Scena przy strumieniu — Rozdział I

Lucjan Szenwald (1909–1944)

Rozdział I

Na krańcu wielkomiejskich dróg,gdzie głazy szorstkie są i rude,zsunięta cielskiem na sam róg,wśród nędznych bud, wśród lichych ruder,podobna do brudnego czoła,ciężka, jak miedź roboczych płac,— czernieje, ocieniając plac,bezpłatna i powszechna szkoła.

Rogaty, niegościnny dom,mierzący w chmury z okien mroźnych!

Tam wapno plami każdy złom,i słychać czas, i kroki woźnych.

Masyw cementu, cegły, szkłana niebo kładzie się jak mgła.

W gliniastym rozsypisku grudnie darmo mury te ugrzęzły!

Ku piętrom wznoszą się od wrótschodowych klatek twarde węzły,

i sążnie izb, i korytarze,i ławek chór, i podia katedr,i szaf szerokie, nieme twarze,i karcer — mroczny, groźny krater,

i gzymsy, i framugi okienz zieloną wkoło ram wypustkąi czas, mierzony ciężkim krokiem,i wzniosła myśl, mierzona pustką.

Przez okna właśnie wchodził świt,jak uzbrojony łomem złodziej,i w blasku, co na gzymsach kwitł,wyglądał gmach z kamiennych płytnie piękniej — ale trochę młodziej.

Po odrętwiałych grzbietach ławbudziły się stalowe błyski.Jeszcze nie umilkł chrobot bliskinocnych pod progiem mysich spraw,gdy słońce szło przez izbę wpław.

Więc coraz więcej siwych plamiskrami wpada w kałamarze,szafy w łagodnym toną żarze,po ścianach żółty pełznie szlam,i nawet sina deska ścienna,pokryta rąk niezdarnych dziełem,przetarła się, i — jeszcze senna —błysnęła tarczą linoleum.

W ten zespół tynku, drzazg i żelastwwbiega cieniutki gwizd i śmiech.Skąd taki gwar i taki szelest,tak wiele barw i tyle ech?Czyżby ptaszęcy żywy sadnawiedził obumarłe sprzęty?A może nowy ląd nietknięty,pełny motyli — oknem wpadł?Nie ląd, ni sad, nie preria wolna,nie ptaków śpiew, nie kwiatów szkarłat,ale obdarta dziatwa szkolnado izby się z dziedzińca wdarła.Wloką się, strzępią i furkocąojcowskie spodnie, serdak matczyn.Włosy — jak dzień zmieszany z nocą.Ławki od werbla rąk dygocąrytmem nierównym i pokracznym.Biją o strop skłócone głosy,plącze się pięt bałagan bosy.Okna wtórują cienkim szkłem,po ścianach idzie dreszcz — i wtem:

To nie błyszczący upadł grosz,zapracowany w pocie czoła,nie miedziak brzęknął w szklany klosz,lecz dzwonek zerwał się i woła.Jak dniówka, jak machorki zioła,jak majstra nad głowami cień,dymić zaczyna, jak co dzień,powszechna i bezpłatna szkoła.

A cóżeś ty, kamienna szkoło, za szkoła,jeśli w sercu o tobie myśl niewesoła?

A cóżeś ty, drewniana ławo, za ława,skoroś na łaty gorzkie mało łaskawa?

A któż cię, szkoło ciasna, taką budował,na jakich to wyrosłaś głodach i kłodach,że chociaż dosyć miejsca od stóp do pował,nie pomieścisz ty, szkoło, głów naszych młodych?

Żar słoneczny w południe ciemiona parzy,kurz osiada na czole, na końcu pióra.Wysnuwa się, wypływa z twych korytarzyszara nuda bezdenna, litania bura.

Na pulpitach spłowiałe więdną zeszyty,rozlewa się atrament kroplą niebieską.Wyłupiasty jak bulwa, jak pień — poryty,łysy łeb dyrektorski skrzypi nad deską:

O tym, że orły i że lot,że pierś, i pióra, i przedmurze,że wstęgi dróg i flagi flot,i na obrońców czołach róże,że węgiel nasz, i Śląsk, i Hel,i Ukraina w złotych plonach.Lecz sławiąc piór i skrzydeł biel,jakoś nie wspomniał nic o szponach.

A cóż ty się, godzino, ciągniesz tak żmudnie,gdy każdy ton z katedry, jak kamień w studnię?

I po cóż ty, katedro, na śpiew się silisz?Pamiętamy sto pieśni i obelg tyleż!

A cóż ty, łbie skrzypiący, tak lśnisz z daleka?Czego piorunem ciskasz z wyżyny żłobu?Orły nam twoje skąpią chleba i mleka!Uspokój gromy! Nakarm, odziej nas, obuj!

Mucha krąży po nodze, przy uchu bzyka,gra pająków słonecznych oczy zachwyca,Coraz głębszy na ławce ślad scyzoryka.Wist na zapałki! Dureń i Szubienica!

O, żeby tak te blaski, co cieszą oko,ułowić i uwięzić w przejrzystym szkliwie!Na drugim końcu izby, we mgle, wysoko,łysy łeb dyrektorski pieje fałszywie:

O tym, że hejnał złotych trąb,że hełm, i hymny, i przymierze,że symbol, i kwiecisty zrąb,i wieczność, i graniczne wieże,jaki ogrodnik chwasty rwał,i jakie wzrosły laurów tłumy!Lecz sławiąc rozmaryny chwałnie wspomniał nic o liliach z gumy.

Chodzą plamy zielone po szarych kartach.Chodzą oczy znużone po drzwiach zawartych.

Za oknami jedzie wóz z ładunkiem belek,przy oknie siedzi chłopak z czupryną płowąi nazywa się ten chłopak Andrzej Skobelek,i spogląda na ten wóz, i kiwa głową.

I do swojego w ławce współtowarzyszaobraca się, długo mu szepcze do ucha.Naraz robi się w izbie ogromna cisza,potem uśmiechy, wreszcie śmiech salwą bucha.

Jakie były przyczyny śmiechu i szeptu,nic wiadomo, i nigdy nikt się nie dowie,ale chochlik radości znienacka wszedł tu,urodzony w Skobelka wichrzastej głowie.

Tańczyła dyrektorska linia w podskokach,lecz było już za późno, bo wszystkie ścianyi progi, parapety, szkła, nawet okapopanował ten śmiech nieopanowany.

Tak! Trzęsło się fałdziste, spasłe sklepienie,piec się zaśmiewał, do łez, po same białka,śmiały się kąty, krokwie, parskały cienie,aż prysła dyrektorska na iskry pałka.

A kiedy sam ze siebie tumult nacichał,i wszystko było dreszczem i ciszą białą,Andrzej Skobelek rzekł do Bogdana Grzycha:„Ale nam się udało! A-le udało!“

Andrzej i Bogdan! Przyjaciele. Dwa duchyniepokoju. Czy zmowa tajna ich wiąże?Bo wspólne mają myśli, wspólne odruchyi każdy czyn ze wspólnych wypływa dążeń.Serca nadmiar tętni w nich, a ten rytm głuchyrozgrzewa kąty karców i karty książek.Nie ujdzie trzepotliwej, czułej uwadzeźdźbło światła, zaplątane w najgęstszej bladze.

Gdziekolwiek wędrujące palce się kładą,dłoń z najgłębszych popiołów iskrę wygrzebie.Bogdan włosy miał ciemne i cerę śniadą,jasny był Andrzej niby złociste źrebię.Obaj — przed koleżeńską gwarną gromadąwyrzucali pomysły, wyższe od siebie,z piersi, od natłoczenia wzruszeń obrzmiałej:niemianowani szkoły wodzowie całej.

Z pyłu, z przeciągłych gwizdów, z wiatru, z kamieniich młodość nieczesana brała kolory.Ulicznicy! Bułkami bruku karmieni,rośli w żywe krzyczące kamieniotwory,i szli tak, szorstkim słońcem rozpromienieni.pijąc kropelki światła porami kory.Głusząc fabrycznych syren melodię grubąoni byli dzielnicy ryczącą tubą!

Inni kroczą po ścieżce z mchu. Dla nich światnieubłaganą miał twarz i łapą burąnasiona nienawiści do serc im kładł,

i obsypywał żużlem i wyzwisk lurą.O siniaki! O spodnie z gwiazdami łat,zdzierane na kolanach razem ze skórą!Pamiątki wczesnych bójek, świadkowie niemipierwszych strąceń na łono potężne ziemi!

Andrzej i Bogdan, w półmrok, zorzą nabiegły,wsłuchiwali się w długie rozmowy starszych:o pokoleniach, które w boju poległy,o strajkach, oblężeniach, głodowych marszach,o tym, że język mają fabryczne cegły,i każdy zaśpiewa ci balladę warsztat,i każdy opowie ci legendę kamień,ogrzej go tylko piersią i w kwiat go zamień.

I jak płonęły oczy węziej i węziej,i głowy przysuwały się bliżej, bliżej,gdy o mrocznych mówiono komnatach więzieńi o płynącej rynną poświacie ryżej.Jakim kupieniem każdy pulsował mięsień!A gdy wybuchła pieśń: „Wciąż wyżej wyżej!“i padło imię, sercom walczących drogie,w oknie stanęło słońce — szkarłatny ogień.

Takie chwile formują i rzeźbią linie,takie chwile kształtują serce jak odlew.Rysy tym rychlej krzepną, im szybciej płyniezdarzeń wieloskrzydły młyn trzepiąc na odlew.Każdy cios utrwala się jak w lepkiej glinie.

Choć dawno zapomnieli dziecinnych modlitw,chociaż wykołysały ich twarde ręce,Andrzej i Bogdan mieli twarze dziecięce.

Nie wyczytać z pogodnych czół, że o pracębili się zmarzłe na kość strzępiąc języki,nie znać było, że biegnąc przez ludne place,do zapalniczek sprzedawali kamyki.Tylko, niby gotowe do lotu race,w źrenicach migotliwe drżały płomyki,i pierwszy powiew, który w oczy im wionął,rozpętał wesołości burzę zieloną:

Teraz, gdy w szkolnej izbie wzbudzony śmiechprzemienił się w przeciągłe rozgłosy ech,i nad punktów mrowiskiem, nad liter zgrająpająki światłocienia zwinnie biegają,żaden głos jedwabistej ciszy nie przedrze,tylko skrzypi — czy też grzmi — głos na katedrze:

O tym, że banda i że bat,że bagno, bunt i brud z obory,że są, na szczęście, okna z krat,I taran jest, gdy są zatory,że Boże wesprzyj ziemski troni do tych głów oliwy nalej!A potem zmienił nagle toni ciepłym głosem ciągnął dalej:

„Powodowani troską, że szkolny rokswój blask ostatni jutro liczy,mimo w czerepach waszych rosnący mrok,mimo wasz wicher buntowniczy,słuchajcie: przebaczamy opór i błąd,i taka nasza święta wola,aby jutro, skoro świt, ruszyła stądwycieczka do Srebrnego Pola.

„I jeszcze to zapiszcie w niemytych łbach:na przyszły rok, nim dmuchnie jesień,żelazne ramię rygla zamknie ten gmach,a was ministra dłoń przeniesiena tamten kraniec miasta i z czterech szkółjeden dom nauki uczyni,wspólnym blaskiem ogarnie miliony czół,niby latarnia morska w Gdyni.

„Daleka droga wiedzie w światłości chram,szlak prawdy zawsze mgłą zasnuty.Więc wińcie nóg swych małość, gdy przyjdzie wamsiedmiomilowe wdziewać buty.Wiem, że to będzie trudno dla wielu: mróznadgryzie rąk, pył płuca zniszczy.Ale gdy winnic pańskich plon będzie rósłi wstanie budżet od gór wyższy,gdy cierpliwością swoją wzmożecie stanopancerzenia przeciw burzy,czyż godzi się cielesnych pamiętać ran?Niech raczej radość was odurzy!“

Skończył — i cisza znów się ważyponad południem obumarłem.Skończył — i właśnie z korytarzyzadźwięczał dzwonek jasnym gardłem.

Zaszeleściło na pulpitach,zakotłowało się po kątach.Szmer wzmagał się, za klamkę chwytałi głos się z głosem trwożnym plątał.

Dyrektor wstał. Głowa wypukłaskrzypnęła, deska drgnęła pod nim,kiedy, zstąpiwszy stopą z podium,odchodził chwiejąc się jak kukła.

Zmieszanym, hałaśliwym krokiewrunęła dziatwa do drzwi, leczz którejś tam ławki obok okienpadł nienawistny okrzyk:„Precz!“