walą?Jedynie obcy wędrowiec tu stawaI tak, jak ja, westchnieniu swemu folgę dawa.

Lecz niebo szkli się to samo bez przerwy,Te same skały, pola, cudne gaje,Oliwka płonie, jak za dni Minerwy,Hymet, jak dawniéj, swe młody wydaje,Pszczoła w budowie wonnych twierdz nie staje,Swobodnie krążąc między swemi góry;Apollin złoci długie, długie maje,Lśnią w jego blaskach mendelskie marmury,Precz sztuka, wolność, sława, został wdzięk natury.

Gdziekolwiek stąpniesz, tam ziemia jest święta,Ni szczypta poszła na cele bez cześci;Wielka włość cudów wokół rozwinięta;Tu się zmieniają w prawdę muz powieści,Oko aż słabnie, tak się wciąż tu pieści:To snów najrańszych wstają nam obrazy!Ten szczyt, to błonie, ten las, co szeleści,Szydzą z tych potęg, co zwaliły głazyTych miast: gród Aten upadł, Maraton bez skazy!

Ta sama ziemia, słońce niezmienione,A tylko inni słudzy, inne pany;Wielka włość cudów wokół rozwinięta;Gdzie ongi Persów tłum, na rzeź skazany,Pod miecz Hellady kładł się, pokonany.W dniu dawnéj sławy, kiedy się zmieniłyW magiczne hasło maratońskie łany:Wymów, a naraz — obozy, wojsk siły,Bój i pościg zwycięzców w oczach twych odżyły.

Med, jak ucieka z łuki złamanemi,Greczyn, jak za nim krwawą dzidzą żenie;Nad niemi góry, tu łan wód i ziemi;Śmierć mknie na przedzie, na tyłach zniszczenie;Dziś cóż zostało tutaj po téj scenie?Jakiż w tém miejscu pomnik przypominaUśmiech wolności, Azji łez strumienie?Urna strzaskana, grobowca ruinaI pył, co się z pod kopyt twego konia wszczyna.

Jednak ku szczątkom twéj zgasłéj wielkościNiejeden pielgrzym w zadumie dziś bieży;Z wiatrem iońskim przybywa tłum gościWitać ojczyznę piewców i rycerzy;Twoja kronika i twój język szerzyCześć twą śród młodych rzesz niejednych błoni,Ty chlubo starców, nauko młodzieży.Pieśniarz cię uczci, mędrzec ci się skłoni,Gdy Pallas wraz z muzami swą mądrość odsłoni.

Z obczyzny tęskni pierś do swéj ziemicy,Gdy ją tam krewna dusza oczekuje,Ale niech błądzą tutaj samotnicy,Z wzrokiem ku ziemi, która z niemi czuje.Wesołych uciech Grecja nie gotuje,Kochanek smętku oby tu przychodził,A że swój rzucił dom, nie pożałuje,Gdy pośród Delfów będzie kroki wodziłLub pól, gdzie Pers z Greczynem w krwi, konając, brodził.

Ten niech się zbliża ku tym świętym błoniom,W pokoju mierzy czarowne pustynie,Ale niech chciwą nie niweczy dłoniąOnych zabytków, co i tak w ruinie,Bo nie w tym celu wzniesiono świątynie;Niechaj to uczci, co czciły narody,A wtedy hańba na kraj nasz nie spłynie,Ty zaś w téj ziemi, która wiek twój młodyKarmiła, znajdziesz życia i miłości gody.

A ty, coś schlebiał pieśnią swojéj dumie,Wysnutą z lutni, co tak mało waży,Pomnij, że głos twój rychło przebrzmi w tłumieWrzaskliwych doby ostatniéj pieśniarzy:O zwiędły wawrzyn ich rój się nie swarzy —To nie dla ducha, który przestał miewaćCzucie dla chwalby i nagany wrażéj,Gdy zgasły serca, co mogły ogrzewać...Dziś kochać niéma kogo, a więc komu śpiewać?

Zbyt prędko uszłaś, miłowana, miła!Coś mi swą młodość z miodem sercem dała,Czegoby inna dla mnie nie zrobiła!Coś mną niegodnym gardzić nie umiała!Czém dzisiaj byt mój, gdyś ty być przestała?Nikt nie powita wędrowca, gdy wróci!On płacze doby, która się rozwiała:Po co tu była, gdy dziś serce smuci?A jemu po co wracać, gdy znów dom swój rzuci?

O miłująca, miła, miłowana!Ten ból jak ciężar swój na przeszłość składa!Jak lgnie do owych wspomnień moja rana!Lecz czas pamięci twojéj cios swój zada.Wszystko mi wzięła, śmierci, twoja zdrada,Matkę i druha i więcéj, niż druha:Strzał twój, jak wówczas, nigdy tak nie pada,W trop za boleścią biegła boleść głuchaI kradła rozkosz życia, która tak jest krucha.

Mam się pogrążyć między tłum nieznośny,Iść tam, gdzie spokój wzgardliwie się zżyma,Gdzie woła uczta i śmiech, darmo głośny,Co, kłamiąc sercu, policzki wydyma?Osłabiać ducha, choć w nim sił już niéma?Na twarz, przymusem ściągniętą, dobywaćZadowolenie, choć gniew ledwie wstrzyma?Śmiechem łzom przyszłym brózdy wyorywać?Ustami skrzywionemi szyderstwo zakrywać?

Czem ból najgorszy, który starość czeka?Najgłębsze zmarszczki cóż wyżłobić może?Z kart życia stracić drogiego człowieka!Jak ja, samotnym zostać w tym przestworze!Przed smagającym niechaj się ukorzę,Że zwiał nadzieje, że serca rozdzielił!Płyńcie, dni puste! wolne macie łoże,Odkąd méj duszy radość czas spopieliłI w młode moje lata zło starości wcielił!