Chłopskie serce (Konopnicka, 1915)
W tłumie, na mrozie stanęła pod ścianą,Okryta starą, mężowską sukmaną.
Posępna rzecz jest ta siwa siermięga,Przesiąkła potem i łzami i zdarta,Na zgiętym w pracy i niedoli grzbiecieNędzarza, który nigdy z ciemności nie sięgaDo światła żadną ożywczą nadzieją...I smętna rzecz jest i zadumy wartaI sama w sobie taka żałośliwa,Jakby nie łachman, ale rana żywaNa narodowem ciele się krwawiąca...Kiedyś, gdy wichry i burze przewiejąI rozbłękitni się w sobie wiek słońca,O tej siermiędze mówić będą w świecieI zwać jej dzieje ludu epopeją...I może wtedy nawet my, my samiWśród narodowych skarbów i pamiątekTen nędzny, zgrzebny, poszarpany szczątekChować będziemy — i oblewać łzami!
Pół dnia już stała tak, nieporuszona,Bezwładnie oba zwiesiwszy ramiona,Patrząc upornie na gmach, kędy w saliRekrutów strzygli i mundurowali,W ręku ubogi węzełek trzymała —
Chudoba syna, mizerna i licha...Twarz jej wygasła, pożółkła, zmartwiała,Jak pustka, była posępna i cicha,I tylko usta zacięte, drgające,Jakiś krzyk duszy zdradzały ogromny,Co mógł wybuchnąć dziki, nieprzytomny,I bić w niebiosa i wstrząsać to słońce,Co bezpromienną i zimną swą głowęUkryło kędyś za chmury śniegowe.
Sąsiad przemówił do niej: »Pochwalony!«Odrzekła na to jękiem jakimś głuchym...Pierś jej w śmiertelnej podniosła się męceI znowu wzrokiem błyszczącym i suchymPatrzyła na drzwi zamknięte, przed siebie.
O, pochwalony! O, błogosławionyBądź Ty mi, Chryste, co przebite ręceRozciągasz ponad wieśniacze zagonyZ przydrożnych krzyżów! Tyś jest Bóg nędzarzy!Ty liczysz kędyś w błękitnem swem niebieWszystkie gryzące łzy troski i bólu,Co żłobią brózdy wśród zwiędłych tych twarzy...O! pochwalony bądź, boleści Królu!
Z trzaskiem otwarto drzwi sali: w natłokuOn jeden tylko jest widny jej oku...Jej Jasiek!... Dziwne spostrzega odmiany:Jakieś odblaski tragiczne, surowe,Padły już na tę obnażoną głowę,Którą dziś jeszcze ocieniał włos lniany...Klasnęła w dłonie i w oczy mu patrzy.Podszedł w milczeniu. Był gibszy i bladszy,A łzy, co kędyś pod sercem zaległy,Wielkie i słone po licach mu zbiegły...— »O matko!« — »Nie płacz! Pan Jezus przemieni...Tyś głodny; weź to, posil się na drogę«...
Chleb mu podała; wyjął nóż z kieszeni,Odkroił kęsek i szepnął: »Nie mogę!Nie mogę, matko, sam!« Jak chusta, zbladła,Lecz rozłamała chleb — i z synem jadła.
A wtem wydano ostatnie rozkazy.Marsz zabrzmiał. Jakieś zmieszane obrazyŁąk, pól i lasów i chaty i wioskiPowiały razem z dźwiękami tej nuty...— Hej!... nie zobaczyć już tego w żołnierce! —Powstał zgiełk, lament... Jaśka tylko matkaBez łzy, bez skargi trwała do ostatka,Zwróciwszy oczy smutne, pełne troski,Na drogę, którą iść miały rekruty...Nagle, jak gdyby zawiodła ją siła,Syna rękoma za piersi chwyciła...— »Dziecko!...« krzyknęła raz tylko i zbladła,I zatoczyła się — i martwa padła...Mówiono, że jej pękło chłopskie serce.