Portrety literackie — Tom II — całość

Lucjan Siemieński (1807–1877)

„Że kobieta z kości swój początek bierze,Mocno temu wierzę,Bo i Basia swoją złościąStanęła mi w gardle kością.“

„Muzo, jeżeli pragniesz zyskać nieśmiertelnośćPowiedz wiekom, co mogła narodowa dzielność:Jak plemie czapką kryte wzniosło się w niebiosy,Jak niezłomną stałością zmordowało losy —I kiedy światem trzęsła Bellona zajadła,Jak spadały korony... a czapka nie spadła...“

„Hektora to ścigają Grecy zemstą swoją,„Boją się jego syna.

Dziecięcia się boją!...

W herbie mym noszę srogiego lwa z gryfem,Z krwi książąt greckich wyszedł piérwszy Jaksa,A imię moje prostym logogryfemJest wsławionego dziełami Ajaksa.

Sława, co życie nasze przedłuża za grobemSzczególnym dzieła ludzkie wygłasza sposobem:Z dwóch stron sobie przeciwnych dwie trąby przytyka,Jedną głosi Byrona, a drugą Jaksika.

Wchodzę ja wprawdzie w gniewu waszego przyczynę,Że śmiano tak zaburzyć Apolla krainę,Ten Parnas starożytny, gdzie aż wspomnieć miło,Wszystko już tak spokojném i tak cichém było,Że nikt mu już słodkiego snu myśli nie kłócił,A Feb, co się zaledwie raz na wiek przecucił,Skarciwszy Ossyana i Szekspira zbrodnie,Chrapiącą klasycznością zarządzał swobodnie.

Zrzekam się waszéj chwały, nie chcę być klasykiem,Jeśli mam to przytłumiać, com otrzymał w darze,Jak głupie echo dawne podrzéźniać pisarze,I z każdém się uczuciem dawnych radząc wieków,Śmiać się śmiechem Rzymianów, płakać łzami Greków;Lub jeśli to tak wielką zaletę stanowi,Ukraść wiersz Horacemu lub myśl Tacytowi,I zyskać tę pochwałę dla swojéj obrony:Oto człowiek na dobrych wzorach zaprawiony!Lub jeśli jeszcze waszym podobny klasykom,Mam składać podłe hołdy Augustom, Ludwikom,Więzy nieszczęsnych ludów ozłacać niegodnie,I zbrodnią poezyi wspiérać tronu zbrodnię;

Bóg sam tego zabrania bym się tak ukorzył,On mnie wieszczem mych czasów a nie małpą stworzył.

Ledwie że się z Infimy, a nawet z pieluszekJakiś tam romantyczny wyrwie jeniuszekJużci się do nieszczęścia powołanym sądzi:Błąka się w ciemnych lasach, po cmentarzach błądzi,Z jakiéjś tam urojonéj tęsknoty usycha,Jé dobrze, pije lepiéj, a do grobu wzdycha.Wiem ja że nie żyjemy w tak wesołym czasie,By sama tylko radość brzmiała na Parnasie;Lecz nacóż nam nieznane niedole określać,Niedość-że nam istotnych, trzeba nowe zmyślać?Trzebaż, trzebaż tak srodze przez ten jęk żałosnyZ pięknego maju życia zdziérać barwę wiosny,Okradać z wszystkich pociech młodość przerażoną,I nieba, ziemię, krwawą powlekać zasłoną;Jakby już Bóg dobroci przestał światem władać,I nie było mu za co dalszych dzięków składać?!

Jedna matka was swemi uwieńcza laurami,Żadnéj lutni bezbożność lub podłość nie plami;Jedno macie prawidło: bratnie kształcić plemię,I jeden tylko rodzaj: polską śpiéwać ziemię.

Zdołałbym może wzbudzić Muzę śmiałą,I godném ciebie odezwać się pieniem,Lecz ty uciekasz przed każdą pochwałą,Jak nieprzyjaciel przed twojém imieniem.

Jednego zdobi ta godność wysoka,Że wraz z Krakusem zamordował smoka;Drugi z nich Lecha monarchą wykrzykał,Trzeci z Popielem przed myszami zmykał;Czwarty przed Wandą wiódł hufiec marsowyJako kasztelan drążkowy.Lecz gdzież mię śmiały polot doprowadził,Któżby określił dawność téj rodziny?Dość że z nich żaden ojczyzny nie zdradził,Wiwat więc, wiwat Korwiny!

Dobre żółwim idzie krokiemZłe na orlich skrzydłach lata.....

Mogęż ja téj wieści wierzyćŻe się sława literackaTak zaczyna znowu szerzyćJak w obfitym wieku Jacka,Że nie syty tylu rymów,Jaksa z prozy chce być znany,I już fury synonimówPłockie nam wiozą furmany,Że nie szczędząc trudów, potuWszystko głęboko rozmyśliłI pełen swego przedmiotuNajlepiéj głupstwo określił;Że Grzymała przy nadzieiJuż nam trzeci połóg głosi,I że wielki trup AstreiZnowu się z grobu podnosi.Że ten upiór na parnasieTak się często jawi, kryje,Iż sam w strasznym ambarasieNie wie, czy umarł, czy żyje.

Że się wreszcie tak w balladzieZatopiła wieszczów tłuszcza,Że już stróżów w rym swój kładzie,Żydom nawet nie przepuszcza;Wali dzieła do śniadania,Drugie kończy do wieczora,A Szaniawski się oganiaOkropnym mieczem Cenzora.

Nie dziwią mię te hałasy,Głośne bale, bardów pienia,Bo téż to właśnie są czasyDo śpiewania, do tańczenia.Niech się trzpiocą jak szaleniCieszą chwilą tak ochoczą,W wielkich skokach wyćwiczeniMoże i Polskę przeskoczą.

Że i jego sława wzniosłaŚwietnym obdarzyła stanem,Że był dworakiem z rzemiosła,Tylu królów szambelanem!Lecz go o podłe wyścigiCo się nieraz innym zdarzą,I o dowcip do intrygiNigdy dzieje nie oskarżą.

Będzie w późnych żabach słynąć,Dojdzie do wieków tysiąca,Nie da wielkiéj Żabie zginąćŻabek wrzawa grzechocząca.

Jak ów Rzym szukający zkąd niegdyś pochodził,Początek swego rodu z wilczycy wywodził,Tak téż kiedyś Korwinów linia wysokaPójdzie aż do cielęcia, które struło smoka.smoka“.

Jak z wszystkich skarbów ziemi których Bóg użyczaNajpiękniejszym jest darem przyjaźń Niemcewicza;Tak, gdy szydzi z podłości, gromi złość potwarczą,Całe piekło ją swoją nie osłoni tarczą.O nie znajdziesz sroższego pogromcy niecnoty,Tyrana bab stołecznych i bicza na koty;

„Gdybym tak często biegł do twéj ustroniJak się sercu przypomina;Nie stałoby wozów, koni,Od Piotrowic do Lublina.“

Głoszą wjazd Ferdynanda okrzyki narodu,Wiodą go przez ulice kwiatami usłane;Tak to niegdyś i Troja do swojego groduCiągnęła bydle drewniane!“

„Tak byłyby godnemi nawet twego rymuCałe życie cierpienia, i czyn godnym Rzymu.“

„Muzo polska! pieśniami wsławiona smętnemi.“smętnemi.Ty, coś w wolnéj, dalekiéj Washingtona ziemi

Przez usta Niemcewicza przemawiała z jękiemWzruszała ją twym losem, zadziwiała dźwiękiemOzwij się, ozwij piękną ojców naszych chwałą,Zapal ogniem słów twoich tę młódź pozostałą,Przypomnij przekazaną tylu cnót puściznę,I przynajmniéj w jéj sercach uratuj ojczyznę.“ —

Gründlicha język francuskiKształtne Jarachy frazesa,Zawidzkiego dowcip pruskiI wszystkie mowy Prezesa.

„O żono, droga żono, matko moich dzieci!Może mnie tam nie jeden błąd w twych oczach szpeci,Możem nie dość twym cnotom winnéj składał cześci,Nie dość kwiatów pociechy wplatał w cierń boleści? —Téj jednéj krzywdy przecie nie wyrządzę tobie,Bym łzy żalu na twoim nie zostawił grobie.Niechaj inni od przykrych im pamiątek stronią,I by uciec wspomnieniom, za nadzieją gonią;Dla mnie całą rozkoszą opłakiwać ciebie,Tu cię szukać mym żalem, a nadzieją w niebie!niebie!“

Kto wszystkie życia już wypił trucizny,I nic, prócz męki, nie czuje —Ten w rozdzieraniu rozjątrzonéj bliznyJedyną rozkosz znajduje.

Nie znam już słodszych pociech jak łzy żalu sączyć,I już innéj nadziei, jak się z tobą złączyć.“

Tu leży z łaski BoskiKsiąże Józef Poniatowski.Przechodniu! jeźli tędy wypadnie ci drogaZmów Ojcze nasz, zmów Zdrowaś, zmów i Wierzę w Boga.

Czy, powiodę w kwietniu, w majuSzyki niczém nie wstrzymane,

Czyli z groźnego SerajuPorwę nową Roksolanę;Czyli z Raczyńskich przykładuLepiéj się poznam z Turkami,I czy wreszcie dojdę ładuZ Mickiewicza Sonetami?

Złe, co największe zniweczą umysły,Złe, panujące nad brzegami Wisły,Złe, które w zimnym żarcie utworzyły nieba,Lenistwo — gdy koniecznie wymienić je trzeba —Zdolne przez swoją miękkość niebezpiecznąOstudzić przyjaźń półwieczną,Taką mi niemoc w wszystkie członki wlało,Że jakby się Jaksoskiego Gorsetu słuchało,

Ciąglem tylko ziewał, wzdychał,I nudę nudą popychał.Nic dla mnie żadnéj już nie miało ceny:O nic nie dbała dusza zmordowana;Niechciałem nawet gasnącéj już wenyOrzeźwić rymem Koźmiana.Tak ciemny poczet nudnych dni się skupiał,Schło serce, stygły myśli i — Morawski głupiał....

Nie jeden wprawdzie wielki mąż nas zdumiałMężném wytrwaniem, albo świetnym zgonem,Lecz kto wie, czyli samby Kato umiałW każdéj chwili być Katonem?

Śmieszny zbiór wszystkich nauk w jednym mózgu zbity:Homery, kalendarze, kantyczki, Tacyty.

Co nowych miast stołecznych niezmiernie ciekawy,Przelata wszystkie bruki Berlina, Warszawy,Londynu i Paryża porachuje wieże,Rozsiewa miliony, zdumiewa oberże,I na to w swéj latance cały czas utracaŻe dość głupi wyjechał, a głupszy powraca.

Zbrojny rządową potęgą,Z lśniącą gwiazdą; sutą wstęgą,Lub téż z orszakiem Parnaskim.Cnota w sercu, laur na skroni,Prawda w uściech, Flakkus w dłoni,Miedzy synem a Morawskim,Tak niech będzie! A świat całyKrzyknie: Koźmian dosknałydoskonały!“

„Zacóż gonić za szczęściem po téj łez dolinie,Gdy zaledwie schwycone już na zawsze ginie;I kiedy nic w tém życiu tak ciężko nie boliJak gdy się znikłe szczęście przypomni w niedoli.„Za cóż gonić za szczęściem, które gdy się straciJuż go żadne późniejsze sercu nie odpłaci;Zawsze to, co już grobów pokryło się mrokiemMilszym przez mgłę przeszłości nęci nas urokiem.„Za cóż gonić za szczęściem, gdy już życie mija;Tylko się w serca wiośnie, kwiat szczęścia rozwija;Pod słońcem on młodości zakwita jedynie,Raz on tylko wystrzela, i na zawsze ginie.“

Jest czas, który przywodzą niedole lub lata,Gdzie człowiek nic już w siebie nie naciąga z świata,Tém żyje, co ma w duszy: już do swego łonaNie przyjmie żadnéj kropli czara przepełniona.Syty ludzi i życia, zamknął dni swych dzieje;Sława mu bez uśmiechu, bez wdzięku nadzieje;Wszystkie, wszystkie pogrzebał w wielkim serca grobie,I żądze nawet szczęścia już wygasił w sobie.Jak ów robak, co w własnéj sklepi się osnowie,Tak i on nić tę ciągnie, co się życiem zowie.......Nie wyszydza on obcych zdań, uczuć lub marzeń.Lecz inną wiarę, czucia, z własnych powziął zdarzeń.

Pod barwą on innego żeglował okrętu,Inną prawdę wyczerpnął z ludzkich działań mętu:Jaki obraz przeszłości złożył mu się w duszy,Taki został, skamieniał, sama śmierć go skruszy.Rycerz to jest, co ziemskie już zamknąwszy bojeBronzowym chwały płaszczem okrył postać swoję;Stanął niemym posągiem pośród świata wrzawy.Niczém on już przybranéj nie zmieni postawy,Jeden tylko i jeden zawsze wyraz twarzy,Jaką myśl dano czołu, taką stale marzy;A gdzie raz zwróconemi wpatrzył się oczyma,Tam je ciągle, niezmiennie, wiecznie wryte trzyma.“

Są więc te stanowcze chwile,Chwile życia, wieki chwały,Gdzie dusza w całéj swéj sileRzuca się w zawód zuchwały:Gdzie z głębi siebie przywołaWszystko, czém się podnieść umie,

I gdzie człowiek wszystko zdołaCo być podobném rozumié.

Sowo Minerwy, perło AppolaSzczytna topoli w poetów klombie,Ty, coś tak piękne grywał nam solaNa Feba trąbie.Sławny pijaku krynic parnaskich,Coś Bielawskiego, coś Jacka przepił,Któż ci na wieczny smutek MoraskichGębę zalepił?Był czas, gdy jeden Bóg nas prowadził,I przyjacielskie godził nam lutnie,A każdy z nas się na koncept sadziłKto lepiéj utnie.Wtenczas to jakby Etna wzburzonaWiersześ nam miotał, wierszem grzmiał, ryczał,Dziarski twój pegaz zadarł ogonaWierzgał i kwiczał.

Każden ci wprawdzie łatki przypinał,Lecz i tyś dowiódł, że umiesz kąsać:Poznał świat wówczas co za kryminałJaksą potrząsać.I zkądże po téj bójce tak grackiéjMilczysz na wieczne dni mych zatrucie?Zapiej, ach zapiej — grzędy sarmackiéjSławny kogucie!

Trzy góry znojem sypane narodu,Lackiego Nilu piramidy wzniosłe;Trzy groby, z grobu Ojczyzny wyrosłe,Stoją w obliczu królewskiego grodu.Stoją — jak Bardy, co w przyszłość dalekąSędziwą sławę swojéj głoszą ziemi,Jak Alpy czasu, pomiędzy któremiPrzeszłość tak pełną przepłynęła rzeką.Mieszczą się śród nich całe lat tysiące,I z pełnią chwały i zagubą bratnią:Słońce, chrobremu ludowi świécące,Weszło nad pierwszą, zgasło nad ostatnią, —

Żaden kwiat się nie rozwinie,Żadne szczęście nie wypłynieZ bujnych, dzikich uczuć wzbicia,Z pięknéj tylko miary, zgody,Płynie błogość, dźwięk swobody,Piękność śpiewu, piękność życia!

Boże przyjąć raczCałéj Polski płacz.Wstrzymaj groźny sądNa Adama błąd,Co w tak sporny bój,Wyzwał kościół twój,Podnieś nad nim krzyż,Dumę jego zniż;Zeszlij wiary dar,Zgaś nieczysty żar;Niech się wzniesie z winSławny Polski syn!Boże przyjąć raczCałéj Polski płacz!

Panie! brat to nasz,Serce jego znasz.Łatwo zbłąka szałPychę wielkich chwał.Lecz niech Twoja dłońGrzeszną dotknie skroń;A tam przed tron TwójTaki tryśnie zdrój,

Takich żalów jęk,Takiéj pieśni dźwięk,Że z podniebnych chmurTwych aniołów chórŚwięty słysząc rym,Hymn swój zleje z nim!Boże przyjąć raczCałéj Polski płacz!

Zwróć go Panie, zwróć,Okiem ojca rzuć,Maż ten wzniosły dąbW taką runąć głąb?Maż ta gwiazda spaśćZ takim wstydem zgaść?!Boże, przez twój cudPociesz biedny lud;Już on tyle mąkZ Twoich przyjął rąk;Starych zbrodni pyłKrwią i łzami zmył;Codzień nowy jęk,Codzień kajdan brzęk,Codzień wyższy grób,Bo twych sięga stóp!Boże przyjąć raczCałéj Polski płacz!“

Serca mego nowe dziecie,Zosiu, oczom, duszy miła;Tyś ostatnie życia kwiecieJuż nad grobem mi uwiła.

Mnóstwo strat się w życiu zniosło,Mało serca ran zawarło,I co bujnym kwiatem rosło,Albo zwiędło, albo zmarło.

Lecz kto silnie z Bogiem trzyma,Temu wiele odmłodnieje;Tak i teraz moja zimaWaszém słońcem się ogrzeje.

Wami dzień się mój rozświeci,I noc błogą zleje ciszę;A pieśń szczęścia dobrych dzieciW snach mię złotych ukołysze,

O spiesz w dom nasz, w te podwoje,Gdzie cię radość łzą powita,Gdzie zgadując litość twojęJuż się nędzarz o cię pyta.

Pójdź ukochać lud téj wioski,Syny to są wspólnéj ziemi;Słuchaj głosów żalu, troski,I niekiedy zapłacz z niemi.

O, z nich każdy w czas niedługiSerce z sercem twém zaślubi;Panią tylko widzą sługi,Sam chłop Matką zwać ją lubi.

Wchodź usłanym w kwiaty progiem,Spiesz w dom nowéj ci Luboni,Z młodém szczęściem, starym Bogiem,Z dłonią w syna mego dłoni.

Tak, gdy pełny zdrój łask tryśnie,Które Ojcu Bóg objawi,Daj mu rękę — niech ją ściśnie,Czoło — niech je błogosławi. —

I o to się kłócili przez lat kilkanaście:Jan wołał: gaście ogień! Jędrzéj: ogień gaście!“

Gdzie się stary Jegomość chronił w upał letni,Gdzie mawiał swój różaniec, dawne czasy marzył.

Którym dziarski parobczak znojne strojąc skronie,Zdaje się w staréj Piasta pysznić się koronie.

Sarmackiéj gościnności państwo niezmierzone.

Istny olbrzym Babelu, co na podpał małyPaszczą swoją połykał drzewa sążeń cały,I w którym, jak to dawne powiadały dzieje,Potrzykroć się przed laty zakradli złodzieje;Stykał się z nim, rozległéj równie jak on miary,Komin, krewniak, towarzysz i przyjaciel stary;Gorząc wzajem tak w dziennéj, jak i w nocnéj dobie,Ciągłym żarem afektu dogrzewali sobie.Jak ów potwór, co całą zalega jaskinię,Tak potężny pień dębu jeżył się w kominie;Stróż nań ciągle szczyp smolnych całe kopy walił,Huczał ogień i Dziaduś przy nim turka palił...

Jeden w lśniącym kirysie i z podpartym bokiemWygolony rudowąs groźnym ciskał wzrokiem,Drugi z brodą kępiastą i czubem na głowieZdał się stare ojczyzny wyobrażać zdrowie...

Gasił potwór, przez cały pułap przeciągnięty,Odwiecznych może borów piérwsza rodzicielka,Niezmierzonego dębu jednorodna belka,Potężna córa puszczy, król piastowych lasów,Łom arki, co przepłynął cały potop czasów.Zdało się, że nieludzkie go tam ręce wzbiły,Że trza było téj strasznéj, téj wszechmocnéj siły,Która światy przerzuca i hamuje burze,Aby wznieść taki ogrom i utwierdzić w górze.Belka ta liczne włości przeżywszy dziedzice,Miała jedną z kart ważnych w domowéj kronice,Na jéj boku wyryty rok stawiania dworu,Był rokiem straszliwego w ojczyźnie pomoru;A kiedy piérwszy Moskal wszedł w Dziadka podwoje,Z strasznym hukła łoskotem, i pękła na dwoje.Pod nią chłystki szlacheckie na kobiercach bito,Pod nią duch się pokazał i Szweda zabito.Nigdy téż dobry Dziaduś, znany z ostrożności,

Ni sam pod nią siadywał, ni umieszczał gości;O szeląg on się nawet pod nią nie założył,Na niczém nie podpisał, listu nie otworzył,Zważał nawet, że gdy kto klął się na Szatana,Zachłysnął przy kielichu, ograł w kasztelana,Lub się wyrwał niebacznie i głupstwo powiedział,Zawsze się pokazało, że pod belką siedział.

Lata, łaje i gdyra po każdéj ustroni,Jak domowy grzechotnik pękiem kluczów dzwoni.

Wchodzi w ręku z batogiem, kurtą na żupanie,Pas z klamrą, wąs sumiasty, już siwy w połowie,I czerep na golonéj bielący się głowie.Sześćdziesiąta już wieku przyciska go zima,Lecz służył w rajtaryi, i prosto się trzyma,Ztąd to przy gęstéj minie i wojackiéj dumieI słuchać i wypełniać i rozkazać umie.....Drwi z książki, drwi z niemczyzny, na nowość się jeży,I jak w duszne zbawienie, tak w kalendarz wierzy;Nabożny, zna kantyczki, wie co wąż i Ewa,Suszy piątki, na summach z organistą śpiéwa;A gdy ksiądz na spowiedzi burę mu wypali,Słychać w całym kościele, jak łbem w ziemię wali.

...jakieś quamquam, baba samiec, jędza,Niedość że w rok po trzykroć swą czeladź rozpędza;Jeszcze w wiecznéj z proboszczem i dworami zwadzie,Wciąż się wdziera w granice, a wciąż pozwy kładzie;Jak od dżumy, tak od niéj palestra ucieka,I z tąd sama po sądach, trybunałach szczeka...

Nieco mniejszy od dworca, gmach ów znamienity,Zewnątrz niegdyś szkarłatny, a wewnątrz wybity

Felpą żółto-gorącą, z mnóstwem taśm, kutasów,Wznosi się w staréj pysze Batorowych czasów;Gęsto się w gwóźdź mosiężny brzegi pudła stroją,Groźne Gryfy na straży drzwiczek z kordem stoją,A na tryumf téj wzniosłéj i dziwnéj struktury,Sześć sfinksów wyzłacanych świeci się u góry.

Ciśnie się całowany w ramię, ręce, wąsy,Pcha przez tłum mężczyzn, kobiet i wśród dzieci mrowia,Jeszcze progu nie przeszedł, już wypił trzy zdrowia...

Rżnie od ucha nadworna Starosty muzyka;Dziaduś w kord swój uderzy, pomuśnie wąsika,Uśmiechnie się, dłoń poda, i z marsowym wzrokiemNa czele par trzydziestu wolnym stąpa krokiem;To zawraca, to kołem, to wężykiem krąży,Gdy już w trzecim nawrocie wstrzyma go Chorąży;Wiwat pan Piotr! zakrzyknie, wznosząc flachę sporą,Damy solo puszczone nowych mężczyzn biorą:Dwaj zaś starcy klęknąwszy dawnym obyczajem,Piją swe zdrowia, płaczą, ściskają się wzajem,A za każdym uściskiem zacnéj starców pary,Z blizkiego wirydarza huczy moździerz stary.

Na każdy ruch Ewusi tkliwém strzela oczkiem;Nie może się jéj wszystkim wydziwić ponętom,Nasłuchać się jéj głosu, napatrzeć oczętom.Śliczna jakby obrazek, jak aniołek słodka,Perła, kwiatek, brylancik, przylepka, pieszczotka,Cóż dopiero, gdy nieco poprawi kołpaczka,I stanie do mazura i upiecze raczka,Utnie korkiem hołubca i koło zatoczy, —Wówczas ledwie z starego dusza nie wyskoczy;Tupa, klaszcze, podryga i chustką wywija,I zdejmuje trzewiczek i duszkiem wypija.

i upadł jak długi.Rwą ów papier — czytają — Polski rozbiór drugi.

Ten głową tłucze ściany, — ten ryknął z boleści,Wrząca krew mu ustami lunęła potokiem,Tu dwóch starców z zdziczałym porywa się wzrokiem,Stargane się ich myśli zmieszały z rozpaczą,Drobne nawet dzieciny jak bobrzęta płaczą.

........trzeba w pocie czoła;Tym potem jest krew nasza, — pracą Sybir, boje............Dziś tłoczący duszęZrzucam ten kamień grzechu, jarzmo włościan kruszę:Rozjaśnią się niebiosa wolnych dusz widokiem........

Źle jest mieszać i żenić z wesołością płacze;Pluje na grób ojczyzny kto w jéj smutku skacze.

I układa manifest, znów drze, maże, pisze,Z praw go świętych, praw ludzkich, bozkich wyprowadza,Gromi, — żółcią doprawia, łaciną dosadza......

Ryknął z żalu, — przyklęknął, — wzniósł oczy ku Bogu,Krew buchła, — serce pękło — i skonał na progu.

co w dziecinnych latachIgrał tutaj po cichych Dziadunia komnatach,I marząc, że z swym wrogiem stacza bitwę wielką,Z drewnianego konika wywijał szabelką.

Za Polskę teraz bój stoczemy,Bo jeszcze nie zginęła, póki my żyjemy!

Czuję żem ożył, że silniejszy jestemZimnym wód rzecznych orzeźwiony chrzestem.

Czuję żem ożył i że zgasłe siłyZimnym wód rzecznych chrztem się orzeźwiły.

Lecz gdzież mógł zaleść przy swojéj ślepocie?To się o drzewo, to gałęź uderza,To w straszliwém grzęźnie błocie.

I tak przez swoje ogonoweGubi i siebie i głowę.

Stary książę wykapany;Kubek w kubek pan pradziadek!

Biada nam! kziąże ma bzika!

Cofać się ciągle w czasy przedwiekowe,Odrzucać lepsze, dla tego, że nowe,Rzecz to u książąt nie rzadka;A przecież owe zabytki zbutwiałe,Dzikie przesądy i formy zgrzybiałe,Wszystko to suknia pradziadka.

Posąg stawiano za życia,Dzieje pisano po zgonie.

W każdą więc sprawę wmiesza się i wtrąci,Wszystkim chce dodawać ducha,Zwija się, szasta, a bróździ i mąci:Nasza to mucha.

Ileż będzie i dziwu i sławy,Ile blasku, ile wrzawy!W tym tak szczytnym żarze, dymie,Wielkie sobie zrobisz imię;Będziesz wszędzie głośny, znany,I w gazetach drukowany!

Godne wzgard świata i złoczyńców taczki,Największych może nieszczęść winowajce,Krajowych niezgód pokątne dmuchaczki,Was to skreśliłem w téj bajce.

Muchy — są moi akcyoniści,A siatka — moje programa.

Tak go strawić niepodobna,Nigdy ci się nie poszczęści;Lecz go przetnij na trzy częściI każdą połknij z osobna.

Gdybyś zręczniéj kierować umiał wołki twemiI zagon byłby lepszym i my mniéj bitemi.

Tak króle prawa dają i znów łamią,Dają ów dzwonek, a dzwonienia bronią.Cóż się więc dzieje, gdy w górze tak kłamią?Ludy na gwałt dzwonią.

z rudym włosemI nadzwyczaj wielkim nosem.

Tak i my, co to lubimy rozprawiać,Kiedy się z głupstwem wyrwiemy,Chcemy się niby ratować, poprawiać,A wciąż gorzéj brniemy.

Że pił w święto, pan chłopu wyrzucał pewnemu;A ten na to: Mój Panie! czyż ja winien temu?Człowiek chodzi za nosem. Stokroć więc szczęśliwyKto ten nos dostał prosty — mój, nieszczęściem krzywy;Krzywo téż ciągle chodząc codzień się zawodzę:Chciałbym wniść do kościoła, a do karczmy wchodzę.

Leżąc pod krzaczkiem jeż w kłębek zwiniętyWszystkie swe kolce nadstawił;Staś go swojemi chciał ująć rączętyI strasznie biedak się skrwawił.

— Nie tak go chwytać należy —Dowcipny Stefuś mu powie:Jest inny sposób na jeży,I zaraz twego tak złowię.

Jeż się zrazu patrzył boczkiem,Chciwém na nie strzelał oczkiem,Ale się wahał i trwożył....Kiedy w tém nagle zrywa się z pod krzaczkaDo smacznych bieży jabłuszek,Stefuś mu rączkę wsuwa pod brzuszek,I tak chwyta nieboraczka.

Walcz jak chcesz z ludźmi pewnemi,Zwycięztwem się nie poszczycisz;Ale wszystko zrobisz z niemi,Gdy ich za brzuszek pochwycisz.

W cieple i przy fajceMarzy się o bajce.“

Niech i ja także dzień tak miły święcę,Szczęknę z radości i ogonkiem kręcę;Bo jakże nie mam w dniu tak drogim skakać,A raczéj w rzewnéj wdzięczności zapłakać!Pamiętam bowiem o tym strasznym figlu,Który los zdradny gotował mi w Szmiglu,Gdziem miał już zginąć — a tyś się użalił,I od tych srogich Niemców mię ocalił.Co — jak z ust mego słyszałem to dziadzi,I psyby polskie powytępiać radzi.Może, iż za to ukarać mię chciano.Że jak w psich dziejach stoi napisano:Jeden z mych przodków śród hundsfeldskich łanówNajwiecéj pono pozjadał Germanów.Licznych on psiarni był w ówczas hetmanemI ztąd go zwano wielkim Tekelmanem.Lecz wszystko w świecie gaśnie i upada:Znikła już pamięć wielkiego naddziada;A ja, wnuk przez cię litośnie przyjęty,Przychodzę kornie twoje lizać piety,Wdzięczność twéj wiernéj psiny ci wynurzyć.I całe życie na dwóch łapkach służyć.

Staréj sługi i w szkapie przymioty bogatéj,Bo wreszcie, cóż ja będę znaczył bez Wilczatéj?Po Wilczatéj mię znają, kiedy po obiedzieStare Jeneralisko na wizytę jedzie.Po Wilczatéj mię znają, kiedy z Karym w paręOdwożą do spowiedzi moje grzechy stare.Wlokłem się marząc sobie że gdy zejdę z świata,Aż do grobu mię moja odwiezie Wilczata.Tak się to z losem ludzkim wiążą losy szkapie...

Jaki obraz przeszłości złożył mu się w duszy,Taki został, skamieniał — sama śmierć go skruszy.

Invan ti lagni del perduto onore,Italia mia di mille affani gravida;Tu fosti invitta fin chè il tuo valoreE le antiche virtù serbasti impavida.

Życie się z ziemi już trawką wyciskaI w całéj budzi się sile;Z każdego pączka miłość tu wytryska,Boleść usypia na chwilę.Czemuż się życiem téj wiosny nie cucęCo dla wszystkich tak radosna?Może ja, może, dla tego się smucęZa to ostatnia już wiosna!Słyszę ja z gaju brzmiący śpiew słowika,Pszczółkę, co nad kwiatkiem brzęczy —Ale mię głębiéj głos dzwonu przenikaCo gdzieś tam z wieży mi jęczy.

Wszystko zwiędło, trawki zbladły,Zaległ ziemię liść opadły;Wzmaga się pomrok wieczoru, —Zimny wietrzyk mię owiewa,Obnażone szumią drzewa,I puszczyk huczy po boru.Smętna myśl się w umysł ciśnie,Z nią raz po raz łza zabłyśnie, —Coś mię ciągnie do stóp krzyża,Bije zdala dzwon kościoła —Ach rozumiem! wszystko wołaŻe i dla mnie czas się zbliża.“

„Boże mój Boże! o jakże się bojęO wieczność moję!

Tyś za warunek naszego zbawieniaWskazał nam słodką cnotę przebaczenia;A ja dopełnić jéj nie byłem w stanieBo nikt mię w życiu nie obraził Panie!

Tak Panie! nikt mię obrazić nie raczyłBym dla miłości Twojéj mu przebaczył;Srogością dla mnie ludzka dobroć była,Bo mię tém niebios może pozbawiła.

Jestem więc Panie bez żadnéj zasługi,Nie uskarbiłem jéj przez wiek tak długi;Lękam się kary, którąś mi przeznaczył:Bo czy przebaczysz, gdym ja nie przebaczył?“