Hypatya
Z burzą mi spadasz! Myślałbym, żeś przebyłPrzestrzeń, dzielącą cię od Aleksandrji,Na chmurze, jako na czarnym rumaku...Żeś go popędzał wichrem, jako biczem...I żeś błyskawic ostrogi złocisteW obadwa boki wbijał mu zdyszane...Cały gościniec od Nitrji aż tutajGrzmiał pod kopytem twojego rumaka...A nawałnica, rwiąc cedry i palmy,Długim ich włosem zmiatała twą drogę...Przybywasz wreszczie, ajko duch, z rozwianymNa wiatr kapturem...
(grzmot wzmaga się) ...Grom wita cię salwą!
AMONIUSZ.(młody mnich z gór Nitryi)Ach, co słów próżnych! co słów!... cicho!... cicho!...Może ktoś słyszeć...
PIOTR. Co? przez Boga w niebie!Taki w naturze dzisiaj straszny zamęt,Że ledwo mogę usłyszeć sam siebie...Czyś ty zapomniał, że ja od lat pięciuKrzyczę w obadwa głuche miasta uszyWyjątki z Pisma?... Głos mi się naciągnął,Jak bęben... musi grzmieć, gdy go poruszą
AMONIUSZ.Cóż tu nowego? Wezwałeś mnie...
PIOTR. Słuchaj,Wszystko wre w mieście... lub kipi, jak wrzątek...Oddechy parą są rozpłomienioną...Myśli — ukropem... słowa — sykiem żaru,Kiedy nań padnie jadu lub krwi kropla...Niema dnia tego — i niema tej nocy,Żeby morderstwa czerwona kometaNie przeleciała nad miastem wzburzonom...Od czasu, kiedy padła synagogaPod toporami chrześcijan, sprośni ŻydziW zemście się swojej złączyli z pogaństwem...Wczoraj w ulicy, dziś w amfiteatrze,A jutro może w pałacu biskupaZnajdziesz nóż krwawy, mordercę i trupa.
AMONIUSZ.Jakto, na Boga! czyż braknie wam siły,By zgnieść garść nędznych, rozproszonych pogan,Którym zwalono ołtarze — i bogi —I których szczuje prawo, jako zwierza?
PIOTR.Nie tak są słabi, jak mniemasz; ich siłaTkwi jeszcze w każdym odłamie kamienia
Zburzonych świątyń — i zda się przenikaćCałe to miasto tchem jakimś subtelnym,Który głów tyle odurzył... GnostycyKogóż wydała sławna nasza szkołaKatechetyczna?... Tytusa Klemensa,Którego w rzędzie swoich filozofówHellenizm może policzyć bez błędu;Orygenesa, który całą siłęPotężnej swojej wymowy obracałNa to, by błahy platonizm zjednoczyćZ wiarą w Chrystusa: Justyna, co mniemał,Że filozofia grecka jest tą drogą,Która prowadzi wprost do objawienia...I innych wielu, których już pomijam.Dziś, gdy ci mówią, że: »niema nauki,Którejby wiara nie wspierała« — nie wiesz,Czy przytaczają Arystotelesa,Czy też proroka... a z dysput uczonychWidzisz zbyt jasno, że pod wpływem tegoPowietrza, którem tak długo oddychałAleksandryjskich zastęp Ptolomejów,W znacznej się części zatarła różnicaMiędzy Chrystusa słowem — a Platona...Czy myślisz, że te arjańskie wywody
O Trójcy, albo błędy NestorjanówPowstaćby mogły w kościele, gdzie pychaAkademickich rozpraw jest nieznaną?Na Boga! jeśli każdy już w tem mieścieChce filozofem być, na co im biskup?Władza Cyrylla nie jestże złudzeniem?...
AMONIUSZ. Jakto? czyż biskup rozpuścił zastępySwojej milicyi, swych parabolanów,Swoich lektorów?... Czyż się o edyktaOprzeć nie może? — A oni, co?... GarstkaDuchów, żyjących bezpłodną ideą...Hufiec rozbity, pod mglistym sztandarem,W ostatnich szańcach walczący — bez wodza.
PIOTR.Bez wodza, mówisz? — Oni mają wodza...Silnego nawet wodza, jakem żywy!Widzisz na prawo od amfiteatruTen portyk biały?... to jest akademiaHypatyi, córki sławnego Teona.Tutaj się zbiera wszystko, co hołdujeO celach życia, o granicach wiedzy,O przedistnieniu dusz, o nieskończonemTrwaniu idei, o wolności duchów,O... słowem wszystkie te platońskie brednie,Co w Aleksandrji umysły nurtują,
Tu mają główne ognisko, z któregoTem sie potężnej i szerzej rozchodzą,Że je tak piękna i młoda kobieta,W płaszcz filozofów owinięta, głosi;Tu tłum młodzieży zuchwale roztrząsaWielkie pytania ożyciu i śmierci,Które do lekcyi koniecznych wykładu,Do Ekulipa i Archimedesa,Przebiegle mieszać umie ta poganka...Zaprawdę, mówię, że dopóki ona,Gronem wykwintnych Greków otoczona,Przemawiać będzie do podstaw rozumu,Dopóty w naszej biskupiej stolicyKazać nam przyjdzie dla gminu, w ulicy,I ograniczyć wpływy wiary — do tłumu.
AMONIUSZ.O małoduszny! czy zarosła droga,Którą poprzednik Cyrylla, Teofil,Prowadził zastęp ludu i wyznawcówNa Serapejon?... Czy stępiał ten topór,Co blade bogi zdruzgotał na strzępy?Czy uschły ręce te, które zburzyłySławną książnicę sztańskiej mądrości?Czy się pustynia z żarami swojemiOd murów miasta cofnęła? Czy niemaMnichów tych, którzy ze swoich sandałówNa marmurowe pilony strząsaliProchy z gór Nitrji?
PIOTR. O to idzie właśnie!Niech w oczach ludu pustynia powstanieW straszliwej, wichrem przepasanej szacie,I rozpłomieni tchnienia swego żaruRycerzy Boga... Niechaj wyda hasłoI lud zzgromadzi pod krzyża sztandarem...Niech do bram miasta z palm swoich szelestemPrzyjdzie — i krzyczy śpiącym: »0to jestem!«Ha!... wtedy — drżyjcie bogi — i poganie,Bo przebaczenia nie będzie dla żywych,Ni dla kamieni...
(słychać w oddaleniu krzyk)
GŁOS. Na pomoc!... na pomoc!...
PIOTR.Co to?... pioruny pobiły się w niebie?...(Chwila ciszy — krzyk wznawia się — Anafest, jeden z milicyibiskupiej, wbiega raniony — potrąca się w ciemnościacho Amoniusza — i pada).
ANAFEST.Parabolanów mordują!
AMONIUSZ.(cofa się) Dzień sądu!...
PIOTR.Upadł... trzeba mu głowę podnieść...
AMONIUSZ. Zgoda!
PIOTR.Jaka krwi struga!
ANAFEST.(gasnącym głosem) Na pomoc... o!... o!... o!...(umiera)
PIOTR.(puszczając go)Trup już! Morderca zręczny był, na Boga!...
AMONIUSZ.Ach! jak on krzyknął przeraźliwie!... jak on»Na pomoc«... przeraźliwie krzyknął! — Chryste!..Myślałem, że mi coś w wnętrznościach woła.I wiem, że ciągle krzyk ten słyszeć będę —I że pustynia blademi ustamiPrzez kóre piaski, jak klepsydra, toczy,Będzie mi odtąd krzyczeć w same uszy,W bezsenne noce: »Na pomoc!... na pomoc!...«
PIOTR.Cicho, na Boga!...(po chwili)...Ja myślę, że gdybyNa mojem miejsce stał ten portyk białyDomu Hypatji, przeklętej poganki,Jutro wszyscy jej podli niewolnicy,Jak sprośne kundle, warczeliby, jęczącW ciężkich kajdanach, na plac prowadzeni,Gdzieby musieli ginąć wśród płomieni...Ach! czemu ona nie jest niewolnicą!Ach, czemu nie jest!
AMONIUSZ. To powiedz kolumnom,Niechaj się ruszą białe — i tu przyjdą...Niechaj tu staną, jako blade płaczki —I niechaj tłuką nad tym trupem w żaluKamienne głowic swoich kapitele...
PIOTR.Może ty kiedyś, Amoniuszu, będzieszThaumaturgos — i zdziałasz te cuda...
AMONIUSZ.Jeżeli będę nim, każę za sobąCałemu miastu chodzić, jak pies wierny...I stawać murem tam, gdzie zechcę stanąć...Płynąć łabędziem białym, gdzie popłynę...I ciebie miasta uczynię prefektem,Być niewolników palił w niem — jurysto!
PIOTR.(w zamyśleniu)Sluchaj-no, bracie... a gdyby też... kiedyKolumny nie chcą poruszyć się z miejsca,Trup się poruszył?...
AMONIUSZ. To powiedz mu: Powstań —A idź, czerwony, położyc się cichoNa tym marmurze białym, przed portykiem...I leż tam, z twarzą ku niebu podaną,Chłostany wichrem i burzą po śmierci...Niech grom w dzwon bije... niechaj błyskawicePalą nad tobą śmiertelne gromnice...Niechaj jak matka płacze cię ulewa...I — niechaj piorun: »Requiescat« — ci śpiewa...
A może masz psa, to tutaj krew ciepłąPoczuje z dala — i skomląc, przybiegnieLizać twarz bladą — i ranę twą skrzepłą —I będzie wył — wył — Na pomoc!... na pomoc!...
PIOTR.(wstrząsa nim)Czy cię opętał czart?... Milczże na Boga!...Słuchaj, ja myślę... a gdybyśmy samiTrupa podjęli — i dalej ponieśli —I tam, ot widzisz, pod temi palmami,Co jako straże o sto kroków stojąOd szatańskiego gniazda tej poganki,Cicho na ziemi złożyli?... I czegóżCofasz się, blady? Czyśmy go zabili?...
AMONIUSZ.Kto wie? — Myśl czasem wydziera z rąk BoguStraszliwą pieczęć jakiejś krwawej zbrodni.
PIOTR.Szały pustyni samotnej cię goniąAż tutaj... Słuchaj! korzystać nam trzebaZ nocy tej, która sprzymierza się z nami —I szybko działać... Nie gniewam się wcale,Że nam naradę na czyn przyszło zmienić.Bóg sam chce tego, mój bracie! DotychczasNie można było nic o tę gadzinęZahaczyć w ruchach miasta, ni dosięgnąćNiczem białego i dumnego czoła...Bo jak monolit stała w oczach tłumuBez skaz i pęknięć — z jednej sztuki cała...I dłoń się po tej obsuwała bieli,Jako po gładkiej tafli kryształowej,Nie mając o co zaczepić tej dumnej...Lecz niech raz tylko imię jej sie wplecieW jakiś wypadek uliczny i krwawy,
Niech lud raz na nią oczy śmiało zwróci,jako na słońce zachodzące w ciszy,Kiedy już blaski zgasi jaskrawe...Niech raz jej imię obiegnie po placach,W ustach pospólstwa — i zmiesza się z błotem,Które tak łatwo podjąć — i w twarz rzucić,A ja przysięgam, że rozdmucham iskręW pożar, co zajmie ten dom, od różycyKolumn do podstaw... Cóż? — chcesz mi pomagać?
AMONIUSZ.Przeciw poganom — tak! — Lecz ja chcę jawnieIść, jako rycerz chrystusowy, śmiałoW błękity nieba o dniu jasnym parząc,Rychło aniołów posiłki nadlecą...Chcę iść, toporem zdruzgotać te mury —I wywlec bladą tę — i chrzcić ją we krwi —I na objatę złożyć Panu BoguZa grzechy własne — i całego świata...Ja chcę na czele mnichów moich czarnychJako szarańcza spaść na tę stolicę,O wschodzie słońca różową w swej bieli,Żeby poganin krzyczał: »Klęska!... klęska!...«I nie tym krzykiem krew popędzał w żyłach...Chcę iść na czele rozognionych twarzy,Co płonącemi źrenicami palą,Jako czerwonem żelazem — pierś wroga...Ja chcę chorągwi i hymnów i krzyża —I słońca, coby wkładało na czołoZłocistą glorję... chcę tłumów — i Boga!
PIOTR.Więc ja sam zrobię...(schyla się — i unosi trupa) ...O! jak on ociężał...
AMONIUSZ.Krew mu się z rany rzuciła... o Chryste!
PIOTR.(wlokąc trupa)Idźże przedemną...
AMONIUSZ. Co? chcesz ze mnie robićCzarną gromnicę?... Niech ci burza świeciI jako giermek niech idzie przed tobąZ piorunowemi pochodniami...(błyska — uderza piorun)...Ave!...Słuchaj mnie, Piotrze, połóż tego trupa...Bo jakaś siła potężna mnie chwytaOd końca stopy na drżącej tej ziemiAż do ostatnich strzępków moich włosów,Które powstają jak wichry nad dołem —I zaczepiają się o węże złoteKrwawych błyskawic — i drżą — i goreją,Jako korona nad świętych obliczem...I wiem, że gdybym powiedział w tej chwiliTemu trupowi: Wstań! — onby tu wskrzesnął...I gdybym tylko jednem palcem skinął,Ty padłbyś martwy przed memi stopami...A trup ten — włosy twoje kędzierzaweW koło rąk krwawych owinąłby sobie —I tambyś leżał — aż do dnia sądnego!
PIOTR.(cofa się)Thaumaturgos!... Odejdź, przeraźliwy!...Piorun w przelocie gubił iskry złote —I niemi włosy twoje rozpłomienił...Grzmot w słowa twoje huk zaklął straszliwy...A błyskawica, co leci z twej dłoni,Chwyta mnie żądłem... i warczy... i goni...
AMONIUSZ.Nędzny! do rzeczy podłych tylko zdolny!Idź! grzesz w ciemnościach! Idź! idź! jesteś wolny!Lecz jutro — jeśli tłum da się rozpalić,Jako suchego łuczywa ognisko,Przyjdą z pustyni... chcę sam, własny ręką,Krzyż lub nóż zatknąć w piersiach tej poganki!...
PIOTR.Zawołaj burzy!... niechaj mnie nie ścigaSwemi krwawemi źrenicami...
AMONIUSZ. Odejdź!(Piotr oddala się z wolna — słychać przyciszone grzmoty)
AMONIUSZ.(sam)Ha! więc nareszcie!... Znędzniały przez posty,Od bezsenności wybladły, szalony,Z ciałem zoranem i wyschłem od chłosty,Tysiącem pokus szatańskich dręczony,Walczyłem dotąd — i zawsze daremnie...Czułem cię w piersiach, ty piękna... ty biała,Co gdzieś istniałaś daleko odemnie,Wabiąc rozkoszą miłości — i ciała...(zasiania rękami oczy)Cicha i lekka, przez skwarne puszcz piaskiSzłaś zmrokiem, by mi zarzucie ramionaNa szyję, zgiętą pod mniszym kapturem...Uśmiech twój miewał nagłe jakieś blaski,Jakby ust twoich królewska zasłonaSkarb zakrywała przed okiem olśnionem...Szłaś — i dziewiczym wabiłaś mnie łonem...A palmy imię twe śpiewały chórem...A wiatr twe tchnienie niósł mi gorejące...Jam padał na twarz w pustyni kurzawę,
Jak na ogniste mąk piekielnych łoże —Głuszących hymnów śpiewając tysiące,Które leciały przez gwiazd blaski mgławe,Przez chór zdumionych aniołów, do Ciebie,Nieogarniony w ciszy wiecznej Boże!
(wznosi głowę)Więc to ty byłaś!... ty, przed której domemStoję — i mówię wichrami i gromemI w łzach gorących taję, jak kaskada...Biada ci!... pustynia już powstaje!...
(grzmi)
ODDALONE GŁOSY. ...Biada!...
II.
ATENAGOR.Ze wszystkich świata całego urokówNajwięcej kocham ten kawałek ziemi:Błękitną przystań z masztami ciemnymi,Jak las wiszący, pośród mgły — i zmroków —Tłum białych kolumu, co lekkie, wytworne,Portyków strzegą — i niebo wieczorne.
HYPATYA.Jakto? grek młody w tak szczupłym przestworze,Nie lecąc dalej ni wzrokiem, ni duchem,Znajduje wszystko, co kocha — i zowiePięknem na ziemi?... O Atenagorze!Wytęż ty oko, jak orzeł do słońca —Przeleć spojrzeniem las masztów przystani...Tam szumi morze, niezgłębione morze,Co jak myśl ludzka, wiecznym żyje ruchem —I jak duch rwący się z ciemnej otchłani,Fale swe wiecznie o brzegi roztrąca...Słuchaj ty jego burz, które szaleją,Jak żądzy ślepej niszczące orkany...Słuchaj, jak przypływ, wezbrany nadzieją,Potężną piersią uderza o ściany
Skalistych brzegów — a w chwilę ze drżeniemCofa się w siebie śmiertelnem zwątpieniem —I wody swoje toczy zadumany,Jak człowiek, który szuka w piersi dzielnejSiły do walki duchów nieśmiertelnej...Słuchaj tej ciszy, co spada przejrzystaNa ukojone, wysrebrzone fale —I niech twa dusza w jasnych wód krysztaleTonie, jak perła przeczysta...— Jeśli w świat zjawisk na ziemi i niebiePrzedwieczna mądrość idee wcieliła,Mniemam, iż morze, ruch wieczny i siła,Wieczna harmonja życia — i przemiana,Przed którą zawsze w nieskończoność droga,Która wyczerpać nie w stanie jest siebie,Żadną potęgą nieopanowana —Jest formą bytu godną — nawet Boga!
ATENAGOR.Cicho, Hypatjo! Posejdon cię słucha!
DEJTEROS.A co jest, powiedz, formą godną ducha?
HYPATYA.Mniemam, że człowiek.
DEJTEROS. Człowiek? wielkie bogi!Człowiek, ten, który od swego stworzeniaDotąd się błąka w ciemnościach bez końca,Nie mogąc znaleźć dla swego istnieniaFormy społecznej — i wielkiej tej drogi,Co wiedzie duchy do słońca? —Człowiek, co nazwał występki i zbrodnieI w dziejach czyny zapisał najkrwawsze?...Człowiek, co tchem swym zagasza pochodnieŚwiatła — i tłumi je zawsze?...
Człowiek, co większe usypał mogiły,Niźli śmierć sama, w morderczych wyprawach?...Człowiek, co trwoni duchowe swe siłyW zbytkach, rozkoszach, zabawach?...Człowiek, co chaos w zamęcie wyręcza,Mnożąc ustawy wątpliwe i ciemne,Osnuwające, jak siatka pajęcza,Nawet wzruszenia tajemne?...Człowiek, co gdyby nie iskry te boże,Które świat pchają po torach przyszłości,Stworzyłby tłumy, gromady, lecz możeNigdy nie zaznał ludzkości?...Człowiek, co z brata swojego, nędzarza,Miecz pomsty ukuł — i krwawego wroga?...Co od ołtarza biega do ołtarza,Szukając dla siebie Boga?...O! cofnij słowo, Hypatjo! ja wierzęW wieczne materji i ducha przymierze,Ale nie widzę, jak świat ten szeroki,Godnej dla niego powłoki.
HYPATYA.Dejteros! kto tak czuje nędze ziemi,W tych duch zamieszkał — i w bólu się zrywa,By mógł ulecieć skrzydłami jasnemi,Gdzie spokój prawdy przebywa!...
ATENAGOR.Och! poco rzucać rozprawy gorąceW to ciche, greckie, błękitne powietrze?...Niech myśl wypocznie, wszak spoczywa słońce;Niech zmrok wieczorny z czoła lekko zetrzePalące ślady uniesień — i burzy...— Jutro, jeżeli wiatr wschodni posłuży,Popłyniem wszyscy do Faros...
(Wbiega Posenja, niewolnica, z dziecięciem na ręku — i rzucasię z płaczem do nóg Hypatyi).PONSENCJA. O pani!...Prefekta słudzy... pachołków tłum całyPrzybył — i mówią, że wszystkich nas na śmierćProwadzić mają!...
HYPATYA.(podnosząc ją). Co to jest?... Posenjo!Ucisz się... powstań! Co ty bredzisz?...
PONSENJA. Pani!Zabito kogoś — a nas mają karać...Ja tego dobrze nie rozumiem, pani,Ale zginiemy wszyscy!... o bogowie!...
HYPATYA.Co to ma znaczyć?... nie płacz... mówże jasno!
PONSENJA.(łkając).Wielcy bogowie!...(Wchodzi Seton, Rzymianin, zastępca prefekta. — W głębidziedzińca widać spędzonych niewolników Hypatyi — i straż,która ich otacza).SETON. Niewolnicy twoi,Pani, śmierć ponieść muszą; straż ich wiąże.
HYPATYA.Cóż zawinili?...
SETON. Posłuchaj mnie, pani.Jest prawo dawne, które z słusznych przyczyn
Sławny nasz senat obostrzył i wznowił,A które, w razie tajnego morderstwa,Na śmierć skazuje wszystkich niewolników,Jacy się znajdą w domach na odległośćGłosu od miejsca popełnionej zbrodni.Anafest, jeden z milicji biskupiej,Zamordowanym został dzisiaj w nocy,Między palmami, nieopodal domuTwojego, pani. — Sprawiedliwość prawaSpełnić się musi, wyrok już wydany.
HYPATYA.Ależ to hańba!... Oni są niewinni!!
SETON.(szyderczo).Niewinni, pani? — Kiedyż to niewolnikBywa niewinnym? —
HYPATYA. Wtedy, kiedy przemocNa jego barki zrzuca swoje zbrodnieI upodleniem własnem go piętnuje...Kiedy deptany, z wściekłością rozpaczyChwyta za kamień, by rozbić łańcuchy,Które mu ręce krępują — i wtedy,Kiedy go sądzi sam Bóg — a nie człowiek! —
SETON.Takich wypadków niewinności nie znaPrawo krajowe.
DEJTEROS. O! ja wiem!... Dla ciebieNiewolnik wtedy jest niewinnym, kiedyDo żarn przyrosły, znędzniały, zgarbiony,Tak się z bydlęcym trudem swoim zbrata,
Że głowy podnieść nie może od ziemi...Kiedy myśl jego za ruchem kamieniaKręci się w kółko, spodlona, zabita;Gdy wzrok nie widzi prócz pyłu z piaskowca;Ucho nie chwyta nic prócz żarn łoskotu,Głos nic nie wyda prócz cichego jęku...Duch nic nie czuje — nawet udręczenia —A ciało tylko krwawe krople potu...Wtedy niewinnym jestże?
SETON. Na Jowisza!Nie nam to sądzie!(zwraca się w głąb). Czy wszyscy zebrani?
POSENJA.(z krzykiem).Jakto! mam umrzeć z tem dzieckiem na ręku?...
SETON.Nie, dziecko możesz pozostawić pani.
ATENAGOR.Wspaniałomyślność wzniosła! godna kata!
POSENJA.Lecz jam mu matką, panie! ono małe, Piersią go karmię!...
SETON. Tem lepiej dla niego;Nie wyssie z ciebie, nędzna niewolnico,Podłych, nikczemnych, przewrotnych instynktów. —
POSENJA.(z obłąkaniem)Tak... ty masz słuszność!... to lepiej dla niego,Że z głodu zginie jak pisklę bez pierza,
Kiedy mu matkę jastrzębie rozszarpią...To lepiej... słusznie...
(ogląda się nieprzytomnie) Ha! trzeba przyśpieszyćTen straszny koniec... niech wiem w śmierci chwili,Że ono zimne, martwe, że nie kwili...
(chwyta dziecię za nóżki i chce je roztrzaskać o kolumnę)O bogi!... bogi! czy wy to widzicie?
HYPATYA.Stój!... ty nieszczęsna!(wyrywa jej dziecię i tuli do piersi. — Posenja pada zełkaniem twarzą na ziemię)
POSENJA. O!... co ja zrobiłam!...
DEJTEROS.Ależ to zgroza!
ATENAGOR. Czyż niema ratunkuDla tych nieszczęsnych?... obrony? — okupu? —
SETON.Zaiste, niema. — Prawodawca nie mógłPrzewidzieć nawet, by za nędzną zgrajęDawano okup; o tem milczy prawo.
DEJTEROS.Och! ono milczy o wielu niedolach,O wielu nędzach — i o krzywdach wielu!I łzy nie wszystkie wypłaca w obolach,Nie wszystkie rany w sestercjach oblicza!...Ale pamiętaj, ty, prawa czcicielu,
Że jest potęga wyższa, tajemnicza,Co sprawiedliwość w błękitach odważaDla sług prefekta — i dla łez nędzarza!
SETON.Cóż jest niewolnik, że go tak bronicie?
DEJTEROS.Co jest niewolnik?... Karjatyda zgiętaPod całej ziemi ciężarem i pracą,Której ramiona dźwigają od wiekówKrwawą budowę świata — i społeczeństw...Aby się tylko te barki znużoneNie wstrzęsły kiedy!... bo, na wszystkie bogi,Zmierzylibyśmy głowami przepaście!
SETON.(zwraca się do straży)Wiążcie ich! Dalej!
GŁOS KOBIECY Z TŁUMU. O!... o!... mamże umrzeć?
INNE GŁOSY.Niewinni ginąć będziemy!... niewinni!...(Chwila zamieszania — Seton odwraca się do wyjścia)
HYPATYA.(nagle)Słuchaj, Setonie! — a gdyby też oniWolnymi byli?... Czy straszne to prawoJuż z odległości pobytu nie wniesie,Że mordercami są?
SETON. Wolnych to prawoNie tycze zgoła!
(do straży) Pędzić ich tam... dalej!...
HYPATYA.(pochyla się do Posenii)Weź dziecię swoje!(wyciąga ramiona — i mówi głosem wzruszonym) Bracia! wyście wolni!
III.
GŁOS Z TŁUMU.Nie będzie kaźni?
PIOTR. Nie. — W ostatniej chwili,Kiedy liktorzy dom już otoczyli,Gdy niewolnicy byli skrępowani,Z piekłem zbratana poganka, ich pani,Wyzwoleńcami wszystkich ogłosiła.
GŁOS Z TŁUMU.Szatański wybieg, żeby obejść prawo.
PIOTR.Któż wiedzieć może, czy w tajemnej zmowieSama Hypatja z mordercą nie była?
GŁOSY.Śmierć — i przekleństwo!
INNE GŁOSY. Zapłaci nam krwawo!
PIOTR.Słudzy biskupa giną...
GŁOS. Niech odpowieZa Anafesta krew!
GŁOSY. Niechaj odpowie!...
PIOTR.Świątynie Pańskie pustoszeją oto,A tłumy biegną, by widzieć jej czary,Słyszeć jej wróżby — i sprośne ofiaryCzynić bałwanom — i obmyślać zbrodnieNa zgubę chrześcijan!...
GŁOS. Ha! wieczna sromota!
GŁOSY.Dom jej rozburzyć!... spalić jak pochodnię!(wrzawa wzmaga się — słychać okrzyki)Anafest!... Cyryll!... przekleństwo mordercy.
GŁOS NIEWIEŚCI.Przysięgam, że ta pogańska zwodnicaWróży z szafirów i z blasków księżyca,Które rzeszotem kryształowem chwyta.
GŁOS STARCA.Uwodzi młodzież!
INNY GŁOS. Z gwiazd nocami czyta...
GŁOSY.Niech niewolników odda — lub przepada!...Wszystkich wyzwolić to podstęp!... to zdrada!...
GŁOS KOBIECY.To tak, jak gdyby wspólniczką ich była...
INNY GŁOS.Od stóp — do głowy nieczysta w niej siła...
PIOTR.Pan pomsty żąda! — Ludu sprawiedliwy,Ty wołaj za mną: Biada! biada! biada!...I bądź, jak gniewu piorunowa strzała,Puszczona z Pańskiej cięciwy!Pomsta poganom!...
GŁOSY. Hypatja!... Hypatja!...Niech krwią obmyje — a ciałem swem otrzeDrogi skalane swą stopą w tem mieście!...Niechaj przepada! niech ginie!...
PIOTR. Nareszcie!...
GŁOSY.Śmierć! śmierć poganom! Ty nas prowadź, Piotrze!(wzburzenie wzrasta)
(Od wschodu nadciąga orszak pogrzebowy; młodzi katecheciidą naprzód z pochodniami; dalej kapłan z krzyżem — i dwóch
GŁOS PIERWSZY.Człowiek, z niewiasty zrodzony,Podlega wielu nędz...
GŁOS DRUGI.Jak kwiat usycha skoszony,Przemija jako cień...
CHÓR.Kyrie elejson!...
GŁOS PIERWSZY.Azaliż godnym jest Ciebie,Byś nań obracał wzrok?
GŁOS DRUGI.Ty, któryś wiecznym jest w niebie, A nie masz liczby lat!
CHÓR.Chryste elejson!...(Orszak nadciąga znowu. — Z przeciwległej strony ukazuje sięwóz Hypatyi, której Dejteros towarzyszy do akademii. —Hypatya owinięta w płaszcz długi i ciemny, trzyma w rękukilka świeżych róż).GŁOS Z TŁUMU.Precz tam!... precz z drogi, przeklęci poganie!
INNE GŁOSY.Wóz!... wóz zatrzymać'!... wóz niechaj tam stanie!(Dejteros wstrzymuje wóz; w głębi, w kurzawie ukazuje się Amoniusz z mnichami).
HYPATYA.Co to, Dejteros, pochód?
DEJTEROS. ChrześcijanieGrzebią zmarłego.
(Hypatya powstaje — patrzy chwilę — a potem rzuca róże przedniosących mary).
HYPATYA. Ty byłeś nam wrogiem...Przebacz — i żegnaj!
AMONIUSZ. To ona!... to ona!...To jest Hypatja!...
KAPŁAN.(posępnie) ZamordowanegoNie stroim w kwiaty!
(orszak przeciąga dalej — słychać śpiew).
HYPATYA.Czego ten człowiek tak krzyknął, Dejteros?
DEJTEROS.Och! ja się lękam o ciebie! Ta wrzawaWróży nieszczęście...
PIOTR.Ha! świadczę się Bogiem,Że ta przeklęta nawet trupa tegoCzarami swymi chce urzec...
GŁOSY. Precz z nimi!
AMONIUSZ. Śmierć'!... śmierć poganom!...
GŁOSY. Śmierć córce Teona!Niech ginie, nędzna!...
(wzburzenie wzrasta; garstka pogan otacza wóz Hypatyi. —Parabolanie, niosący zwłoki, rozdzielają przez chwilę obiegrupy).HYPATYA. O, tak! niechaj ginie!I po cóż żyć ma, gdy ojców jej miastoWkrótce się w dziką zamieni pustynię?Gdzie wielkość nasza? gdzie są te zdobycze,Które zebrały wieki dla przyszłości?Gdzie księgozbiory sławne? — gdzie muzea,Na które niegdyś nosili kamienie:Eratostenes, Hipparch, Timochares?Gdzie ustroń cicha, w której PtolomeuszSamotny, dumał nad układem świata?Gdzie są pomniki nasze narodowe,W których się taił duch wolny Hellady?Ja tylko jeszcze podnoszę dziś głowę —I ten obelisk sierocy — i blady.Wiek — a posępna ciemnoty niewolaPadnie na kraj ten skrzydłami mrocznemi...Niechaj więc ginę! niech spełni się dolaTych, co przeżyli potęgę swśj ziemi!
(zakrywa twarz płaszczem).
GŁOS WSPÓŁCZUCIA Z TŁUMU.Bogdajbyś była len przędła niewiasto!
DEJEROS.Kto nad wielkimi płacze, bywa mały.(Orszak pogrzebowy przechodzi, obie grupy łączą sięw najwyższem zamieszaniu).AMONIUSZ.(wznosi krzyż).Pan walczy!... ludu!... Pan walczy!... Kto ze mną?...
DEJTEROS.Nie słońce! Ono nie bywa, gdzie ciemno!
PIOTR.(rzuca się do wozu).Przeklęta! ciało twe zrąbię w kawały:I psy prefekta karmić będę niemi!
DEJTEROS.(odtrąca go ramieniem)Wpierw je rozłakom szczętami własnemi...(walczą)Precz wszystkie bogi... precz od niej... zuchwały!
(Dejteros upada — tłum ciska klątwy i kamienie).
HYPATYA.(z nagłem przerażeniem)Dejteros!... bracie!...
PIOTR. Ha!... giń potępieńcze!
DEJTEROS.(gasnącym głosem)Brońcie jej...(garstka pogan rzuca się do kamieni i wiciekłością).
AMONIUSZ.Nędzni!... wybiła godzina!...
HYPATYA.(z siłą)Umrzeć już muszę!... muszę umrzeć!... Bracia,Dajcie mi zginąć! Ja jestem okupemSpokoju miasta... pozwólcie mi zginąć!...
(do stojącego najbliżej)Dalej!... uderzaj!...
GŁOS Z TŁUMU. Przeklęta odwagaSzatańskiej pychy!
PIOTR.(przedzierając się przez tłum) O! zginiesz! Za włosyCiągnąc cię będę po ulicach, nago...Żadnej boleści nie dam cię ominąćI żadnej hańbie... sam piekło wyręczę...Zgnijesz! Ja twoim poszarpanym trupemZamiotę wszystkie w Aleksandrji drogi...
HYPATYA.Żegnaj mi świecie!... Widzę jakąś tęczęNiknącą... Życie! czem jesteś, o życie?...
AMONIUSZ.Do Cesareum z nią! Niechaj w świątyniSprawiedliwości zadość się uczyni!...
GŁOSY.Do Cesareum!... Precz z woza!... precz z woza!...
PIOTR.Noża mi dajcie! Tamten spadł...
GŁOSY. Powroza!Związać ją!... z rąk się wymknie, czarownica!...
HYPATYA.(pochyla się do umierającego Dejterosa i mówi z cicha)Dejteros! dusza nigdy nie umiera!Formy są zmienne, lecz idee wieczne —I nad łez ziemią — są światy słoneczne!Żegnaj mi, bracie!
(Piotr zrywa z niej płaszcz). ...Bogi!... wielkie bogi!...O! nie opuszczaj ty mnie, ojców męstwo...
AMONIUSZ.(nadbiega i uderza ją w pierś nożem)Ha! masz, przeklęta poganko!...
HYPATYA.silnym dźwięcznym głosem) O Helios!...(chwieje się chwilę — i pada martwa. — Piotr zrywa z niejszatę. — Tłum wśród okrzyków ciągnie obnażoną do Cesareum).
PIOTR.Zawcześnie kona...
AMONIUSZ.(z nagłem pomieszaniem) Na pomoc!... na pomoc!...
GŁOS Z TŁUMU.O! opłakane, pełne klęsk zwycięstwo!