Życia mego kwiat — całość

Maria Czaykowska (1892–1918)

Za cmentarnym wzrósł murem — tam, gdzie nie dosięgaZ promieni srebrnych szczęścia ani jedna nitka,Gdzie gnieździ się rozpaczy jadowita, brzydkaŻmija — gdzie złych przeznaczeń rozpostarta księga.

„Z dziką radością namiętnego graczaRzuciłam kości — aby rozstrzygałyO moim losie. — Stało się — świat całyZda się ciężarem mnie swoim przytłacza,Przegrałam“.

„Śmiech we mnie fałszem wybucha i zgrzyta.Rażą mnie śmiechu głośne błyskawice“.

„Marzenia śniłam rozległe, kuszące,Jakiem życie tak obficie darzy;Ślub czynić chciałam u piękna ołtarzy,Na ukwieconej wznoszących się łące!“

„Dusza się moja łaknąca i głodnaBeznadziejności okryła żałobą,Rwie w Twoje ślady, źle mi — weź mnie z Sobą!“

„O, któż zna słodycz pocałunku Siostry,Której nie widząc, czuję koło siebie?“

Widzę, jak życia mego kwiat w cieniu usycha...Zakwitł późno — i znikąd opieka troskliwaNie wyjrzała ku niemu. Kwiat mój dogorywa;Sypią się bezszelestne płatki u kielicha.

Za cmentarnym wzrósł murem — tam, gdzie nie dosięgaZ promieni srebrnych szczęścia ani jedna nitka,Gdzie gnieździ się rozpaczy jadowita, brzydkaŻmija, gdzie złych przeznaczeń rozpostarta księga.

Inne przepychem kwitną w rozkosznym ogrodzieStrojne wonią, owiane szczęścia wiosną młodą:Słońce im jaśniej świeci, wiatr całuje słodziej.

Żyją piękne i drugim stają się osłodą:Kwiaty miłości. — Jakże to dziwnie się zdarza,Że tak blisko kwiat więdnie za murem cmentarza!...

Chaos i zamęt — skąd żadna ścieżynaNie wiedzie prosto do życia podwoi.Świat się ponurym płaszczem nocy stroiA groza sieć swą zdradziecko rozpina.

Gdziekolwiek spojrzę — widzę obłąkańczoŻądzą ratunku załamane ręce,Tłumione prośby, jak skargi dziecięce,Kłębią się rojną, rozliczną szarańczą.

Idę przez mroków labirynt zawiły,Złowróżbnych znaków zaklętą dziedzinęZ pewnością dziwnie jasną, że tu zginę,Bo z każdą chwilą słabną moje siły.

Gdy własnej śmierci stanę oko w okoOdetchnę z ulgą. Ciemnym drogowskazemDo bram nicości był mi ból. Z nim razemŁaknę się ciszą upoić głęboką.

Na rusztowaniu niezdarnem i kruchemMym ideałom wznieść chciałam świątynięWierząc, że moja myśl nigdy nie zginie,Lecz uwięziona tam — żyć będzie duchem.

Marzenia śniłam rozległe, kuszące,Jakiemi życie tak obficie darzy;Ślub czynić chciałam u piękna ołtarzy,Na okwieconej wznoszących się łące.

Nie wiem, czy padły złych oczu uroki,Czy upojenia poniosły mnie chore,Że gmach mój runął — a ja w świat szerokiWygnana — noszę jadowitą zmoręPamięci, zbrojnej szponami ostremi...Igraszka złudzeń — nędzna córa ziemi.

Z dziką radością namiętnego graczaRzuciłam kości — aby rozstrzygałyO moim losie. Stało się — świat całyZda się ciężarem mnie swoim przytłacza.Przegrałam. Wkoło współczujące twarzeWpatrzone we mnie. Precz! ja się nie skarżę.

Do domu zdążam — gdzie nikt mnie nie czeka,Nikt ze mną krzyża nie dźwignie sromoty,Bo któżby zechciał w dzień jasnością złotyKwilić nad dolą jednego człowieka?I tylko ujrzę w odbiciu zwierciadłaBezradę, która mną całą owładła.

Boję się spojrzeć w zimne prawdy lice.Pójdę, gdzie droga włóczęgom ubita.Śmiech we mnie fałszem wybucha i zgrzyta,Rażą mnie śmiechu głośne błyskawice...A za mną życie szumi w słodkim gwarzeTych, co wygrali — Nie! Ja się nie skarżę.

O, ty w swej bezwzględności niepojęte życieNie zwykłoś nigdy słuchać szmeru tych pacierzyCzłowieka-niewolnika, który jednak wierzy,Że za nadzieje zwiędłe zapłacisz sowicie.

W jarzmo trudów i znojów kwitnące istotyBierzesz — a nienawistne, gdy pragną okowyStargać — ty się uśmiechasz, że ich czyn jałowyI trwalej mocniejszymi zacieśniasz oploty.

Mnie w darze dało życie wolność — upragnionąMilionem tych potężnych, co się rodzą bujniMądrości skarbem i szukają szczęścia w spójni

Z równymi sobie — lecz im w losach przeznaczoneW zaprząg stanąć; gdy duch mój prawa sobie rościDo wzlotu — sił mi nie dano — więc cóż z wolności?

Znowu się ociężały dzień budzi powoliZ nocy, bez snów gwiaździstych, bez żalów słowika,Bez upojeń miłości i śmiechu swawoli;Senność ubezwładniła mózg, do krwi przenika.

Ołowiem w myślach waży — zasię pod jej wodząMrocznych godzin korowód pogrzebowy kroczy...Bez pocałunków słońca południa przechodzą,Patrząc ospale nudą w ludzkie ciche oczy,W twarze zorane czasem. — I znów dziś, jak co dniaPopchniemy doczesności taczkę ciężką — po to,By nas prędzej czy później przeznaczenia zbrodniaBezkarnie w grób rzuciła. Myśl zmęczona boli,Śmiertelnie ranna własnych wysiłków głupotąW ten dzień, co ociężały budzi się powoli...

Śpij serce! Burza zcichła, ucieka skrzydlata,W tryumfalnym pochodzie płoni się pożogąZachodu. — Już cię groźby straszyć nie mogą.Kołysanką ci będzie daleki gwar świata.

Może niebezpieczeństwo, jak chytra panteraZaczajone, nie weźmie w swoje posiadanieCiebie, bo na snu straży obojętność stanie,Której pierś marmurowa wszelki cios odpiera.

Kłamstwo krasą odziane i szczęścia ułudaUsypiających pragnień serca nie podsycą,Może się im w zachwytu szał porwać nie uda.

Śnie bez przebudzeń!... W długiej życia poniewierceStłukła się czara, złudzeń zdziałana skarbnicą;Obojętność ster wzięła i czuwa — Śpij serce!

Szare znużenie wlokąc ciężkie szatyI skrzydeł swoich olbrzymi cień śniady,Wkracza milczące wśród gwarnej biesiadyI rozpościera kir na stół bogaty.

Niedomówione słowo rzuca w przepaśćRuchem leniwym, co męczy i nudzi.A dusze łamie, choć w zuchwałym trudzieWalczą, ażeby nie runąć, by nie paść...

Wśród barwnych tłumów, przez świateł tysiąceKładąc na oczy niemocy ciężary,Zamyka serca rozkoszą drgające.

I chociaż chroni mnie beztroski zbroja,Stłacza mi piersi znużenia wzrok szaryI w twarz złowieszczy ciska syk: Tyś moja...

Rzuć w proch uliczny bogactwo twej duszy!I nie płacz po niej.Wierz, że potęga gwiazd ciemność rozprószy,Życie odsłoni.Powiedz, że hojność twa nie jest ofiarąI kwiat subtelny rzuć w codzienność szarą:

Jeśli rozkwitną z pod grubych warstw prochuPyszne kielichy,Oślepi zgraję sytego motłochuIch urok cichy.Głoś, że nie zawsze cud bańką mydlaną,Że prawdy z mglistych oparów powstaną...

Skarbem mym — dusza pokutnica,Która ból swój w głębinach ukryła,Żary pragnień na popiół zgasiła,Lodem wieje, jak głucha ciemnica.

A nadzieją czas ten, który zniszczyWątek myśli, w nicości topieleStrąca serce i jego weseleI odchodzi precz od onych zgliszczy.

A koroną mej zbolałej skroniRezygnacji i jadu przędziwa,Ciężar zwątpień i męka dotkliwa,Kwiaty, — sny już powiędłe, bez woni.

Berłem w ręku mi została pustaSnów łodyga, owoc jej zerwanyHen potoczył się — tylko drewnianyPręt pozostał — łzy ócz, żądne usta.

Błogosławion bądź, smutku, żeś zmiótł władczym giestemBarwne, ale bezduszne, przędze moich rojeń;Żeś odrzucił precz myśli od chorych upojeń.Dzięki ci, że chrzest wziąwszy twój — człowiekiem jestem.

Niejedna mi na serce żarem padła chwila,Rzucając smugę bolu w jasne tło pamięci.Błogosławię ci przecież — bo twoja głąb nęciDuszę i tajemnicy jej świętej uchyla.

Błogosławię ci, smutku, żeś na ciosy doliUczynił mnie jak głazów kamienne postacie,Niedostępną wszystkiemu, co rani i boli.Przed wielką się wszechmocą twego władztwa kłonię,Smutku wzniosły, dostojny, wielki majestacie,Któryś zszedł w mą szarzyznę w królewskiej koronie.

Nie wiem, dlaczego — gdy się słońce śmiejeCierpienie staje w progu mego domu:Przychodzi znikąd, pełza pokryjomu,Snuje po kątach dawnych zdarzeń dzieje.

Gdy bzów baldachim, jak w bajce, jak we śnieZ tęsknotą cichą uchodząc w pustkowie.Poruszą szeptem zwierzeń kochankowie.Czemuż me serce krwawi się boleśnie?

A kiedy chmurną płachtą się odziewaŚwiat, pod posępną kryjąc się kopułą,Gdy gną się smutkiem ociężałe drzewa.

Wtedy radosne w duszy drgają struny,Jakąś melodję rozlewną i czułąNucą spokoju mojego zwiastuny.

Przed zagadką twych oczu czuję dziwną trwogę —W zdumiewającej głębi odnaleść nie mogęJednego tchnienia myśli. Jak stojąca wodaTak mętne. Jakże pięknych twoich oczu szkoda!

Barwą mamią i kuszą — a kiedy się schylęNad ich pustką — jak mrące trzepocą motyleSkrzydłami swoich powiek, nie mając ochotyUkazać oczom drugim bezdennej martwoty.

Niepewność pytające mi usta zamyka;Ciekawość przezwycięża wysiłek szalony.Żadnego tajemnicy nie wydasz promyka?

Trwożę się niemych oczu nicością tajemnąSzukam, gdzie niewidzialnej początek zasłony?Obca, nieodgadnięta zagadka przedemną...

Niekiedy w rojnym tłumie, gdy się spotka dwojeSpojrzeń obcych — wyrzekną sobie w lot, bez słowa,Jaka czeluść piekielna w każdem z nich się chowa,Jakie niewyczerpane tęsknoty w nich zdroje.

W cudzej duszy Gehenna własnych mąk odbitaBraterskim węzłem łączy dwa ludzkie istnienia,Niechęć do ludzi w litość serdeczną się zmienia,Na jedną chwilę dobre współczucie wykwita.

Gorżka świadomość życia waży ból drugiego,Czarną wstęgę zadumy chciałbyś zdjąć mu z czoła —I płakałbyś z nim razem nie wiedząc dla czego.

Ale płynącej fali ludzkiej wir pochwyciPrzechodnia i poniesie — i już nic nie zdołaPo raz wtóry zgubionych spojrzeń związać nici.

W dusznej sali, gdzie blaski słońca ścian nie pieszczą,Miejsce twe cudzoziemcze. W oczach ci się żarzyTrawiący płomień, który goreje złowieszczoGwiazdami czarnych źrenic wśród kredowej twarzy.

Głucha zaduma wrosła w twe rysy z marmuru.Nie odgaduję całej twego życia treści,Lecz przeczuwam, że w piersi tej w pancerz munduruWtłoczonej — serce chore i smutne się mieści.

Nie idziesz w bój — w walecznych nie postaniesz rzędzie,Ramię się pod ciężarem ugnie karabinu;Ty w zapylonych murach giń! Zawsze i wszędzieSilni ozdobią skronie wieńcami wawrzynu.

Myśli twe jak spłoszone ptaki, kiedy wzlecąNad ziemią, w nieskończony szereg się rozwiną

I pędzą. Głowę ręką swą wsparłeś kobiecą.Czy za płomienno-oką tęskno ci dziewczyną?

Czy opuszczonej matki brak ci dobrej dłoni,Ojczystych pieśni echa, namiętnego tańca,Czy dalej gdzieś w obłoczne światy myśl twa goniI buja niepochwytna od krańca do krańca?

Czy wiesz, jak ręka doli dziwnie bywa psotną?Któż zgadnie, czy nie tęskni jak ty szereg całySerc — w twojej znów ojczyźnie — i drogą powrotnąCzy się z tamtemi myśli twe nie skrzyżowały?

Milczysz, choć może usta twe pragną spowiedzi.Pracą uciszasz duszę w bolesnej rozterce...I nie wiesz, że za szybą opodal — cię śledziDwoje oczu i bije cudzoziemki serce.

Pożółkły las ulewnym deszczem złotaPłaci za szczęście lata nazbyt rącze,Z jękami wichru jęk skargi się plącze,Śmierć nożycami tnie nici żywota.

Szum dumnych szczytów potęgą swą wołaLitości — szepce błagania żebracze,Olbrzym, złamany losem głośno płaczeI traci djadem królewskiego czoła.

Z każdą godziną urasta niestetyNiedocieczona wszechwładza zniszczeniaPrzepyszne drzewa w potwory przemienia,Upiorne wznosi ku niebu szkielety.

Jezioro — niegdyś drzemiące pod czułąOsłoną liści drży — bo w jego sieciJasnych dziwadeł padł hufiec, co świeciPod czarnych niebios sklepioną kopułą.

Widmo jesienną nocą w lesie chodzi,Zbłąkane o pień drzewa się owinie,Na każdej coraz przystaje ścieżynie,Po barwnej liści strąconych powodzi.

Konary drzew pod zimną z mgieł zasłonąGną się — z ich ramion czas resztki odziera,Opustoszały las milknie... umiera —Opadłych liści złote stosy płoną.

Miłości mocnym węzłem myśmy byli skuci...Dawno od nieświadomej ręki padłem kuli,Ostatnia moja myśl do piersi ciebie tuliJedyna — niech twa pamięć kwiat mi na grób rzuci.

Duch mój nad ziemią zawisł, powraca z daleka:Męka życia jest słodszą od grobowej ciszy —Skłoń nad mogiłą głowę — serce twe usłyszyJak cię tęsknota moja przyzywa i czeka.

Wreszcie mi pośród świateł klęknąć będzie możnaPrzy Tobie. — Wstał dzień, co umarłych żywym zbliża;Ulękniesz się mnie? Odpędziłaś znakiem krzyżaCiemne przeczucia śmierci. Pomnę — byłaś trwożna...

Z jasnego morza ogni wznoszą się obłoki,Pada blask na grób pusty z tablicą zatartą,

O, być godnym litości krótką chwilę — warto!Bo ty jaśniej zaświecisz mi na sen głęboki.

Czekam... Z wiązanką kwiatów przyjdź oblubienico,Białą wdziej szatę — smucić się dzisiaj nie chcemy,Kochanko ty, przy której białe chryzantemyRumieńcem spłoną — bielą się twoją zachwycą...

Niema cię. Żal się rzucił na mnie dziką zgrają.Czas wracać — bije duchów godzina złowroga —Przebaczyłem. Zostajesz mi nad wszystko drogą,Na grobach wieńce więdną — światła dogasają.

Wracasz tu do mnie — jesteś ciągle ze mną.Ledwie mnie nocy skrzydła ukołyszą,Spływasz z obłoków ścieżyną tajemną,Aby utulić mnie tchnień Swoich ciszą.

O, któż zna słodycz pocałunku siostry,Której nie widząc, czuję koło siebie?Gwiazdy zazdroszczą mi Jej w jasnem niebie,Bo świt zsyłają brutalnością ostry,

Aby Ją gasił — Ją lekką... powiewną...Odchodzi — śląc mi wzrok, co pada do dnaNajskrytszych tęsknot, O! Ty gwiazd królewno...

Dusza się moja łaknąca i głodnaBeznadziejności okryła żałobą,Rwie w Twoje ślady. Źle mi — weź mnie z Sobą!

Kiedy wiatr słotną porą zawodzi żałobnie,Zjawiają mi się źrenic Twych zgasłe djamenty,Gdzie czar tlił uwięziony — nigdy niepoczęty...Dziś na twojej mogile samotny kwiat rośnie.

Śpiewasz pieśń, którą kiedyś śpiewałyśmy obieMłodemi usty — z duszą wcześnie spopielałą,Jednako życiem ścięte — a żyjąc tak mało,Wiatr szlocha w mojej pustce i na Twoim grobie.

Mam splotów Twoich bujne, przecudne warkocze,Co drogą głowę wieńcem bezcennym stroiły;Wiją się w tych kędziorach słodkich wspomnień pyły,Gdy je pieszcząc — za Tobą w nieznany świat kroczę.

O! jak Cię pragnę ujrzeć w noc księżycem białą,Jak roję, abyś wstała powagą milczącaI tą gwiazdą-wysłanką, którą wola strącaZmarłych, wieść mi przesłała: co się z Tobą stało?

Panie! Wznieś na mnie ciężkie męczeństwem powieki.Oczy mi ślepną z trudu, z wysiłku czekaniaI rozszalałem łkaniem pierś mi się rozrania —Wszak Ty dla udręczonych masz kojące leki.

Smutek gnał mnie do Ciebie — tęsknota pędziła.Uzdrów serce trucizną po brzegi wezbraneW Twojej mocy, złych losów uczynić przemianę;Przy miłości zaś rządy Twe sprawuje siła.

Gorące tętno skroni u Twych stóp z marmuruChłodzę — krzyk rwie się w niebo i żal we mnie taki,Jakby mi pogrzebowy dzwon śpiewał do wtóru.

Całuję długo... długo ran bolesnych znaki —A Ty z krzyża ramiona rozpięte omdlałeZdjąwszy, bierzesz w nie duszy mojej brzemię całe.

Gloria! z pod stropu świateł wzbił się głos w błękityOd szczęścia upojniejszy i czystszy od bieli —Szarpnął sercem, gdzie ból się najtajniejszy ścieliI rozperlił gwiaździstych cudów rój obfity.

Spragnioną duszę grążę w ożywczą krynicę,Klęczę — a jasność razi przymknięte powieki.O, prochu ziemski, jakżeś odemnie daleki!Śpiew słyszę — a nie nazwę go i nie pochwycę.

Jak złote meteory w przecudowną ciszęIskrzą się wzniosłej, słodkiej Prefacji rozdźwięki,Ścielą się równo, biało, jak śniegu puch miękki.Czuję, kocham i wierzę — bo śpiew Boży słyszę...

Hostja kwiatem rąk bledszych od lilji wzniesionaRwie wzrok gdzieś w pozaświaty, pod słońca sklepienie,

O! Niech się w wieczność chwila ulotna przemieni!...Mglista mi się na oczy z łez kładzie zasłona.

Światło świec w górze pełza, wzrasta lub zamiera.Błogosławieństwo spływa na schylone głowy,W przepastnych mrokach duszy rodzi się hymn nowy:„Fiat voluntas Tua in coel’ et in terra...“

Cicho już. Rząd świetlany jasność swą utracą,Jak konających kwiatów daremne nadziejeZ obłoków kadzielnicy smutna żałość wiejeA moja niepojęta męka znów powraca.