Petko Sławejków

Maria Konopnicka (1842–1910)

A z rodu to ja pastuch byłNa siwej, na płaninie,Tam, gdzie w sto jasnych, drżących żyłSiklawa w niże płynie.

A widać stamtąd ziemię precz,Jak Pan Bóg ją położyłI jak jej srebrny morza mieczNa przestwór pierś otworzył.

A z rodu to mi dał już BógPilnować owce bure,A oko mieć u gwiezdnych dróg,A serce trzymać w górę.

I patrzył ja się w cichą noc,Jak gwiazdy chodzą niebem,A zemdlał w dumkach — to znów mocTym czarnym krzepił chlebem.

I patrzył ja się w całą ziemDo wnętrza aż i do dna...A teraz, ato, wszystko wiem,Czem cierpi, czego głodna...

Aż zerwał mi się w duszy ptakDo pieśni i do lotuW nieobsiężony okiem szlak,W przepastny szlak zawrotu.

Lecz jam go trzymał, co miał sił,Za wielkie, drżące skrzydła,Co tak mi niemi w piersi bił,Jak orzeł bije w sidła.

— A zmierz-że pierwej, ptaku, głosZ tą burzą piorunową,To zaś wypuszczę cię na losI pieśni dam ci słowo!

I zmierzył z burzą głos swój rad,Gdy biła w gromy sine,Biorąca z moich trwożnych stadOgnistą dziesięcinę.

Puściła burza trzask i gromPrzez turnie, przez uwroty,A on zatrzasnął krzywdy dom,Jak piorun krwawo-złoty.

Zmroczyła burza nieba szmatTuczami, hen, czarnemi,A on zamroczył cały światOgromnym smutkiem ziemi.

I rwał się teraz w bój i w lot,Na życia nawałnicę...

Lecz jam go trzymał, aż mi potŚmiertelny zrosił lice.

— A zmierz-że pierwej skrzydeł szumZ tą wielką nocy ciszą,Kiedy się gwiazdy bożych dumNad światem zakołyszą!

I stulił końce drżących piórI w pierś mi puścił dreszcze...Szeroka cisza szła od gór,Lecz on był cichszy jeszcze.

Zakołysała cisza staw,Szuwary hen i wrzosy...Lecz on z niej dobył szepty trawI srebrny pacierz rosy.

Zakołysała cisza bórW sen martwy i w sen głuchy,Lecz on z niej dobył westchnień wtór,Przy którym łkają duchy.

Zakołysała wszelki dźwiękI z blizka i z daleka...Lecz on z niej dobył wieczny jęk,Jęk ziemi i człowieka.

A wtedym puścił kraje piór:— Leć, ptaku mój, w spokoju!I pieśń wzleciała z naszych gór,Pieśń bólu i pieśń boju.