Kasa

Lucjan Szenwald (1909–1944)

Kasa

W nieruchomych wybłyskach metalowych klamek,oślepłymi oczami wbita w szarą nicość,ponuro waży w dłoniach zaciśnięty zamek,opatrzony żelazną gwiazdą — tajemnicą.

Bonanse meksykańskie, Tagi, Kaliforniepłyną wrącym strumieniem w hebanowe muszle;i wypełnia się skrzynia, pęcznieje potworniei — jeszcze jedna kropla — a pęknie i buchnie.

Daremnie jęczy, wyje, skowyczy i skomli,że połknięty kwadrylion dusi ją i gniecie,prosi o włamywacza, żeby ją uwolniłi diamentowym nożem czarną ranę przeciął.

Daremnie krew puszczają purpurowe diabły,krew czarną i spienioną, warczącą boleśnie —w czerepie zahuczały tysiączne kowadła!Hej! Czerep rozbić! Czerep! — Bo padnie i zdechnie.

W bezwładny przesyt walą okrwawione młoty!Hej! Wymioty złociste! Metalowa flegma!Błyskiem w zbielałe oczy! W uszy kołowroty!Skrzydeł jej! Niech wyrzyga i niech wichry przegna!

Pęd w szyby! Rozsadzone przezroczyste błony.Pęd w szyby! Już w powietrzu, na ogromnych torach.

Na zenicie migocą monety zielone,a wśród monet steruje srebrny księżyc — dolar.

Rozniosły czarne pudło wichry i tajfunyi już wiatr porankowy po pustkowiu hasał.gdy coś pękło i brzękło, uderzyło w struny:eksplodowało słońce — wielką światła kasą — — —

Skamander, 1926 r.