Pieśń VI

Luís de Camões (1524–1580)

Translated by Zofia Trzeszczkowska

Luzyady

1. Nie wié, jak uczcie walecznych żeglarzyPogański książę — och, bo związków życzyZ chrześcijan królem, — o przyjaźni marzyZ władcą, którego lud tak wojowniczy:I z tą Europą, którą los tak darzy,Żal mu, że jego państwo nie graniczy,Z ziemią bogatą, u któréj podnożaHerkul otworzył szlak z morza do morza.

2. Codzień gry, tańce, na ryby wyprawy,Według zwyczajów melindyjskiéj młodzi,Jak Antonjusza witała zabawyPiękna zwodnica na egipskiéj łodzi,Tak król wymyśla najrzadsze potrawy,Ucztami pobyt swych gości obchodzi:Czego zapragnąć, poda dłoń życzliwa,Owoców, ptastwa, czy ryb, czy mięsiwa.

3. Lecz choć tak błogie wypoczynku czasy,Dzielnego Gamy nic w drodze nie wstrzyma:Jest sternik, wzięto żywności zapasy,Powiał wiatr świeży i żagle rozdyma,Wabią te srebrne słonéj wody masy:Już do odwłoki żadnych przyczyn niéma;Więc czas się żegnać — i król się rozrzewnia,Prosi o przyjaźń — o swojéj upewnia.

4. Gorąco prosi, zaklina z zapałem,Aby doń Gama zawitał z powrotem:„Bo nikt nie pragnie bardziéj w świecie całymPrzysłużyć ci się, nie chciej wąpić o tem.I póki tylko dusza włada ciałem,Ja dziś i jutro, i teraz i potemŻycie i państwo poświęcę dla sprawyTak zacnych króli, mężów takiéj sławy“.

5. Gama nie został w odpowiedzi dłużnymI wkrótce żagle na wiatr się rozwiną,I do szukanych długo z trudem próżnymKrain jutrzenki — łodzie Luzów płyną;Z nowym sternikiem bezpieczniéj podróżnym,Poczciwy, szczery i zna się z głębiną,A więc weselsi, niż dotąd bywało,W tę nową drogę puszczają się śmiało.

6. Płynąc wciąż na Wschód wchodzą w Indyj morza,I oglądają to miejsce w weselu,Kędy ogniste słońce wstaje z łoża;I już zdawało się, że są u celu.Lecz Bachus w duszy więcéj się rozsroża,Dostrzegłszy, że dziś, po próbach tak wielu,Dla Luzów zbliża się szezęścia godzina,Więc wre wściekłością, bluźni i przeklina.

7. Znany był wyrok w niebie zapisany,Że nową Romą stanie się Lizbona:A co wszechwładca, co rzekł pan nad pany,Tego nie zmieni nikt ani pokona.Więc Bach porzuca Olimp i niebiany,Na ziemi szuka ulg dla swego łona;Zstępuje w państwa Neptunowi działemPrzypadłe — gdzie on bawi z dworem całym.

8. W otchłaniach jaskiń okrytych wód łonem,W bezdnach, gdzie morze kolebkę swą kryjeI skąd wybucha fal wściekłych miljonem,Kiedy w nie wicher rozszalały bije,Neptun z wesołém swych Nereid gronemI z mnóstwem innych morskich bogów żyje,I rozstępują się kryształy wodne,Dając swym bóstwom schronienie wygodne.

9. Na srebrnych piaskach ów dwór obrał leże;W głębi kryjówek nieznanych nikomuBłyszczą przejrzyste kryształowo wieżeNeptunowego wspaniałego domu:Im bliżéj, większe zwątpienie cię bierze,Czy to jest kryształ? czy z djamentów złomuGmach wyciosano? tak cały się mieniTysiącem blasków, tysiącem promieni.

10. Podwoje złote perłami sadzone,Bogate w konchy, w perłową macicę,Ą tak misterną robotą rzeźbione,Że nawet gniewny Bach wbił w nie źrenice.Najpierw starego Chaosa omgloneŚród barw zamętu, rozpoznaje lice:Tuż zaraz, każdy w zakresie swéj sfery,Jawią się przed nim Elementów cztery.

11. Subtelny Ogień u góry na szczycie,Żyje sam sobą, lecz wszem tworom oto,Cokolwiek dyszy, daje ruch i życie,Odkąd Prometej skradł niebu skrę złotą.Lekkie Powietrze wszędzie wnika skrycieSwą niewidzialną, lotną swą istotą,Czy je chłód ściśnie, czy ciepło rozluźni,Świat napełniając nie dopuszcza próżni.

12. Poniżéj Ziemia. Jéj wzgórza odzianeTrawą — a pierś jéj kwiatami okryta,Wszystkie zwierzęta przez siebie wydaneNa swych pastwiskach wykarmia do syta.Po niéj kunsztowném dłutem wyrzezane,Rzek przezroczystych wiją się koryta,W nich ryby różne kształtem i kolory,A płyn zbawienny krzepi wszystkie twory.

13. Po drugiéj stronie widzi Bach bój świetny,Jaki bogowie stoczyli z olbrzymy;I jęczy Tyfon pod skałami Etny.A góra zionie płomienie i dymy;Tam dzikim ludom, Neptun dar szlachetnyCzyni, — wbił trójząb w ziemię i widzimy,Jak trysł z niéj rumak; tam w chęci życzliwéj,Minerwa szczepi piérwszy gaj oliwy.

14. Krótko spoglądał Bach złością wzburzonyNa one dziwy; lecz prędzéj pomykaWe wnętrze gmachu, kędy przestrzeżonyNeptun nań czekał, i u drzwi spotyka,Jak zawsze groném swych nimf otoczony,Pełnych zdumienia, skąd ten cud wynika,Że takich długich dróg przebył obszaryDo wód mocarza, władca winnéj czary.

15. „Neptunie — rzecze ten — nie trwaj w podziwie,Że mię tu widzisz w twojem państwie wodném,Gdyż nas potężnych los niesprawiedliwieChce uciemiężyć uciskiem niegodnym;Twe morskie bóstwa każ zwołać skwapliwie,Nim więcéj powiem; niech mię kołem zgodnémSłuchają — i niech wezmą na uwagęWspólne nieszczęście, wspólną nam zniewagę“.

16. Osądził Neptun, że snać ważne sprawy;Z jego rozkazu wnet Tryton obieżyWszystkie siedliska i wszystkie dzierżawyRozlicznych wodnych bóstw obu półsferzy.Syn to Neptuna, z czego szuka sławy,Z Salacji niemniéj czcigodnéj macierzy,Poseł i herold ojca — słuszny, młody,Lecz ciemnéj cery i szpetnéj urody.

17. Obfity włos mu spada na ramiona,Zwalany mułem, pełen morskiéj trawyI bujna broda nigdy nie trefiona,Snać nigdy nie miał z grzebieniém zabawy:Na włosach wiszą czarnych muszli gronaW morzach zrodzonych — na głowie plugawéjŚwiecą odbłyski świetnéj konchy dużéjSino-szkarłatnéj, co mu za hełm służy.

18. Nagi, by nie miał w pływaniu przeszkody,Tylko się na nim plotą nakształt pasaDrobne żyjątka, różne morza płody:Raki, krewetki i mięczaków masa,Co z łaski Feba mnożą swoje rody.Są i ostrygi jest i krobów rasaOd mchów podmorskich brudne skorupiakiI z domki swemi na grzbiecie — ślimaki.

19. Ogromną, krzywą muszlę ma on w ręku,Trzyma ją, silnie do ust swych przyciska;Zadął potężnie, głośno, dźwięk po dźwiękuPrzebiegły wszystkie morskie topieliska.A po téj trąby przeraźliwym brzękuWszyscy bogowie śpieszą do siedliskaTego, co niegdyś wzniósł Dardanji wały,Które miał późniéj zniszczyć Grek zuchwały.

20. Ojciec Ocean idzie śród gromadyCór swych i synów, — sam latami zgięty;Nerej — z Dorydą śpieszy w jego ślady,Z którą nimfami zaludnił odmęty:Protej z morskiemi rozstawszy się stady,Których pasieniem jest zwykle zajęty,Płynie, lecz jemu proroctwa naukaOdkryła, czego Bachus w morzach szuka.

21. Z innych stron ślicznaNeptuna małżonka Córa Celusa i Westy tu zmierza,Na ustach uśmiech wesoły się błąka,Przed jéj pięknością morze się uśmierza:Drogiéj koszulki cieniuchna osłonkaKryje jéj postać, lecz przez nią uderzaWdzięk cudnych kształtów przejrzystego ciała,Które nie całkiem w fałdach skryć umiała.

22. Z nią Amfitryta, piękna jak kwiat wiosny,Śpieszy z Delfinem, z którego namowyPrzyjęła niegdyś szał króla miłosny,Skłaniając serce k’woli Neptunowéj;Ich oczom wszyscy oddają hołd głośny,Przy nich przygasa blask słońca ogniowy:Jednakim krokiem, splótłszy się ramiony,Idą jednego męża te dwie żony.

23. I ta, co widząc Atamanta szałyA chcąc ocalić życie swéj dziecinie,Z synem się w morskie rzuciła kryształy,Kędy oboje są bóstwami ninie —Zdąża: po morskich błoniach syn jéj małyZ ślicznemi konchy igra na głębinie,A Panopea widząc wdzięk dziecięciaGoni po piasku, chwyta je w objęcia.

24. I ten, co niegdyś mieszkał w ludzkiém ciele,Lecz czarodziejską raz spożywszy trawęPrzyoblekł rybie i łuski i skrzeleAż zmienion w boga przez bóstwo łaskawe,Idzie — na Cyrcy skarżąc się forteleI po swéj Scylli szerząc żale łzawe.Nie kochał Cyrcy — ta zemsty się chwyta:O! jakże straszna miłość źle użyta.

25. Nakoniec wszyscy w dworcu się zebrali:Drogie wezgłowia zajmie bogiń radaW rozległéj, boskiéj Neptunowéj sali,Krzesła z kryształu ma bogów gromada;Na równy swemu tron, wwiódł władca faliBacha — powitał wszystkich i sam siada:Z kadzielnic bursztyn, mórz płód, ciągle zionieAromat milszy nad arabskie wonie.

26. Kiedy ucichły zgiełki powitaniaI każdy zasiadł na swojém siedzeniu,Bach rzecz zagaił i zwolna odsłania,Co go pogrąża w takiém udręczeniu:Czoło zamroczył chmurą zagniewania,Nie kładzie tamy swemu oburzeniu,Gnan jedną myślą, by na Luzów głowyŚciągnąć gniew innych, temi prawi słowy:

27. „Neptunie, władco, którego potęgaTrzyma pod rządem wszystkich wód dzielniceI od bieguna do bieguna sięga,Dając narodom i krajom granice;Ty, Oceanie, któryś światokręgaWszystkie opasał i objął ziemice,I sprawiedliwy położyłeś kraniec,By w swym obrębie żył ziemi mieszkaniec, —

28. „I wy, mórz bóstwa, zazdrosne bez miaryO cześć swą, władzę i państw swoich całość,Coście ścigały jednakiemi karyKto ich powierzchnię przebiegać miał śmiałość:Gdzie dziś surowość i ów hart wasz stary?Skąd dziś ta słabość i ta zniewieściałośćW piersi tak słusznie srogością okutéjNa grzechy ludzkiéj słabości i buty.

29. „Wszak raz już niegdyś, z uporem zuchwałymChcieli się wedrzéć na Olimp wyniosły:Patrzycie, z jakim szaleńczym zapałemNurt ujarzmiają żaglami i wiosły;Widzicie codzień, jak po świecie całymWzmaga się pycha, zuchwalstwa ich wzrosły;Sądzą, iż wkrótce w mórz i niebios progiJuż nie jak ludzie wkroczą, lecz jak bogi.

30. „Słuchajcież teraz: ród skarłowaciały,Wasala mego zowiący się mianem,Słaby, lecz pyszny i spragniony chwałyChce władać wami, mną i oceanem:Oto już kraje waszych państw kryształy,Gdzie nawet dumny Rzym nie bywał panem:Wkrótce dlań wszelka upadnie przegroda,On prawa nasze w poniewierkę poda.

31. „Patrzyłem przecież na łódź, co przed latyPiérwsza państw waszych otwierała bramy,Borej, Akwilon i inne ich bratyJakie po drodze stawili jéj tamy:A Eolowych synów tłum skrzydlatyWówczas zniewagi nie zniósł takiéj saméj;Wy, co do zemsty większy powód macie,Czém się łudzicie, i czemu zwlekacie?

32. „Nie chcę was, bogi, utrzymywać w błędzie,Żem dla was tylko zszedł z niebios wyżyny,Żem wasze tylko krzywdy miał na względzie,Gdy sam mam równe do gniewu przyczyny;Cześć i zaszczyty, jakie miałem wszędzie,Jako zdobywca indyjskiéj krainy,Ci ludzie zniszczą — ich dzieła, ich męstwoZaćmią me imię i moje zwycięstwo.

33. „Jowisz i Fatum, co ziemskiemi sprawyRządzą, nikomu nie zdając rachunku,Im przeznaczyli szczyt szczęścia i sławyZdobyć na morzach: a łask tych szafunkuSprawcami Wenus i Mars k’nim łaskawy;Wiem, że zły wyrok wypadł z ich kierunku,Wkrótce świat takich wielbić będzie pono,Co najmniéj warci, ażeby ich czczono.

34. „Oto dlaczego dziś z Olimpu zbiegłemDla méj niedoli chcąc znaléźć lekarstwo,Chcąc być uczczonym w państwie wam podległemGdy w niebie inni mają łask szafarstwo.” —Chciał jeszcze daléj mówić słowem biegłem,Lecz łzy mu trysły z ócz — całe mocarstwoBóstw morskich czule na jego cierpieniaTen płacz straszliwym gniewem rozpłomienia.

35. A gniew przez Bacha nagle wywołanyDo tego stopnia ogarnął niebianów,Że już nie zniosą żadnych zwłok ni zmiany,Ni rad, ni mądrze układanych planów.Wnet od Neptuna Eolowi danyRozkaz, by wściekłość podniecił orkanów,I zgraję wichrów puścił nad odmętyI z mórz powierzchni zmiótł wszystkie okręty.

36. Protej najpierwszy próbował przestrogi,Wyrażał zdanie o tych narad treści,A w jego słowach, jak to widzą bogi,Jakieś głębokie proroctwo się mieści:Lecz już śród niebian zawrzał zgiełk złowrogiNawet Tetyda słowem go bezcześci:„Milcz — woła pełna gniewliwéj urazy, —„Neptun wié lepiéj, jakie dać rozkazy.“

37. Już dumny Eol z więzienia wypuszczaI daje wolę wichrom rozszalałym,Jeszcze słowami ich wściekłość poduszczaPrzeciw żeglarzom, tak hardym, tak śmiałym;Chmurzy się niebo, leci wichrów tłuszcza,Szaleje burza z pędem niebywałym,I z własnych szałów nowe siły bierze,Obala domy, gór szczyty i wieże.

38. Kiedy się w morzu toczy ta obrada,Luzyjska flota przy jasnéj pogodziePłynie znużona, dobrym wieściom rada,Po niezmierzonéj, bezgranicznéj wodzie.Była to pora, gdy mrok nocy władaA świt nieprędko ma błysnąć na wschodzie:Część nocy przeszła — i mieli żeglarzeNa posterunkach piérwsze zmieniać straże. —

39. Ledwo zbudzeni, jeszcze sen ich mroczy,Ten o burt wsparł się, ów ledwo się słania,Na prędce wdziana odzież źle obłoczyI od powiewów chłodnych nie osłania;Gwałtem zmrużone przecierają oczy,Prostują członki, trą je dla rozgrzania,I by drzemanie odpędzić natrętne,Gwarzą, przywodzą wypadki pamiętne.

40. „Cóż prędzéj sen nam z oczu zegnać zdoła —Rzekł jeden z majtków — co czas przykry skróci,Jeśli nie powieść zabawna, wesoła,Co od obecnéj chwili myśl odwróci!“— „Powieść miłosna!“ Leonard zawoła,(Co zakochany tęsknotą się smuci),„Czém lepiéj można zabić czas nieznośnyJak nie powieścią o treści miłosnéj?“

41. Na to Velloso: „Nieprawda, druhowie!Zbyt twarda dola przyciska żeglarzeA praca nasza, to trud co się zowie,Miłość i miękkość nie chodzą z nim w parze.Raczéj o bojach niech nam kto opowie,O ciężkich wojnach, o walk wrzących gwarze,Bo mnie się widzi, że jeszcze nie małoI walk i trudów przed nami zostało.“

42. Przystali wszyscy — k’niemu tłum się zwróci:„Mów nam Velloso!“ upraszają żywo.— „Dobrze — odrzecze — i nikt nie zarzuci,Żem snuł opowieść obcą lub fałszywą.Nie! chcąc, by męże dawni w stal zakuciW was chęć zrównania wzbudzili żarliwąZ dziejów ojczystych biorę treść w téj chwiliO tych dwunastu, co w Anglji walczyli.

43. Za owych czasów, kiedy nasze brzegiPo długich wojnach wytchnęły swobodnie,Kiedy zniszczywszy złych sąsiad zabiegiJuan, syn Pedra, mógł rządzić łagodnie;W Anglii, gdzie Borej częste sypie śniegi,Furje niezgody zażegły pochodnieI długie, ciężkie niesnaski zasiały,Które nam Luzom przymnożyły chwały.

44. „Między damami angielskiego dworuI kołem zacnych przydwornych rycerzyPrzyszło w dniu pewnym do ciężkiego sporu,Który wnet Furje rozdmuchały szerzéj.Młódź nieoględna co do słów wyboru,Jak zwykle bywa śród dworskiéj młodzieży.Zelżywą mową grono dam bezcześciZ ujmą godności i cnoty niewieściéj.

45. „Co więcéj — głoszą, że jeśli kto z bronią,Z szablą czy dzidą chce bronić dam sprawy,W polu czy w szrankach chętnie z nim pogonią,Okryją hańbą lub dadzą skon krwawy.Słabe kobiety czémże się zasłonią?A nienawykłe do takiéj niesławy,Widząc bezsilność swą, toną w łzach rzewnychI ślą o pomoc do druhów i krewnych.

46. Lecz tak potężni ich nieprzyjaciele,Że w całém państwie nikt nie miał odwagi,Pokrewni, ani nawet wielbiciele,Jak honor kazał, ująć się zniewagi.Więc z pięknych oczu biegło łez tak wiele,Że ludzi zmiękczyć i niebios powagiZjednaćby winny dla lic z alabastru.Grono dam poszło do księcia Lancastru.

47. „Był to pan możny, co niegdyś ambitnieBił się wraz z Luzy przeciwko Kastylji,Poznał ich dzielność, pamiętał, jak bitnie,Jak obok niego szczęśliwie walczyli:Wiedział, jak miłość na téj ziemi kwitnieW sercach szlachetnych, boć on sam w téj chwiliMiał córę panią na luzyjskim tronieI znał, jak serce małżonka k’niéj płonie.

48. „Nie mógł sam stanąć skrzywdzonym z pomocą,Aby zamieszką kraju nie zakłócić,Lecz rzekł: — „„Gdym niegdyś chciał walcząc przemocąSłuszność praw moich w Iberji przywrócić,Poznałem Luzów, ci z męstwem i mocąŁączą szlachetność — tam radzę się zwrócić.Wierzę, iż tylko oni jedni mogąOgniem i mieczem wasz wstyd pomścić srogo.

49. „„Gdy zgoda — rzeczcie, piękne, ja-m gotowyW téj waszéj sprawie wnet wyprawić posły,Trzeba, by listy układnemi słowyO krzywdzie waszéj ostrożnie doniosły:Do serc rycerzy czułemi namowy,Do ich się duszy odwołajcie wzniosłéj,A wierzę mocno, że za dni niewielePrzyjdą wam w pomoc, obrońcy-mściciele““.

50. „Tak radził paniom książę doświadczony,I wnet wymienia dwunastu rycerzy,Bo i pań tyleż — i aby obronyŻadnéj nie brakło — wnet los jak należyRozstrzygnie, któréj który przeznaczonyI komu każda cześć swoję powierzy;Każda do swego śle z słowy czułemi,Wszystkie do króla, a książę za niemi. —

51. „Przybyły posły — rwą się LuzytanieCały dwór kipi i młodsi i starzy:Sam król najpiérwszy przyjąłby wezwanie,Tylko mu broni majestat monarszy.Spragnieni przygód wrą żądzą dworzanie;Lecz król tym wszystkim chęciom się oparszy,Tych tylko szczęsnych sam wymienić raczyłKtórych mu książę w swym liście oznaczył. —

52. „I w wiernym grodzie, od którego dawnyKraj Luzów nazwę Portugalji bierze —Jak chce podanie, — stanął lekki, spławny,Statek, na którym odpłyną rycerze.Ci w krótkim czasie ku wyprawie sławnéjGotują zbroje, modniejsze odzieże,Dewizy, szaty, pancerze, szyszaki,Godła stubarwne i dzielne rumaki. —

53. „Już króla swego czule pożegnawszyZ słynnéj Duera mieli wyjść przystaniOwi szczęśliwcy przez wyrok łaskawszyDoświadczonego księcia powołani.Żaden z nich nie był silniejszy ni żwawszy,.Jednako zręczni i bojom oddaniTylko Magriço do drużyny bratniéjTak się odezwał w godzinie ostatniéj:

54. „„Mężni druhowie, oddawna z zapałemPragnąłem zwiedzić różne świata kraje,Nic nad Duero i Tag nie widziałem,Niech poznam prawa ludów i zwyczaje:Gdyśmy gotowi już z rynsztunkiem całym(Jak w ważnéj sprawie rycerzom przystaje),Dozwólcie, niech się sam lądem wyprawięA na brzeg Anglji wraz z wami się stawię.

55. „„Lub, gdy mi jakaś straszna ostatecznośćPrzeszkodzi stanąć w oznaczonéj porzeW szrankach bojowych — moja nieobecnośćDla was, druhowie, mało znaczyć może.Dłoń moje wasza zastąpi waleczność;Lecz, jeśli słusznie w sercu sobie wróżę,Góry, ni rzeki, ni Fortuny ciosyMnie nie przeszkodzą dzielić wasze losy.““

56. To powiedziawszy, swych przyjaciół ściskaI śpieszy zwiedzić (przez nich uwolniony)Leon, Kastylję, stare bojowiska,Gdzie Luz, syn Marsa, rwał laur krwią zbroczony:Przebiegł Nawarrę, przebył gór urwiskaDzielące Galją od hiszpańskiéj strony:Podziwia cuda francuskiéj krainyI miast flandryjskich wielkie magazyny.

57. Tu w grodzie słynnym towarów składamiDni kilka spędza wędrowiec ochoczo;A jedenastu owi płyną sami.Już północnego morza fale tłoczą,Już są przed Anglji obcemi brzegami,Już wszyscy razem do Londynu kroczą:Książę ustami wita ich w radości,A dam uprzejmość zdwaja zapał gości.

58. „Nadszedł wybrany dzień pracy i znoju,Walk z angielskimi dwunastu wojaki,Sam król dla mężnych zapewnia plac boju:Męże się zbroją w pancerze, w szyszaki,A damy, widząc blask zbroi i stroju,Ufają męstwu i obronie takiéj:Więc biorą na się strój barwny, bogaty,Złoto, klejnoty i jedwabne szaty.

59. „Ta tylko, któréj przeznaczon był losemMagriço — kirem postać swą osłania,Boć ona jedna tknięta ciężkim ciosem,Jéj tylko rycerz nie przyjął wyzwania:Choć Luzy każą głosić z trąb odgłosem,Że w każdym razie dokończą spotkania,Że brak dwóch, nawet trzech, zastąpi męstwo,Więc damy winny wierzyć w ich zwycięstwo.

60. „Już król angielski zajął z całym dworemW amfiteatrze krużganek wzniesiony:Na miejscach, danych lcsem, nie wyborem,Rycerstwo w szrankach staje na dwie strony.Słońce od Tagu po Oksus swym toremMknąc — nie widziało młodzi tak spragnionéjBojów — ni siły, ni odwagi takiéj,Jaką tu dyszą obu stron junaki.

61. „Rwą się rumaki i żują zawzięcieZłote wędzidła, z pysków piana pryska;Jak na krysztale lub czystym djamencie,Na stali zbroić blask słońca połyska;Lecz szmer niechęci wstrzymał walk zacięcie,Nierówność szansy zbyt w oczy się ciska,Przeciw dwunastu jedenastu stawa;Wtém — tłumy drgnęły, rośnie zgiełk i wrzawa.

62. „Ujrzano postać wyniosłą rycerza,Główną przyczynę zwłoki i szemrania:Zakuty w zbroję konno na plac zmierza,Jadąc królowi i damom się kłania:— To on! Magriço! — okrzyk słuch uderza:On, towarzyszom niosąc powitania,Bratnim uściskiem garnie ich do siebie,On ich nie zawiódł w tak ważnéj potrzebie.

63. „I dama, słysząc o swoim obrońcy,Wdziewa strój świetny niby runo złotePieszczocha Helli — od złota kapiący,Metalu, który tłum ceni nad cnotę.Podano sygnał — już huk trąby brzmiącéjPodnieca w sercach rycerską ochotę:Spiąwszy rumaki męże w szranki lecą,Kopije w toku, podkowy skry niecą. —

64. „Od stuku kopyt drży grunt, tętnią błonia,Męstwo walecznych przeszło w żar szaleńczy:Przed okiem widzów ta straszna pogoniaWzrusza nadzieją, to obawą dręczy:Wysadzon z siodła już jeden padł z konia;Inny przytłoczon pod rumakiem jęczy;Ów zwisł — tył konia smaga hełmu kita,A biała zbroja kraśnieje krwią zmyta.

65. Temu sen wieczny powieki zasłania,Prędko dłoń śmierci dotknęła mu czoła:Tam koń bez jeźdźca po placu ugania,Tu rycerz próżno o rumaka woła:Pycha angielska z swych wyżyn się skłania,Dwóch czy trzech mężów usuwa się z koła:Inni na szpady wszczynają bój długi,Tną mimo pancerz, puklerze, kolczugi.

66. „I jakież słowo wyliczy, wygwarzyTe srogie ciosy, te cięcia okrutne?Chociaż są ludzie, co śladem bajarzyCzas swój na baśnie tracą bałamutne:Dość, że złamało tych dumnych wyśpiarzyRycerstwo nasze tak w bojach obrotne,I chlubnie palmę zwycięstwa zerwałoA damy wyszły zwycięsko i z chwałą.

67. „Na zamku księcia uczta i weseleDla tych dwunastu okrytych w wawrzyny:Strzelcy, kucharze pracy mają wieleA piękne damy ozdobą festyny,One swe dzielne oswobodzicieleZwą téż na uczty co dnia, co godziny,Nim ci stęsknieni po ojczystéj ziemiZ powrotem nawy pomknęli lotnemi.

68. „Lecz powiadają, że nie wrócił z niemiWielki Magriço, że świata ciekawyOsiadł we Flandrji i pani téj ziemiOddał usługę w czasie pewnéj sprawy;Jak obeznany z dzieły wojennemi,Jako twój Marsie wychowaniec prawyFrancuza w polu mieczem swoim płataŚladem Korwina, Manljusza Torkwata.

69. „Drugi z dwunastu w kraj niemiecki zmierza,Kędy wyzywa i na placu kładzieGiermana, który wbrew części rycerzaZgubę w podstępnéj gotował mu zdradzie.” —Takie to dzieje Velloso odświeża,A towarzysze proszą go w gromadzie:„Powiedz nam jeszcze o Magriça czynie,Pogromca Niemca niech w cieniu nie ginie.“

70. Lecz ledwo chwila na gawędce schodzi,Gdy gwiznąłgwizdnął sternik śledzący powietrze,Rozbudza ludzi z obu końców łodzi,Wnet każdy z majtków senne oczy przetrze:A że wiatr coraz wzmaga się i chłodzi,Trza mniejsze żagle zwinąć przy tym wietrze:„Spieszcie się! — woła — rośnie wiatru siłaZ téj czarnéj chmury, co niebo zaćmiła.“

71. Jeszcze się żagle nie całkiem stroczyły,Gdy wiatr wybuchnął z potęgą straszliwą:„Do żagla — wrzasnął sternik z całéj siły —Hej! żagiel wielki zwinąć mi co żywo!“Lecz wściekłe wichry już weń uderzyły,Z rąk odrętwiałych wyrwały przędziwo,I z trzaskiem, jakby świat padał w ruiny,Podarły płótna, potargały liny.

72. Ku niebu wzbił się okrzyk zrozpaczony,Na statku zamęt i trwoga owłada;Rozdarciem żagla statek przechylony,Co chwila przez brzeg fala na dno wpada.„Do morza wszystko!“ — wrzasł sternik wzburzony, —Ciężary w morze niech ciska osada!Do pomp, wy drudzy! niech pompy ocaląInaczéj zginiem zalani tą falą.“

73. Pędzą żołnierze w największym zapale,Pracują pompy, lecz daremna pracaLedwie się chwycą majtki — wściekłe falePrzeważą statek, — wszystko się wywraca:Trzéj najmocniejsi silą się wytrwale,By ująć rudel, którym wiatr obraca;Krzepkiemi liny wiążą drzewce drąga,Lecz z sił i sztuki ludzkiéj wiatr urąga.

74. Nie mógłby wicher bardziéj rozkiełznanyByć — ani sroższy, gdyby miał na celuPodważyć mury i wywrócić ścianyOnéj potężnéj wieżycy Babelu;Między rosnące wciśnięty bałwanyPotężny statek czółnem zda się wielu,I z innych łodzi trwożnie patrzy rzesza,Jak się łódź wodza po szczytach fal miesza.

75. Nie lepsze były Pawła Gamy losy,I maszt i żagle nie uszły zniszczenia,Wszystko zalane: płyną modłów głosy,W których załoga szuka ocalenia.Nie mniejszym krzykiem uderza w niebiosyStatek Coelha — pomimo baczenia,Jakie dał sternik, by żagle zwinięto,Nim przyszło walczyć z burzą tak zaciętą.

76. Raz gniewny Neptun łodzie w górę ciska,Podrzuca statki jakby pod obłoki.To znowu w takie grąży topieliska,Jakby w piekielne zstąpić miały mroki.Z czterech stron świata wzburzono wichrzyskaRzekłbyś przysięgły świat zniszczyć bez zwłoki.Noc czarną gromów opłomienia łuna,Jakby stał w ogniu cały krąg bieguna.

77. Ze skał nadbrzeżnych smutne halcyonyW żałośnych śpiewach głoszą swoje żale,Bo przypomniały czas dawno miniony,Kiedy im samym klęskę niosły fale.I rozkochane delfiny w swe schronyUszły — w jaskinie morskie, lecz wiatr w szaleBurzy — dosięga aż do głębi toniI w ich kryjówkach ściga je i goni.

78. Mniéj były groźne owe straszne groty,Jakie na dumnych olbrzymów kuł głowyPotężny kowal, którego robotyPromienną zbroję miał syn Anchizowy;Mniéj straszliwemi i błyski i grzmotyObwieszczał potop Jowisz, gdy surowyWyniszczał wszystko, krom pary, co wzbudziZnów życie, głazy zamieniając w ludzi.

79. Ileż skał wówczas wściekłem uderzeniemSzalone fale z ich posad wyrwały!Ile drzew starych wywrócił z korzeniemI uniósł z sobą wicher rozszalały!A ich korzenie pewno z podziwieniemObróconemi w niebo się ujrzały;I niemniéj dziwnie a najniespodzianiéjTryskały w górę piaski z dna otchłani.

80. I widzi Gama, jak nań zguba blizkaU celu pragnień czeka niezawodna;Że go raz burza pod obłoki ciska,To jak w otwarte piekło grąży do dna;Niepewność życia i obawa ściska,A znikąd wsparcia, gdy dola przygodna,Więc pod najwyższą ucieka się pieczęCo niepodobieństw nie zna — i tak rzecze:

81. „O Opatrzności, co w aniołów groniePanujesz niebu, i morzu i ziemi;Przez cię Izrael erytrejskie tonieZdołał przekroczyć stopy bezpiecznemi:Ty, coś Pawłowi stała ku obronieŚród mórz, czy między stepy piaszczystemi,Ty, coś Noego zachowała plemię,By znowu pustą zaludniło ziemię: —

82. „Ach czyliż po to znieśliśmy tak wiele,Piaszczyste zaspy i wiry przebyli,I niebezpieczne przebrnęli gardziele,Jak między skały Charybdy i Scylli,By dziś, gdy blizkie dążeń naszych cele,Tyś nas w ostatniéj opuściła chwili?Czy łaski w oczach twych nie znajdzie ninieNasz trud podjęty ku twéj czci jedynie?

83. „O! stokroć szczęśni waleczni rycerzeAfrykańskiemi dzidy doścignięci,Co w Maurytanji na obronę wierzeNieśli dłoń dzielną i żarliwe chęci!Chwała ich czynów w dziejach wciąż dank bierze,Imię ich w ludzkiéj żyć będzie pamięci,Słodko im było z taką myślą ginąć: —Umrzeć za wiarę i przez wieki słynąć“.

84. Gdy wódz tak błagał, — huragan rósł w siły,I jak ryczące, rozkiełznane bykiWzburzone wichry rwały się i wyły,Śród lin huczały ich straszliwe ryki:Śród nieustannych błysków gromy biły,Jakby miał chaos zapanować dzikiI niebo ze swych osi na padołyRunąć — a wojnę wydały żywioły.

85. Lecz już na niebie błysło ranne zorze,Na horyzoncie poprzedniczka słońcaA dnia wysłanka — i ziemię i morzeJasném, pogodném czołem witająca:Wówczas bogini, przed którą w pokorzeUchodzi Orjon, w niebie królującaDostrzegłszy lubéj floty dolę srogą,Zadrżała, zdjęta i gniewem i trwogą.

86. „Twoje to dzieło zaiste, o Bachu! —Woła zgniewana — lecz próżne staranie:Skoro wiem o twym bezecnym zamachuZapobiedz jemu jeszcze będę w stanie“.To mówiąc schodzi z niebieskiego gmachu,W chwilę na wodne spuszcza się otchłanieI otoczona nimf lubemi gronyKaże im czoła wieńczyć w róż korony.

87. Więc każda z dziewic barwny wieniec plecie,W zawody stroją jasne włosy swoje:Rzekłbyś, że kraśne zrodziło się kwiecie,Kryjąc przez miłość snute złote zwoje?Ach, bo przez miłość chce Wenera przecieZmiękczyć zdąsanych gniewnych wichrów roje,Gdy im ukaże nagle na przestworzeSwe cudne nimfy, piękniejsze nad zorze.

88. I tak się stało; na widok dziew błogiSłabną orkanów siły wojownicze,Chętnie niedawne poddają się wrogi,Chętnie ofiary niosą hołdownicze:Ach, bo spętały ich ręce i nogiNad słońce jasne kędziory dziewicze.Nawet Boreasz najzaciętszy z braciNa głos Orytji pięknéj srogość traci.

89. „Boreju — rzecze ona — coć się roi,ZeŻe mogę wierzyć twéj miłości stałéj?Słodka łagodność miłości przystoi,Ale ją gniewne odstraszają szały.Gdy nie powściągniesz dzikiéj złości twojéj,Nie czekaj, bym twe przyjęła zapały.Jakże śród lęku, pokochać cię mogę,Gdy miłość k’tobie zamienia się w trwogę?“

90. Toż kochający piękną GalatejęUsłyszał Notus; ona wié, że czarySwemi go pęta, że Notus gorejeŻądzą wzajemne rozniecić w niéj żary.A w jego sercu już męstwo się chwieje,Choć szczęściu swemu nie wié, czy dać wiary:Rad spełnić rozkaz téj, do któréj wzdycha,Wbrew woli władcy swego wnet ucicha.

91. W podobnyż sposób inne nimfy kojąSwych wielbicieli i gniewy i krzyki;Wnet się przed śliczną Wenerą rozbrojąWichry — ta zamęt ich uśmierza dziki.Staje przymierze — pod opiekę swojąWenus przyjmuje nowe hołdowniki,A oni wzajem obiecują — dłużéjDrogich jéj Luzów nie nękać w podróży.

92. Już jasny ranek zabłysł nad wyżyny,Śród których Gangies szemrząc toczy wody,Gdy z wierzchu masztu, strażnik w dali sinéjUjrzał ląd, kędy biegły statków przody.Ucichły burze, pierzchł strach z serc drużynyI niebo w blaskach jaśniało pogody:Wesoło krzyknął Melindczyk po chwili:„Oto Kalikut! gdy mię wzrok nie myli.

93. „To ta szukana, to ta upragnionaPrawdziwa Indja wychyla się wdali;I jeśli celem waszym tylko ona,Toście trudnego dzieła dokonali“.A Gama wzruszeń swoich nie pokona;Szczęśliw, iż ziemia wychyla się z fali,Podnosi ręce, na kolana padaI Panu niebios wdzięczne dzięki składa.

94. Słusznie dziękczyni — nie za to jedynie,Że mu Pan w końcu ukazał te kraje,Do których długo wpośród zawad płynieI w ciężkich trudach chwilę nie ustaje;Lecz, że się widzi żywym w téj godzinie,Choć śmierć tak często przed żeglarzem staje;Że z burz, z nawałnic wyszedł ocalony,Jak człowiek ze snu ciężkiego zbudzony.

95. Takie to szlaki do chwały krainy,Śród niebezpieczeństw, walk, trudów przygody,Tak po rycerskie sięga się wawrzyny,Po nieśmiertelnych zaszczytów nagrody:Za nic tu świetne poprzedników czyny,Za nic tu zacnych przodków rodowody,I złote łoża — miękkim zbytkom gwoliWysłane puchem moskiewskich soboli.

96. Na nic tu uczty wykwintne, wciąż nowe;Ni miękkie wczasy w gajów wdzięcznych głuszy,Ni te rozliczne rozkosze światowe,Śród których mięknie hart szlachetnéj duszy;Niepokonane na nic żądze owe,Bo gienjusz sławy niemi się nie wzruszyI nie dopuści temu iść w wawrzynie,Kto bohaterskich cnót drogę ominie.

97. Chluby nam szukać w tém, co własne nasze,Zasługę widzieć w dziełach własnéj dłoni,Czuwać i ostre przypasać pałasze,Przenosić burze, na okrutnéj toni,Trwać, czyli chłody, czy skwar nas opasze,Czy ostre wiatry, gdy nic nas nie chroni,I głód zepsutą zaspakajać strawą,Łez i boleści krasząc ją zaprawą.

98. Zmuś do uśmiechu lice, gdy ci bladnie,Obojętności niech je kryje maska,Gdy kula wroga świszcząc obok padnieI towarzyszom nogi, ręce trzaska.Ach kto tak pierś swą umiał zakuć snadnie,Cóż mu zaszczytów i dostojeństw łaska?Nie dba na skarby, godności i złoto,Gdy przez los dane, nie zdobyte cnotą.

99. Tak doświadczenia wiedzą zbogaconyRozjaśnia umysł i spokojny wszędy,Jakby na jakąś wyżynę wzniesiony,Patrzy na ludzkie nędze i obłędy.Aż rząd, nie pochlebstw, lecz zasług spragniony,Z ukrycia swemi wywiedzie go względy,I jak należy — wieńce mu uplotą,Choć ich nie szukał, choć nie prosił o to.