Ku czci filologa
On nie był marnotrawcą.Jeśli napęd żywy,których kości przenika i w płucach gromadzipowietrze, do złocistej porównam oliwy,a ciało wielokształtne — do przestronnej kadzi:on nie rozpryskał płynu bezcennego wokół,świat myśli mając w sercu, a świat rzeczy w oku,szedł naprzód korytarzem krętym i niejasnym,a kędy przeszedł, trawa kwitnęła i jaskry.
Początkiem było może kilka cichych liter...(O, świateł w antykwami chorobliwy półton!)...kilka liter, powiadam, nad stronicą żółtązbłękitniałych, nim w słowo spłyną jednolite,i brzmień architekturą skute doskonałą,odkryją dziwne dale w greckim słowie: „naos“.
Czy chłopiec wielkooki, pochylony czołemnad splątanymi wodnic łodygami pisma,wciągał w nozdrza ich zapach? Czy na oczów żarywilgotne, białe płatki kładły nenufary,i nurzając płonący mózg w rozkosznym chłodziepłynęły po tym ogniu, jak po rzece łodzie?
Tak i pierwsze przeciągłe z Homerem rozmowy —pamiętasz, profesorze? Te dziwne parowy,leśne i mokradlane, z paprociami na dnie,te bagna, torfowiska, zasadzki, zapadnie,te drogi powikłane (nikt ich nie uprości!),którymi się dochodzi do starożytności?
Z Odyseuszem płynąć na powiewnej tratwiepo morzu, kiedy fale fioletowe warczą,a siły nikną, nie wiadomo już, czy starczą,i krzepnie wiatr, tak płynąć, o powiedz, czy łatwiej,niż w trawie się rozkładać, na fistule z trzcinyświstać pasterskie śpiewki, runo golić owcom,i zalecając smagłym dyskrecję jałowcomściągać z Amaryllidy hojny dar rozkoszy?Lub marchwinami zdobić pełen sera koszyk?Lub płoszyć kuropatwy z zielonej wikliny?Lub twarz nastawiać, kiedy ciepły wieje zefir,i sielankowe ziele jadać, i pić kefir?
Profesorze! Tyś nie był marnotrawcą czasu.O kilometr zstąpiwszy pod powierzchnię morza,i wśród próchniejącego znalazłszy się lasu,próchna się nie uląkłeś, lecz z pomocą nożadrzewa obłupywałeś z zewnętrznej skorupy,powstałej pod bandażem, a zaschłej jak strupy,i pokazując światu żywą miazgę wnętrza,wchodziłeś tam, gdzie fala biła najgorętsza,golfstrom historii, słabe miażdżący skafandry;prąd ognia; w nim zielone płyną salamandry!
Nieraz, nieraz oczami do ust twych przykuty,mierzyłem rytm oddechu na sceniczne pauzy,które twój akcentował głos; a zwiastun pauzy,dzwonek, jak ostry łyk mi smakował cykuty.Kochałem cię, o Starcze, przyprószony prochem,za to, że tak kochałeś Grecję, którą kocham!Olbrzymich, dawnych ludzi wywiodłeś z podziemi;jeżeli byli głusi, ciemni, albo niemi,dałeś każdemu skrawek własnego języka,w puste piersi własnego serca kładłeś kawał,i takcś po kolei serce swe rozdawał,aż rana ci została, i się nie zamyka...Aż próżnia ci została: ot pusta komora!Serce twoje jest w Grecji, a w piersi go nie magłowa twoja jest w Grecji: rękami obiemapodparta, jak olbrzymi leży gdzieś monument...
Obok niej bez pomnika strzaskany postumenti przedpotopowego kręgosłup potwora.
Kwadryga, 1930 r.