Pod Dogali (Konopnicka, 1915)

Maria Konopnicka (1842–1910)

Byłem tam z nimi — niech mnie nikt nie pyta,Czy duchem we śnie, czy na jawie ciałem —Byłem tam z nimi i sam ich widziałem.A kiedy myślę o tem, płacz mnie chwytaI staję przed tym długim, trupim wałem,A dusza we mnie, jak harfa rozbita.

Ogień mam dotąd w piersi i w źrenicyOd wrzących piasków tych, na których padliProstą i wązką linją — ci wybladli,Których grobowa nazwa — męczennicy.Ogień mam dotąd w piersi... Tak się kładliU Termopilów Sparty wojownicy.

Za szańcem trupów garstka żywych stała,Dwunastu ludzi było — garstka marna!A już ich kryła dymów chmura biała,A ziemia była dysząca i parnaI bicia serc tych ostatnich słuchała,Wielka umarłych matka, wdowa czarna.

Do strzału wszyscy stanęli złożeni,A Christophoris sam stoi u czoła.

On wie, że wodzem jest trupów i cieni,Że tu nikt śmierci wydrzeć się nie zdoła;Zachwycił wzrokiem słonecznych promieni:— Cześć tym, co legli! Prezentuj broń! — woła.

I pod strzał piersią zwróciwszy się hardą,Śmierć salutuje przed garścią żołnierzy.Stanęli frontem, ujęli broń twardo,I — »Cześć umarłym!« po ustach im bieży.Więc wróg, zdumiony tą życia pogardą,Pod cynglem trzyma ich i długo mierzy.

Błysnęło. Świat się hukiem zatrząsł. Dym sinyBuchnął i wzleciał kłębami białemi...A kiedy opadł, już z mężnej drużynyNie został żaden pomiędzy żywemi;Wszyscy odeszli do cichej krainy,Gdzie wojen niema, ni ran, ni nędz ziemi.

I u Dogali stoków tak, jak staliPod tą komendą śmierci, tak polegliW tej afrykańskiej, czerwonej batalji,Z drzewca chorągiew zdarłszy, której strzegli,Broń prezentując, z imieniem ItaljiNa ustach, w której ognisk swych odbiegli.

O słońce! Jeśliś ty widziało z góryTen wielki, cichy skon, te skwarne piaskiI nie zczerniało kirem żadnej chmury,Lecz na te trupy rzuciło swe blaski,Jeśli to prawda, to wskroś tej naturyNic niema oprócz zimnej, pustej maski!