Pan Balcer w Brazylji — I — III

Maria Konopnicka (1842–1910)

Nagle uderzył huk i mowy zgłuszył,Morze się pienić jęło i kołychać.Wiatr tropy zmylił i z tyłu się ruszył,Fala na falę zaczęły nas spychać.A na pokładzie, jak gdyby deszcz prószył,Takie szły bryzgi. Już ciężko i dychaćI stać. Już w ciebie gorące zawrotyBiją, naprzemian dreszcz idzie i poty.

Ha, niema o czem powiadać tu wiele,Ziemia, jak ziemia, a morze, jak morze,Każde ma swoje osobne fortele,A ty się ratuj, jak umiesz, nieboże!Pozalegali ludziska pościcie,Piszczą, jak właśnie drwa mokre, gdy w korzeZielonej zrąbiesz je, a chcesz rozpalić.Ale się nie miał nad niemi kto żalić.

Bo na okręcie jest tak, jak na wojnie.Wyjdzie — kto wyjdzie, a zginie — kto zginie.Ty zęby ściśnij i czekaj spokojnie,Aż cię zagryzie złe, albo przeminie.Jużci chłop strzyma. Lecz bab było rojnieI starców zeszłych, niepewnych w godzinie.Więc choć się strząsłeś sam, nie miałeś miruOd wszelakiego jęczenia i skwiru.

Dopieroż tedy pod owym pokładem,Gdzie ludu wparto coś więcej tysiąca,Tam się opijesz powietrzem, jak jadem,I sił ostatka pozbędziesz z gorąca!Nie tak mrowisko uroi się gadem,Gdy zgóry sypnie żar i wartkość słońca,Jak się tam naród roił w owej dziurze;Już się i wieszać chciał jeden na sznurze...

Inszy radby się choć w wódce zatopił,Ale że licha była i to droga,A tu i strażnik miał oko i tropił,A jak takiego zobaczył raroga,Dalej pod pompę z nim! Tak chłopa skropił,Takie mu cięgi dał, choć bez batoga,Że drugi, co i na nogach nie ustał,Jak chart umykał, a ten za nim chlustał.

I jadło co dnia gorsze ci się widzi;A słodkiej wody chcesz, to bij się o nią.Brud, ścisk: już człowiek sam sobą się brzydzi,Już jeść nie idzie do kotła, choć dzwonią.Więc jako w kuczce napchani ci żydzi,Tak my nad onych niezmiernych wód tonią

Siedzieli w tłoku i w duchu tym parnym,Każdy pod męki swojej płatem czarnym.

Het, precz odeszła ta dobra otucha,Która nas zpierwa po morzu tem wiodła.Bo w człeku blisko od brzucha do ducha;Taka w nim niskość jest i żądza podła.Raz wraz to kłótnia, to bitka wybucha;Jakowaś wściekłość każdego z nas bodła.A choć sam sobie tej biedy napytał,Jak żbik, na inszych parskał, jak dzik, zgrzytał.

Aż się w to jedno złe i drugie wdało:Ludzie zaczęli grać. Po kątach zrazu,Dorywkiem, milczkiem i jakby nieśmiało.Ale że na to nie było zakazu,Tak się włożyli. To nieraz noc całąŁbami stłoczeni, by ryby u jazu,Siedzą, a tylko głos słychać zażartyI padające na tapczan gdzieś karty.

A wszystko w hazard szło. Bo chłop je świeżyNa takie rzeczy, więc strasznie gorący;I jak się puści, to duszy odbieży,Póki nie skipi w nim ten wrzątek rwący.Dopieroż potem padnie i tak leży.Już go nie wołaj do żadnych tysiący:Nie chce, nie pójdzie. Ugasła w nim siła.Wydmuchał parę, jak kocieł, jest — bryła.

Alić podpałków nie brakło tam onych,Co lud jarzyli, by smolne łuczywo,W ogniach go codzień trzymając czerwonych.Ugasnął jeden: to drugi co żywo!Póki grosz czuli w tych trzosach palonych,Czy za pazuchą, to precz było żniwo;Bo z taką kupą te letkie narodyCiągną, by owad powietrzny na miody.

A już nad wszystkich Opacz. Ten niewielaGadał, a tylko ćmił cygar i chodził,Na tych ramionach strząchając szynela,A w oczy patrzał. — Kto do kart się godził,Dopieroż gdziebądź chuściątko zaściela,I dalej w kupki! To chłopów tak wodził,Że gdzie się ruszył, już pełno tam roja,I tylko słychać: «Ta moja, ta twoja!»

Alić z Opaczem pokumał się pędemJakiś to łyczek wędrowny po świecie.Zalatywało od niego złym swędem:Cygan nie cygan, takie tam ot, śmiecie.Dopieroż to się chłopy zgrywać rzędem!Co który pomknął — to płótno w kalecie:Nie wiem, inkluza miał, czyli wężowąSkórkę, czy zgoła nadrabiał tak głową.

Aż się Przytuła zgrał do suchej nici.A miał grosz godny, bo przedał w Obrytem

Szmat gruntu, chatę, i tutaj na wiciPo Bogu z owem grosiwem, zaszytemW szkaplerzach, dotarł. Jakże się nie chwyci,Jak nie załamie rąk z srogim skowytem!Chryste! Myślałem, że padnie tam trupem,Tak zsiniał. Język w kół, a oczy słupem.

Ledwo my chłopa strzymali w tym pędzie,Bo nam się topić na morzu chciał duchem.Przycichnął patem jakoś, tylko wszędzieZa onym marnym chodził wiatrodmuchem.Gdzie ten z kartami, Przytuła też siędzie,Na ręce patrzy mu, za każdym ruchemOczami idzie pilno i precz śledzi...Aż raz kiedy to tak na boku siedzi,

Patrzy, a łyczek ma karty w rękawieInsze i niemi, gdzie trzeba mu, sunie.Zbladł chłop, jak wapno, skamieniał aż prawie.Jakże mu potem krew w lico nie lunie!Jakże nie skoczy, nie zaklnie plugawie,Jakże na łyczka piorunem nie runie!O ziem, i po nim! — «Ha, psie ty fałszywy...Nie zajdzie słońce, dopókiś ty żywy!»

Bełkoce tamten, ściśnięty kolany,A chłop, co pięści odejmie, to krzyczy:— «A ty wisielcze! A katu urwany!A ty kołtunie! A psie ty bez smyczy!A toś ty z kłami był na świat wydany!A niech cię zbieli trąd!» — A tamten ryczyOstatkiem duszy, tak chłop go nadeptał:— «Oddaj, psi synu, co czart ci naszeptał!»

Widzę, źle będzie, bo człowiek był w gniewieStraszny, a już się ze wszystkiem ochwacił.Co my do niego, to jakby zarzewieNa proch. — «Precz! Wara! Nie będziesz ty płacił!Ja sam! Precz! Na bok!» — A nóż miał w cholewie,I byłby łyczka, jak amen, zatracił,Tylko mu sięgnąć źle było, bo klęczał,Przez kożuch. Tamten coraz ciszej jęczał,

Już, już ustawał... — «A niech go tam spłata!» —Przemówią chłopy. — «Nie będzie miał grzechu!»A insi: — «Bogać! Nie będzie utrata,Ni w niebie dziura!» — I już im do śmiechu.Wtem, jak gdy gołąb z nagłości przylata,A sinem skrzydłem uderza z pośpiechu,Tak nagle głowę Horodziej wynurzyZ trzepotem włosów siwych skróś tej burzy.

A że nie gwałtem widział od starości,Obiedwie ręce poprzed sobą trzymaI puka laską, jak gdyby w ciemnościDrogi se szukał zgasłemi oczyma...Namkli się ludzie dla zeszłych tych kości,Dziad do Przytuły i za kark go ima,A z taką siłą chwycił i tak ciasno,Że się onemu aż zębce zatrzasną.

Chłop zgłupiał. Patrzy, a stary precz trzęsieŻylastą ręką na nim te manatki.

— «A ty co, bratku?... To krzywda ci w mięsie?To ty tu sobie urządzić chcesz jatki?A wstajesz mi ty?... Po takim ci kęsiePies przez chałupę nie puści do matki!...Wstawaj, bo zduszę do ostatniej pary...A ty, złodzieju, oddawaj talary!»

Chłop Horodzieja znał. Z stron jednych byliI razem uszli z tęgiego opału.Więc się w nim zaraz ten impet przesili,Głowa odejdzie z onego postrzału.Targnął się, zaklął w pień, alić po chwiliRąk zwolnił, splunął i wstawał pomału,A choć, jak niedźwiedź, otrząsał się, fukał,Łba spuścił, niby że to czapki szukał.

A łyczek leżał, ot, prosto bez ducha.Nie wiem, czy zamdlał tak, czy pory czekał.Aż go tam jeden kopnął; więc się brzuchaWłasnego chwycił i oczy powlekał,A choć mu gębą pociekła zła jucha,Porwał się — i jak szczur rowem — uciekał,Trzosik po drodze puściwszy i karty.Horodziej głową trząsł, na kiju sparty.

— «Oj źle, oj źle to będzie z nami społu,Kiedy wy takie dajecie naczęcieTej naszej drodze! Juże nam do dołuIść, nie żaglować pod żaglem w okręcie.Oj, nie umiecie szanować Żywiołu!Ukróci on was i zgubi w odmęcie...

Oj, poda na sąd was to morze, poda,Tylko się po was zachluśnie ta woda!

A cóż to? Myślisz, żeś ziemi się puścił,Gdzie cię wkorzenił Bóg, to ci do złegoJuż wolna droga? Toś się już rozpuścił?Już nie wiesz, jak masz żyć? Co jest do czego?Toś już to prawo wszelkie zaczeluścił?Nie bój się! Jest u Żywiołu każdegoPrawo! A ciebie nie skryją i w niebie,Jak ty Żywioły obruszysz na siebie!

A toćżem widział w Wągrowie, w kościele,Jak to Bóg Ociec nad niemi panuje.To mu się tylko powietrze to ścieleDo stóp, a Ogień szaty oblatuje.Tuż Morze, modre, jak u nas kołbieleNadbużne, takoż do służby się czuje,A on Stworzyciel w wichrowej koronie,Ręce ma nad niem, a Ziemię na łonie,

A dokół gwiazdy, miesiące i słońca.Tak na początku pokazał się świata,I taki będzie zaś u świata końca.Bo Żywioł wieczny je, a nie oblata,Jako liść drzewny, ni czas go nie trąca,Ani się najdzie najmniejsza w nim strata...Ni Ogień iskry, ni Wiatr tchu nie zroni,Nie zginie z Ziemi proch, ni kropla z toni.

Bo nad tym ogniem Michał stoi święty,Na koniu, z włócznią, a smok mu w kolana...

A nad powietrzem Elijasz, co wziętyWichrem do nieba. A Woda jest — JanaChrzciciela, który był w więzieniu ścięty;A Ziemia zasię Chrystusa jest Pana,Iż po niej stopką najświętszą swą chodził,Kiedy się w ciele ludzkiem był narodził.

Więc ty się waruj tu na tej głębinie!Boś nie jest jako na boru z napaści,Aleś Żywiołem bożym, co nie minie,Objęty, w Jana świętego jest właści!On tu nad tobą stoi! W zorzach płynie,Nad wody świata, nad morskie zapaści,Na chmurach widna ścięta jego głowa,Gdy słońce krwawo pod zachód się chowa».

— «A i cóż oczy wytrzeszczasz, jak gały?» —Zwrócił się nagle do Pawła Sekury:— «Dalej! Ruszta się! Wstyd, żeby tak stałyChłopy, łbów zdrowych zadarłszy do góry!Nie noc je przecie, dzień boży je biały...Dalej! Choć zwijać te liny, te sznury,Aby te ręce o pracę zaczepić!» —Ruszył. My za nim. Tak umiał lud skrzepić!

Tylko, że krótko tego było. Gadał:Słuchali. Drugi i wzruszył się w sobie,I tuman tak mu od mózgu odpadał,Jak kiedy komin pomiotłem wyskrobie.Lecz wprędce czadził znów i do kart siadał.Więc się to stało podobnem chorobie:Jad ludzi nędził tak, że twarze zbladły,Grzbiety się zgięły, a piersi zapadły.............

Szły dnie, szły noce, a czasy się oneNa żadną lepszą nie miały odmianę.Dziatki zaczęły mrzeć. Ognie się płoneRzucały po nich. Więc oczy, jak szklane,Więc w liczku blade, to znowu czerwone,Kwilące, ciężkie matkom, rozpłakane,Siniały potem, cichły, i tak kładłyGłowy pod kosę śmierci, jak kwiat padły.

Ale się długo nikt z niemi nie bawił.Jeszcze to w oczach ma ciepłe te łezkiOstatnie, pachoł już sznura przyprawił,Już nim okręcił trupka, i — do deski!Kto bliższy, pokląkł, by pacierz odprawił,Wtem — chlup do morza! I — Ojcze niebieski,Szukajże teraz duszyczki tej na dnie,Bo ci z regestrów anielskich wypadnie!

Więc tam nie tyle sprawiała żałościTym rodzicielkom śmierć, co te pochowy.Boć to jest ciężka rzecz, owoc wnętrznościDać w te huczące czeluście i rowy.To się tam druga tak krzyżem pomości,Że tratuj po niej — nie umknie ci głowy.Więc potem patrzeć niewiastom nie dali,I nocą one dzieciątka spychali.

A morze, kiedy zaczuło tę strawę,To zapienionem stało się i gęstem,I tak szło po nią na samą aż nawę,Jak wilk z trzaskaniem szczęk głodnych i z chrzęstemRóżny tam nietwór miał swoją obławęI lud przestraszał jawieniem się częstem:

Myślisz, że piła tak falę przecina,A to grzbiet ostry i czarny rekina.

Czasem gdy morze ustało się niecoI cicho niosło przejrzystą skróś wodę,Toś widział, jak ich wielkie cielska świecą...A zawsze stare w tył, a poprzód młode.Utrafią zdobycz, to tak ci się zlecą,Jak kiedy u nas kijanki w pogodęZa pożywiołem ganiają się onem,W prawo i w lewo wiosłując ogonem.

Ale są zmyślne! Niełatwo przynętuChwycą, choć połcia zawęszą słoninyŁba tylko dźwignie taki i z odmętuWiatr ciągnie, aż mu z paszczy lecą śliny.Podpływa — aż ci tu palba z okrętu!Walą, jak w jasną świecę karabiny...Lecz, choć go trafi kula, nie uszkodzi:Zajuszy trochę i na głąb uchodzi.

Mówią, że rybak jeden, co noc przepił,Chwyciwszy w morzu takiego rekina,Wziął go na łańcuch, u statku uczepił,A sam, gdy przyszła do drogi godzina,Układł się w łodzi, by snem się pokrzepił,I spał, a ten go tak ciągnął, jak lina,Co na niej Bugiem prowadzą galaryDo Uściługa. Lecz mało w tem wiary.

Bo za potężny jest zwierz ten do łodzi,Przytem żarłoczny nad wszystko i srogi.

Więc prędzej taki na morzu uszkodzi,Niżby miał komu pomagać do drogi.Ale że powieść ta po ludziach chodzi,Bo tu na gadkę, jak kot na pierogi,Łakomy każdy z tej długiej tęsknicy,Na onym stepie modrym, bez stannicy.

To raz, był ranek mglisty, na pokładzieGwałt! Patrzę, lecą szypry, marynarze,Za nimi ciżba narodu w nieładzie;Tak ja do burtu. Spychają nas straże,Sternik klnie, z haków zerwało dwie kadzie,Szum, plusk na morzu... A wtem się ukażeOgromny, stary rekin, co z żelazemSłoninę chwycił i połknął zarazem.

Dopieroż go tu windować do góry!Nie tak się szarpie wół, gdy go obuchemRzeźnik w łeb zdzieli, jak ów. Byłby sznuryUrwał i poszedł, gdy wtem mi nad uchemKula świsnęła z miczmańskiej dwurury...Zwierz się okręcił, raz chlupnął, i brzuchemNa wodę! Tak go dobyli, nietwora,Dopieroż triumf grać, i do topora!

Jakże się weźmie ciskać, trzepać w pławy,A prać ogonem po onym pokładzie!To nam muliskiem zachlustał pół nawy,A kto mu podszedł, wnet siedział na zadzie.

Ja tam nie byłem do niego ciekawy.Haniebna siła jest w tym ludojadzie,Anibym wierzył, by mi kto powiadał,co on tam chłopów na kupę naskładał.

— «Nic to! Niech morza spróbują frajery».Śmiech dookoła... – Jest racja, i juści.Tymczasem u łba nie skąpią siekieryI już mu wnętrznych sięgają czeluści.Rąbnął go jeden, coś razy ze cztery...Aż zwierz się zmroczy i dech z siebie puści,I leży wielki, czarny, rozciągniony...Nuż dalej hurmem do niego, jak wrony.

Kucharczyk jeden, w krochmalnym birecie,Osiadł go, jakby kulbakę, okrakiem.Cmoka, że niby na końskim to grzbiecie...Nuż piętą w boki, nuż po łbie kułakiem.A wtem się porwie on zwierz i pomiecie:Chłop z niego! Blady, jak chusta, czworakiemKlapnął o ziemię, by żaba rozbita...A ten dopieroż raz chrapnął — i kwita.

Byłoż to teraz napatrzeć się czego,Kiedy tak leżał, jak niedźwiedź zwalony:Takiemu mało kłów rzędu jednego,Ale, jak zęby chłop wbija do brony,Gęsto a płotem, tak właśnie u niego,A każdy, jako sztyk w ogniu stalony.Więc niema się tam i bawić co wielce,Kiedy raz człeka zatrzaśnie w te kielce.

Dziwią się baby. Coraz która zbliskaPodejdzie, rękę do brody podniesie,I chwieje głową: — «A cóż za zębiska!...A cóż za ryba taka!... A bójcie się...»Wtem jedna: — «Reta! To nasze dzieciskaTakim ciskają?...» — I w płacz się zaniesie.— «To te sieroty nasze... w takie garła?...»Więc insze za nią: jak żałość je sparła.

Lecz wtem cień upadł na wodę zwysoka,I ptasia wrzawa przebiła nas z góry.Patrzę, a tam się na podób obłokaRybitwy srebrzą nad maszty i sznury!Gromada była tak zbita dla oka,Że cały kłąb ten jednemi się pióryUnosić zdawał, i tylko po krajuStzępił się, śniegiem niesionym z wyraju.

Ale Horodziej, na kiju oparty,Rękę u oczu wpółślepych przyprawił,I pilno patrząc, rzekł: — «A ot, i wartyBóg Przenajświętszy dziateczkom przystawił.Nie będzie na nie smok godził zażarty;Na wszystkie On już sieć srebrną nastawił...A ot na piórach ptaszęta je niosą,Ociekające matczynych łez rosą!» —

Nuż więc te matki dogóry pozieraćTęsknemi wzroki, łaknące pociechy...Nuż łkania tłumić i oczy ocierać,I bić się w piersi i kajać za grzechy!

Chciał ci tam Opacz starego przepierać,I już po gębie latały mu śmiechy;Ale nie dalim, bo one podniebneRzeczy, jak chleb, są niewiastom potrzebne..................

Tylko Szczęśniaka żona stała blada.Oczy, jak żużle, świecą i jak próchno;Coś od dni kilku, czy jadło nie nada,Czy woda, ale dziecku nogi puchną.Radził ci doktór. I cóż tu za rada?Mdłe to, ugaśnie, gdy wichry nań dmuchną,A białe, jakby na rosach blichował...— «Oj, żeby tylko Pan Jezus zachował!»

Patrzy się w morze, a siwe jej oczyWzrok ciemny mają, głęboki, uparty,Aż ją to wszystko na sercu zamroczy;Ten krzyk, te śmiechy, te płacze, te żarty.Więc się zachwieje znagła i potoczy,Jako ten powój na niczem się sparty.Tak Szczęśniak: — «Hanuś! A ty znów co, babo?»A ona zcicha: — «Nic. Tak mi coś słabo». —

Młode to jeszcze było, w pierwszym kwiecie,Więc skóra na tem miętka i czująca.A tu się temu tak tułać po świecie,Tak tajać w onej duchocie z gorąca...Toż nie dziw, że tem i słabość pomiecie,Jak wiatr wiosenny, co trawy mdłe trąca.W wszak to one przesilone grogiChłopa nadgryzą, nie takiej niebogi.

Więc patrzę na nią, aż ona dziecinęPilno przy sobie rękoma ogarnieI patrzy w morze ogromne i sine,Jak urzeczona, podobna tej sarnie,Co z kniei wyjdzie na strzał, na drożynę,Łaniąt strzegąca, a węszy, gdzie psiarnie...Wtem jedna: — «Chłopak, to wam chory chyba?»A ona z krzykiem: — «Co wy? Zdrów, jak ryba!»

I zaraz chustę na niego i w stronę.A na tę bladość pierwszą — tom się zdumiał,Jakie w nią ognie buchnęły czerwone.Dzieciak też właśnie, jakgdyby zrozumiał,Zachchł i schował się w rańtuchy one.Tylem i widział go. A okręt szumiałBo na ten wiwat, kapitan dla wiaryTytuń wystawił i tęgiej sztof miary.

Tożto rzuciło się na one gody!Jak kiedy mielnik wszystkie puści śluzy,A tu pęd buchnie i srogi war wody,Taki się zrobił huk wśród onej luzy.Bo naród morski nad wszystkie narodyPrędki do wódki jest i zaraz w tuzy.A najrzy dziewkę — jak drzazga się pali.A klnie, żeby mu czarci nie sprostali.

Więc nuż piszczałki, bęben, aż i smykaDobył tam jeden żydek rzępolista,

I dalej taniec, śpiewanie, muzyka,Skaczą, aż okręt pod nimi się chysta,A coraz wrzaśnie który, jakby dzikaDżgał pod łopatkę. — A niechże was trzysta!— Myślę ja sobie i czapkę na uszy.Wtem krzyk! — A mnie coś wnętrzności aż ruszy...

Bo znany był mi głos i jak rodzony.Zośka! Chrześniaczka moja! Jezu Chryste!Czyli się tylko nie chybła gdzie z strony...Rzucę się w ciżbę, a tam ją — siarczyste! —Majtek do siebie ciągnie rozchmielony.Jakże nie zdzielę w łeb! — Nie tak rzęsisteIskry z pod młota lecą, jak mnie z pięści...I tylkom poczuł, że kość pod nią chrzęści.

Padł i dał farbę, jak lis w świeżym tropie,A tych już na mnie, by wróbli na strachu.Strząsłem się; byłbym zmiędlił na konopie,Ale żem w ścisku wziąć nie mógł rozmachu,Tak krzyknę: «Stasiek! A bywajno, chłopie»A dziewka moja w wrzask: — «O reta, Stachu!»Zgruchnął się naród, jako, że do czego,Ale do bitki jest dusza u niego.

Tożby ich tutaj mógł malarz malować,Jak jęli marszczyć łby a brwiami ruchać.Najpierw się bokiem sunęli próbować,Łokcia nastawiać w klin a w wąsy dmuchać.Groźno tam było i nie szło żartować!Już w lica ogniem zaczęła krew buchać,Już się co bliższy zamachnął, w garść plunął,Gdy wtem zagrzmiało ciężko i deszcz lunął!

Jako więc kiedy o kość się u progaPsi gryzą, a tu dziewka chluśnie z cebra,Tak wnet ugasła ta całą pożoga,I tylko majtka Stach macał pod żebra.A tuż nawałność bliżyła się sroga.Już z nieba strugi polały się srebra,Już gasną, lecą jak ołow w głebinę,Stygną, i w wały staczają się sine..................

Jak kiedy hutnik w staw szlakę wypuści,A wody ze dna podniosą się z sykiem,Tak wnet przyrosło tych morskich czeluści.Już pokład liżą spienionym językiem,Już fala jedna drugiej przez łeb szuści,Jako te owce, gdy lecą za trykiemPrzez wąski wierzej, a wszystkie chcą razem,A owcarz, licząc, nawraca je płazem.

Wnet plac opuściał z zbytniego narodu,A kto miał w czubie, wytrzeźwiał odrazu,Bo lud tu odmian nawykły od młodu,Pod strachem żyje, jak okoń u jazu.Wtem reja trzasła. Huk poszedł od przodu,Do gromowego podobny rozkazu.Sternik zbladł, skręcił śruby, co miał siły:Zachwiał się okręt i bieg wziął pochyły.

A już i niebo spuściło się nisko,Ciężkie chmurami, i męt po niem chodził,

Rwąc na paździerze to szare płachcisko,Którem się od nas dzień biały przegrodził.Chwyciłem masztu, bo stać było ślisko,A wtem mnie bałwan jeden tak ugodził,Jak chłop, gdyć nogi podbije kłonicą,I uciekł, cały siny błyskawicą.

Jakże nie rykną wichry! Jak po niebieNie zaczną trzaskać z okrutnym grzechotem!Jak się nie porwą, nie wpadną na siebie,Jak się nie cisną o morze pokotem!To koń takiego dołu nie wygrzebie,Kiedy go jezdnik uwiąże pod płotem,Jak one wodę skopały kopytem,W błyski kowanem, a w gromy podbitem.

Nie tak się w sobie rozszumi, rozchwiejeBór, gdy się sośnie zamiotą od burzy.I nie tak rola zorana czernieje,I nie tak żyto pokwiatem się kurzy,Jako więc morze pod oną zawieję.Wał na wał pędzi, dogania go, nurzy,Zatapia, ryczy, jako byk do stada,Zrywa się, leci i w otchłań przepada.

Huknęły teraz niebieskie harmaty,Które sam Michał Archanioł nabija.Mrok upadł gęsty, i tylko się szatyJego czerwoność skróś chmury przewija.Pękły nad światem ogniste granaty,Świszczą, żądłami kręcą, jako żmija...Lecą do morza pobite czerepy,A strugi deszczu tak walą, jak cepy.

Zanim ci ja burze tęgie, bom od dziecka,Po leśniczówkach, jak wilczę, schowany.Wiem, jak Kampinos grzmi, jak Myszyniecka,Jak i Zielona - aż het, za PrużanyOnać to sławna puszcza Białowiecka,Gdzie się zataił żubr, potopem gnany,W gąszcz taki, że sam Bóg drogi nie wiedział,Poniechać musiał, a zwierz się osiedział.

Jest ci tam wojna, gdy wicher uderzyW krętych róg sosen, lub puści ze smyczyOgary wietrzne po pustej trzebieży,A tur go ciągnie w chrap mokry i ryczy.Lecz przecie się to do morza nie mierzy!Tu strach osobny jest, co kości liczyTak, że ci każda do szpiku dygota...Strach większy, niźli przed końcem żywota.

Jeszczeć to chłopu mniejsza. Chłop dostoi,Choć się w nim dusze ruszą fundamenty.

A drugi taki, im ciężej się boi,Tem twardszy bywa w śmiertelne momenty,I za trzech zuchów tchórz nieraz nabroi.Lecz baby, srogie czyniły lamenty,Od których prawie, że już uszy puchły;Kapitan kija podniósł, i tak zgłuchły.

Dopieroż okręt lżej zaczął sterować,Bo już nad wszystko wrzask babi nie płuży.Gdy się kto bierze po morzu żaglować,Rzecz to jest mocna i pomiar jej duży;Już się tam nie lża po tynfie targowaćZ śmiercią, gdy nawa pod wodę się nurzy:Co masz, to dawaj, czy miedzią, czy złotem.Wypłyniesz? Będziesz rachował się potem.

Do samej nocy goniły nas sineOczy błyskawic i grzmot łajał z warkiem.Aż my się w wichrów wcisnąwszy szczelinę,Przebili z tuczy. Tak skrzydłem ptak szparkiemPruje naukos powietrzną głębinęI przed nawałnic uchodzi poswarkiem.Lecz piorun jeden dognał nas, wypalił,I sążeń drzazgi od masztu odwalił.

Zaraz też, jakby na to tylko czekał,Jął się wichr ciszyć i składać po sobieZjeżone grzywy. A grzmot tak uciekał,Jak gończy z troka, gdy w kniei przeskrobie.

Raz, drugi, trzeci, skroś mroków zaszczekał,Zacichł, znów drogę oszczeknął na globie,Aż ciszej, dalej, z ostatnim skowytemSchował się w niebie chmurami nakrytem.................

Noc cicha, parna, nie błysła ni jednąGwiazdą na całym niebieskim przestworze,I tak nas dwoje objęło bezedno:Czarne to niebo i czarne to morze.Czekałem, nie śpiąc, aż mroki przerzedną,Bom słyszał, wysep że ujrzym na zorze.Kupa nas było, lecz nie szła nam rada,Iż w tych zapaściach człek łacno nie gada.

Każdy tam w duszy doległość miał własną,Którą żuł milczkiem, by piołun ugorny.Dzienne otuczy — te prędko ugasną,Gdy w sercu pomierzch wybije wieczorny.Gorące oczy nierychło tam zasną,Mgła na nich siada jak opar jeziorny...Wbijasz je w ciemność, by w trumnę otwartą,Nie luzowaną u troski swej wartą.