Śpiew złodziejski
W dali burzy się dzikina ulicy dnie tli sięRozcinają nas krzykizamieniamy się — cisi —
płomień,mgła.konań,w szkła.
Skowyt kundli się cichoochrypł dawno pijusaPod teatrem zdychaz płuc zatrutych wyrzuca
urwał,śpiew.kurwa,krew.
Co ci życie rwie? Powiedz, stara!Czy arszenik, jodyna, ług?Kto cię, za co, tak surowo ukarał?Czy ten śmieszny potworek — Bóg?
Przylepiło się do naswszystkich epok, wiekówBędziem wiecznie konaći hołotą będziem mleko
błotoi lat.hołotąssać.
Wiosłujemy po nocnejw brudnej pianie się nurzaNożom ostrym i mocnymznamy wielką jak burza
czerni,łódź.wierni,chuć.
My nie wiemy o morzu idei,my nie chcemy odmienionych słońc.My pragniemy tylko nowe widzieć,tylko dławić, pławić, rżnąć.
Tylko deptać i łamać szkielety,tylko chwytać i brać — głodny cień.Dziko rzężąc kąsamy kobiety,jadowita noc kąsa dzień.
Głos nasz świszczę jak starczy piszczel,gdy na kości warczy ostrze pił.Siły naszej wystarczy, by zniszczyć,by zbudować, nie starczy nam sił.
Może jest gdzieś weselsze słońce,lecz nie dla nas płonący świat.Nam potrzeba ciemności, ciemności...myśmy burza, i deszcz, i wiatr...
Kwadryga, 1927 r.