Jeżeliś cieniem (Konopnicka, 1915)

Maria Konopnicka (1842–1910)

Jeżeliś cieniem, rozwiej się przedemną,Niech nie wyciągam do Ciebie daremnoRamion z wieczystą tęsknotą!Niechaj pożary nie trawią mi ducha,Gdy noc ta cicha, milcząca i głuchaPochodnię rozpala złotą.Wstań w blaskach słońca, lub wróć się do rdzeniaWiecznych tajemnic! Niech mego pragnieniaNie drażnią zdroje zwodnicze!Czemu, jeżeli poznać Cię nie mogę,Olbrzymia maro, zachodzisz mi drogę,Zakryte mając oblicze?Czem jesteś, powiedz, czem jesteś w swej treści?Czy Ciebie duchy zrodziły w boleści,Jak matka rodzi swe dziecię?Czy nieujęte i mgliste Twe ciałoZ tęsknot, z pożądań, z pragnienia powstało,Z łez tych, co płyną na świecie?Czyś Ty jest złotej jasności odbicieOd smutnych źrenic, utkwionych w błękicie,Jak słońce drżące w łzach rosy?Czy z oceanów podniosłeś się tchnienia,Wielki, a mglisty, jak senne marzenia,Aby zapełnić niebiosy?Czyś powstał z burzą, co gromy swojemiWstrząsała zręby tracącej dech ziemi,Ciskając globy w odmęty?Czy imię Twoje zostało nazwanem,Gdy człowiek kornem uderzył kolanemPrzed zgrozą, wołając: »święty!«Czy cień Twój wtedy opadał na światy,Gdy trysły z pąków wiosennych róż kwiaty,I pierwsze tchnienie miłości,Gdy pierś, wezbrana rozkoszą bez końca,

Własną potęgą rzuciła wskróś słońcaMarzenie nieskończoności?Czyś pierwej był Ty, czy duch ten stęskniony,Co patrząc w światów gwiaździstych miljony,W ciche, błękitne przestworze,Ogarnion dziwem i trwogą i mocą,Rwał się, jak ptaki, co w skrzydła trzepocą,I pierwszy zawołał: »Boże!«O, kto mi powie?... O, kto mi to powie?...Byt wiekuisty, zamkniony w mdłem słowie...Otchłań — w koronie wszechmocy...Cień majaczący kształtami olbrzyma,Co mnie porywa i więzi i trzyma,Drżącą w śmiertelnej niemocy!W ucisku ducha słyszę, jak nad głowąPrzepaście toczą skałę SyzyfowąWiecznych zagadnień istnienia...Wyciągam dłonie w noc głuchą, w noc ciemną...Wkoło mnie, we mnie, pode mną, nade mną,Ty — pełen błysków — i cienia!