Pan Balcer w Brazylji — III — III

Maria Konopnicka (1842–1910)

Hej, ziemio, ziemio, że my się też ciebiePuścili! Miedz twych i twojego płota!A toć po wodzie my tam i po chlebieMoc większą czuli i więcej żywota,Niż tu, gdzie wszystko naokół i w niebieCudze i gdzie jest dusza, jak sierota,Obzierająca się w dalekość siną,Za progiem chaty swej i za rodziną!

Hej, ziemio, ziemio, ty matko rodzona!Łanie ty wdzięczny i rolo życzliwa!Toć ty tam sama podajesz zagonaI ziarnu tak się otwierasz, jak żywa!Lecz ta — macocha jest! A czy kto kona,Czy padnie, ani dba ni się zadziwia...

Nad trupem twoim znów wszystko w tych borachBędzie róść, szumieć i błyskać w kolorach.

Ani tu słońce nie jest takie ranie,Jak u nas, w tęczach palącej się rosy...Ani tych ptaków podobne śpiewanie,Jak naszych czyżów, ziąb, skowronków głosy...Ni gwiazdy niema tej, co gdy tam stanieNad te użątki nasze, nad pokosy,To człek wyraźnie widzi, jak ta BoskaMoc o najlichszy kłos w polu się troska.

Tfu! Jeszcze teraz łza w oku mi świeci,Gdy wspomnę żałość tę i te ciężkości.A przeciem nie miał żony a ni dzieci,I równo było mi, gdzie złożę kości.Dola — ptak, mówią. Przyleci, odleci,I darmo gwałtem zapraszać ją w gości.Lecz nie o dolę mi szło! I przy doliTaka się rana nie goi, a boli....................

A chłopy trwały setnie, nic tej duszyNie popuszczając głosu ni lamentu.Chłop, jak się zawziął, to pędzej ukruszySkałki, niż jego. Ma twardość djamentu.A jak podźwignie raz brzemię i ruszy,Do śmiertelnego już idzie momentu...I chyba tylko w tej drodze go strzymaKrzywda, a inszej zapory mu niema.

Jeden Przytuła... Sczerniał, zsechł na wióra,Wilkiem poglądał, mrokiem krył się w boru.Tak ogorzały mu te bujne pióra,Tak bolącego był w sobie honoru.

Drugi raz w ziemię zasadził kosztura,Sparł się, zadumał i trwał do wieczoru.Tylko się wstrząsnął czasem, rzucił głową,Jakby w grób spojrzał, i nic, żeby słowo...

Raz, mglisty ranek był i głuchem echemBiły topory w bór, a ów tak do mnie:— «Słuchaj Waść!... Gdybym kiedy z ciężkim grzechem,Z śmiertelnym, zeszedł z świata bezprzytomnie,Gdybym, wiesz, umarł...» — Tu dobył z pośpiechemMieszka: — «To garść tu miedziaków... Nie pomnę,Dość, ale na mszę starczy... To was proszę,Panie Balcerze, za duszę... te grosze..» —

Tak rzekę: «Co ty?» — Aż on się zaniesieOgromnym płaczem: — «Laboga! Laboga!Jaka tu żałość okrutna w tym lesie!Jaki ból! Jaka tu tęskność jest sroga!...A któż mą duszę, jak ptaka, poniesieDo dom, do gniazda?... A gdzież mi tu drogaDo mego rodu?...» — Tu zdusi ryk, wzdycha...— «Tak pamiętajcie... Za duszę msza cicha!» —

Poszedł. A w puszczę padły wielkie ciszeTych dni. Bór w sobie stanął zadumany,Ledwo że liść się który zakołysze,Ledwo zaszepcą na bagnach burzany.Zwierz w legowisko padł i ciężko dysze,Zacichły w trzcniach dzwoniące organy,A słońce niebiem w srogich ogniach chodziI patrzy tylko z góry, gdzie ugodzi....................

Lecz Łuć Ostańczuk, jak zaszył się w błocie,Tak ledwo słuch dał, by dzięcioł, gdy puka.

Czasem się tylko iskierka tam złotaMigła, gdy fajkę nałożył z kapciuka;Tak w bagnach siedział, pogoda czy słota.Aż widzę — grobla! Patrzajcież Pińczuka!U grobli bajdak i chata w nim kurna.W gotową nie chciał iść. Powiadał: — «Durna!» —

Tak więc te bobry, gdzie Biebrza jest rzeka,Koszary swoje stawiają na wodzie;Tak wydra, choć się uswoi u człekaI płotkę z ręki bierze, gdy jest w głodzie,Pomiędzy śluzy u tamy ucieka,Aby tam żyła po swojej przyrodzie,Jako ten Pińczuk, co w błotach rad pluska,Dziw, że się po nim nie rzuci ta łuska!

A jak to człowiek ze sobą rad niesieWszędy coś swego i świat swój udaje,Tak on tu sobie wydumał Polesie...Już sto żył wodnych ług mokry mu kraje,Już czapla, juże gdzieś rybitwa drze się...Już smolne dymy kopcą ci o staje,Że tylko słuchasz, rychło się z oddaliSurma obezwie a pieśnią rozżali.

Pińczuk szuwary wysiekł, dobył szybęWodną, nad którą szła bąków muzyka.Tak ciszkiem sobie zrządziwszy sadybę,Okrakiem siedział na belce, drąc łyka,

Płoty a jazy zrządziwszy na rybę...— «Tak cóż ty — mówię — Łuć? Na pustelnika?»A ów: — «Ta czegóż?...» — Tu świsnął: z pod belkiŻółw wylazł, stanął i podniósł łeb wielki.

Tak Pińczuk: «Każy, Hryć, jak w sądzie stałyMy, Łahiszyńce?» — A zwierz skurczył szyję,W skorupę wtulił łba i tak się całyUczynił martwy, że bij go — nie żyje!— «A tutże każy, jak z sądu wracały?» —Tu żółw z pod tarczy onej, co go kryje,Nagle wypuścił łapy i uciekał...Łuć śmiał się, łyka ciągnął i zewlekał....................

Tymczasem u nas płacz babi się szerzy,I słychać coraz głośniejsze lamenty;Bo niechże która mietliskiem uderzyW próg, już się w budzie trzęsą fundamenty.Toż dach, co wodą spływał, póki świeży,Teraz się spaczył i skręcił — wyschnięty,A ów liść po nim skąsiło tak mrowie,Że deszcz skroś pluskał tam, jak przez sitowie.

Dzieci zaczęły chorzeć. Już tam tegoGarść ledwo zbyła, prawie na rozsadę,Niedoumarłych od moru onego,Co ich wykosił caluśką lewadę.Do chłopów baby i każda na swego:— «A coś za ociec taki? A daj radę!A broń! A ratuj! Nie czyjeć, a twoje!» —Tu je obleją łzy, jak rzęsne zdroje....................

Nie śmiał wymówić nikt, lecz znaczno było,Że lud ten gnębi niezbyta tęsknota,Że tu się serca poznały z tą siłąCo droższym czyni swój zagon od złota.A choć się naród nieczułą zdał bryłą,Baczyłem wicher, co po nim się miota,I czerwia tego czułem, który głuchoOd wnętrza toczył lud, by wierzbę suchą.

Więc coraz częściej siadała gromadaU kowalskiego mojego ogniska.Ale nie była to już owa radaW sto różnych głosów, co huczy i pryska.Milczą. Kos ledwo półgębkiem zagada,Roch zgrzyta, szarpie Żurawa wąsiska.Zwieszają głowy i czoła się chmurzą,A w piersiach duszno czegoś, jak przed burzą.

Aż raz, gdy siedzim tak, Dudek się schyli,Obejmie swoją niewiastę za szyję:— «Maryś! A choćby my do dom wrócili?Do Wólki?» — Ona tych rzęsów odwije,Pojrzy, to liczko zbiedzone przymili:— «A czy Pan Jezus przez cię?... Próg obmyjęŁzami... Kwiatuszków nasadzę... WybielęKomin het... Krzyżem co święto w kościele...»

Tu głos serdeczne złamało jej łkanie,Trzęsą się usta urwanemi słowy.A po nas poszło, jak wiatru powianie,I jak za wiatrem schyliły się głowy.Wstał Dudek: — «Niech ta! Niech się co chce stanie!...» —I nie przydając nic do onej mowy,Szeroko ręką machnął przez ćmę czarną.— Tak nam to pierwsze do serc padło ziarno.

A dziwną sprawą stało się to Bożą,Iż padło z piersi najcichszej — prostaka,Z ust najcierpliwszych, co gdy się otworzą,To chyba piskiem duszonego ptaka.Tak najranniejszą Bóg obświetla zorząTe ubożuchne, nie tego łepaka...Pokorne dusze i dusze pasterzyWiedzą, gdzie przyszłość w żłobeczku swym leży.