Czy zginie? (Konopnicka, 1915)

Maria Konopnicka (1842–1910)

Między stosami tłuczonych kamieni,Na których ludzkie łzy drżały, czy rosa,Szła wązkim rąbkiem przydrożnej zieleniBłękitnooka i złocistowłosa.Drobne serduszko pod nędzną odzieżąTak się trzepało, jak ptaszek ukryty;Szła i wznosiła oczęta w błękity,Jak ci, co smutni są, a przecież wierzą.Za nią została z dymami czarnemiWioska rodzinna i puste jej polaI wiatr, co lata ze świstem nad niemiI zda się jęczeć i wołać: »Niedola!«Za nią zostały te szmery kojące,Którymi cisza usypia tęsknotę,I szumy lasów i kwiatki te złote,Co pierwsze wschodzą w przednowek na łące,I młyn, co huczy i straszy i gderze,I rozbryzgana w jutrzenki i tęczeRzeczka, co szepce wieczorne pacierze,A nocą przędzie mgły srebrne, pajęcze...Za nią została rodzinna jej chata,Z której ją bieda wypchnęła za progi,I szmatek ziemi jałowy, ubogi,Co rodzi żyto raz w każde trzy lata,I mały Jasiek, co w zgrzebnej koszuliNosi wczorajsze zgłąbiałe ziemniaki,

I Burek, co się tak łasi i tuli,I wierzby krzywe nad rowem i krzakiI krzyż spróchniały i stare mogiłyI zapomniana socha na ugorze,Przy której ojciec padł kiedyś bez siły,Czując, że dzieciom chleba nie wyorze...Wszystko zostało! Aż w piersiach coś boliI takie krwawe to niebo wieczorne...Matka trzydniówką odrabia komorne,A ty, sieroto, idź, szukaj swej doli!Hej, mocny Boże! Hej, mocny Ty Boże!...Iść ciężko... ciężej umierać od głodu!

Podniosła oczy. Tam, w łunach zachodu,Stolica gore i kipi, jak morze,Zda się, że od niej żar bucha i parzy...Jakieś wołania i śmiechy i jęki...U spodu ciemne mrowisko nędzarzy,A nad niem nuta rozpustnej piosenki...Dech przyśpieszony w powietrze uderza,Zmieszane tłumy prą naprzód i śpieszą...Na bok, kto nie masz złotego puklerza:Zgniotą cię, zdepcą, a potem — ośmieszą!

O miasto! wielki żądz steku i brudu,Co zwodnym blaskiem przywabiasz z daleka,Powiedz, co spotka i co tutaj czekaTo ufne, czyste dziecię twego ludu?Czy pójdzie ono, jak poszło tysiące,Spodlone, w gorzką poniewierkę losu,Tak, że ni oczu obrócić na słońce,Ni się ośmieli podnieść w niebo głosu?Czy znajdzie w tobie ciche przytulenie,Jako sierota w braterskiej drużynie?O miasto wielkie! na swoje sumienieBierzesz to dziecię!... Czy zginie?