Inwokacya (Po drodze)

Maria Konopnicka (1842–1910)

Duch gór, duch szczytów woła mnie,Głos jego mocny słyszę...— Pójdź w moje zmierzchy, w moje dnie,W moje rozwiewne cisze!

Pójdź w zamki, którem z mgieł i chmurZbudował sam dla ciebie,I oprzyj końce mdlejących piórNa pochylonem niebie.

Wstąp w jary, kędy srebrny pyłW sto tęcz się rozpromienia,I pij z żywiących ziemi żył,Z krynicy upojenia.

Kaskad mych struny lutni daj,W wichrów je nastrój szumy,A zaś dolinom pieśń szczytów graj,Surową pieśń zadumy.

W grom się zasłuchaj moich burz,Co skalne wstrząsa trzewa,A zaś dolinom pieśń nową złóż,Pieśń, co wskróś serc rozgrzmiewa.

W milczeniu mojem zatoń tak,Jak w oceanie nocy,

A zaś się zerwij — jutrzenny ptak —Z zórz pieśnią, z pieśnią mocy!

Wzbij się nad siebie wzwyż, a wzwyż,Za moich tchów podmuchem...A weź na czoło chryzmat mych cisz,Aż się uczujesz duchem.

Pod tobą wicher, pod tobą grom,Przepaści i urwiska,A ty wstąp, cicha, w mój wieczny dom,Skąd życia zdrój wytryska.

Niema tam błogich, miękkich gniazd,Wysłanych w kwietne puchy,Lecz bystrzej patrzą oczy gwiazdI głośniej szepcą duchy.

Może obaczysz jutrzenki wschód,Złocący czasów cieki,Może zasłyszysz tej wieszczby cud,Której czekają wieki.

Wyżej! Wstąp wyżej, w mój tajny świat,W krainę ukojenia...Na szczytach moich zakwita kwiat,Samotny kwiat natchnienia.