Pieśń druga

Maria Konopnicka (1842–1910)

Poezye. Serya trzecia — Dziecię wieszczek, nowella w trzech pieśniach z Pawła Heysego

Pierwsze „rendez-vous!” Wiosenne podmuchyW zakrzepłe piersi wieją z tego słowa!Któż jest tak stary, tak zimny, tak głuchy,Co na dnie duszy w świeżości nie chowaMłodzieńczych wspomnień? Tak szkła odłam kruchy,Na wieki znaczy rysa dyamentowa.Ileż lat! przecież dotąd mi się marzy,Jak kapelusik ów był jej do twarzy!

Sama go matka włożyła na włosy...„W ogrodzie chłodno” — Chłodno? pani droga!Wszak dziewczę płonie, jak świtem niebiosy.W szesnastym roku — i zima nie sroga!Drobnemi kroki wilgotną od rosyŁąkę przebiega... to potknie się noga,To się przychyli, gdzie rośnie wyniosłyBuk, jakby fiołki dziś jeszcze tam rosły!

Jakto! znajomych kroków tak się lęka,Jakby o niczem zgoła nie wiedziała?O obłudnico! czyliż moja rękaCzarno na białem ci nie napisała,Że „serce moja ból śmiertelny nęka...Że gdybyś tylko wieczorem zechciała...Dzisiaj… nad stawem… łaskawem obliczem...”I ty przychodzisz — i nie wiesz o niczem?

Pod wpływem chwili, choć bardzo dziecinny,(Od Kalilbada młodszy rokiem przecie)Byłem poważny tak, jak każdy inny,Co kiedykolwiek rozprawiał na świecieO wiecznym związku serc! Ona — niewinnyWzrok opuściła, wstążki w palcach gniecie.A gdy jej rączkę uściśnieniem pieszczę,Jak błyskawica przebiegły ją dreszcze.

Wreszcie na ławie siedliśmy oboje.„Seryo to bierzesz?” — pytałem z pośpiechem.Pobladła, wzniosła jasne oczy swoje,I „bardzo seryo!” — odrzekła z uśmiechem.Więc dalej gadać!… dzieciaków, ot dwoje,Słów my się naszych nie strzegli przed echem;I chociaż mogłem (tak byliśmy sami),Ust jej mojemi nie tknąłem ustami.

Poprostu, na myśl nie przyszło! inaczej,Byłbym się ważył, tybyś nie broniła...Nie byłem wcale nieśmiały, a raczejWyznam, że tęskność dawno mnie trawiła!Lecz teraz, jak to dziecko, co obaczyPrzysmak, który mu matka przyrządziła,Nie je, szczęśliwe, że go swoim zowie;Tak mnie pragnienia nie postały w głowie!

Nigdym nie posiadł, o czem ja tam marzył...I nigdy ust tych, co się oddawały,Nie tknąłem! Jakiś chłód uczucia zwarzył.A gdym ją żegnał na zawsze, zdrętwiały,Tom do ust niosąc dłoń jej zauważył —Przez rękawiczkę — że palce jej drżały,Koniec był zwykły, szpetny, obojętny...Ale początek — wieczyście pamiętny!

Gdzie ty się błąkasz pieśni? z AstrachanaDo... cicho! przecież nie pamiętnik piszę!Powróćmy lepiej do Kalilbad-hana.Jak wolne chwili zapadają w ciszę,Zanim w gwiazd blasku nadejdzie czekana!Kto nie wie, jak się wahadło kołyszeW oczekiwaniu, jak minuty ciekąŚmiertelnie długo... ma pod nosem mleko.

Kalilbad był sam — i pełen tęsknotySzukał spokoju, biegając po gmachu…Przyjdzie?… nie przyjdzie?… Puhar szczerozłotyNadziei na dnie — mieści w gorycz strachu.Zbierał wachlarze przedziwnej roboty,Szkatułki drogie o cudnym zapachu,Mnożąc weselne dary, jakie w świecieTysiąca nocy zaledwie znajdziecie.

Nawet korona z pereł i rubinów,Którą królowa nieboszczka nosiłaPodczas wspaniałych, dorocznych festynów,Na młodszem czole będzie dziś świeciła.Hussejn, zdziwiony niezwykłością czynów,Pyta: „Czy jego wielkość zaprosiłaGości na dzisiaj?…” Lecz książe rozkazałKrótko: „Idź spać już!” — i drzwi mu pokazał.

Istniał gdzieś w starem, jedwabnem obiciuOtwór, nie duży — lecz przecie dość wielki,By przezeń można wypatrzeć w ukryciuTajniki państwa — i różne figielkiKsiążąt — przy jakiem tête-à-tête… W użyciuBył on oddawna na przypadek wszelki;Tam podglądała służba ich wielkości,Z wyższych poleceń — albo z ciekawości.

I Hussejn takoż udał się na czaty,Wstrzymując oddech. Nic nie widział długo;I tylko książe, jak jeniec skrzydlaty,Wzdychał, księżyca oświecony smugą.Z pobladłą twarzą, w pośrodku komnaty,Wstrząsany dreszczem stał przed wiernym sługą,Przygryzłszy wargi, nasłuchiwał bacznieIlekroć wietrzyk w drzewach szumieć zacznie.

Księcia zdobiła szata purpurowa,Gronostajami wkoło bramowana;Rękojeść szabli jego szmaragdowaZawstydzić mogła skarb wielkiego hana;Lustro pochlebne szeptało mu słowa…Że piękna była postać młodociana,Dawno już wiedział; wszak pochwał czczym dymemBył okadzany — i prozą — i rymem.

Lecz jakże z wieszczką równać się w urodzieI najpiękniejszy ze śmiertelnych zdoła?…To też od rana niepokój go bodzie,Czy narzeczona nie uzna go zgołaBrzydkim?… Kto wie też, czy przy swej przyrodzieCzłowieka zechce pokochać?… I z czołaOdgarnął ręką, od gorączki drżącą,Bujnych swych włosów gęstwę czarną, lśniącą.

Przyjdzie?… Nie przyjdzie?… a nuż przedsięwzięciaKrólowa wieszczek nie uzna?… A możeMatka zabroni wybrać córce księcia?…Pewno w pałacu jej, o każdej porze,Skrzydlate smoki pilnują dziewczęcia,I czary wkoło otaczają łoże…O biedny książe!… Wtem — przestał oddychać…Na schodach — zda się, chrzęst jedwabiów słychać!

Stanął — i patrzy — i drżą mu kolana…Puka!… tak tylko wieszczki pukać zwykły!Rzucił się do drzwi… ZawoalowanaDziewczyna w progu stoi, jak cień nikły,Bez ruchu. Więc to, co dusza młodzianaW snach przeczuwała, cud dziwny, niezwykły,Spełnił się wreszcie, nadzieje — dojrzały!On może ręką dotknąć — ideały.

Bez tchu stał przed nią, jak ci, co się bojąSpłoszyć widziadło… dziewczę milczy skromnie.„Giulnaro! — wyrzekł wreszcie — daj mi twojąRączkę!… Prawdaż to?… ty przyszłaś tu, do mnie?Kraj swój zamieniasz na ojczyznę moją?…Zda się, że marzę o czemś nieprzytomnie…O pójdź tu bliżej! niech dotknę się ciebie.Powiedz: jam twoja, na ziemi i w niebie!…”

Ona jednakże bez ruchu, milcząca,Stoi na progu… książe dłoń ujmujeZ słodką przemocą, ciesząc się bez końca,Że mu na skrzydłach gdzie nie ulatuje…A gdy stanęła w jasności miesiąca,Z dziewiczych rysów zasłonę zdejmuje.Wstrzymując ledwo okrzyk uwielbienia…Tak cud ten żywy przechodził marzenia!

Z różnych widzianych dotąd wizerunkówZnał tylko wieszczki o długich blond włosach,Z płcią różowawą — jak od pocałunków;I uśmiechnięte — jak gwiazdki w niebiosach.A tutaj widzi ślad ciężkich frasunkówI więcej płaczu odgaduje w losach,Niźli uśmiechów… Ta cera smagława,Wśród łez zgubiła kędyś do róż prawa.

Twarzyczka ściągła i szczupła i śniada,Purpurą wzruszeń ledwo zapłoniona;Wązkie jej czoło opływa kaskadaCzarnych i bujnych włosów, jak korona;Brew w łuk zagięta, ku skroni opada,Jak pióro krucze. Jeśli dowiedzionaRzecz, że blondynką była jej nadobnaMatka, to ona — do ojca podobna.

I kto wie nawet, czy wieszczki KarkasyKsiąże Foh włosy nie zjednał czarnemi?Sprzeczność przyciąga i po wszystkie czasy,Blondynki pragną brunetów na ziemi.Wszak jednostajność niszczy piękność rasy.Lecz jeśli można względami ludzkiemiTłómaczyć winy wieszczek — bez uśmiechu.Przyznaję: — dziecię warte było grzechu.

Historya stroju jej nie opisuje;A że nie myślę iść Cazotta ślademI zmyślać bajek, więc mocno żałujęIż brak mi źródeł; przecież — za przykłademMojej kroniki — seryo utrzymuję,Że piękność z lada kwiatka ma dyadem.Zwięzły historyk po prostu jest zdania,Iż „była cudną do pocałowania”.

„Giulnaro! — błagał — czyś ty nieszczęśliwa,Że tutaj jesteś?… Czy nigdy spojrzeniaTwego nie ujrzę?” Naówczas, trwożliwa,Podniosła rzęsy długie, pełne cienia…A z modrych oczy taka jasność żywaBłękitną smugą drżącego promieniaBiła w młodzieńca pierś, iż mu się zdało,Jakoby serce jego zmartwychwstało.

Znacie szafiry?… o nie! — te nie żyją…Leśne fijołki?… nie! — te są zbyt płowe…Wrześniowe niebo, gdy błękity pijąRóżaność wschodu — i rosy perłowe?Zimne… zbyt zimne!… Jakże więc i z czyjąPomocą znajdę porównania nowe?Chyba z poety tego wezmę słowo,Co w Capri zwiedził grotę lazurową.

Ten, kto na płaskiem czółnie pochylonyPrzepływał popod zębate granity,Wie, jaki zachwyt, z trwogą połączony,Budzą tam blade, kryształowe świty…Wtem pluśnie rybka, grzbiet swój prześwietlonyOdbłyskiem słońca niosąc w wód błękity…Wtedy lazury drżą blaski takiemi,Że nic równego — na niebie — i na ziemi,

Chyba — Giulnary oczy, które płonąWstydliwie rzęsy przyćmione długiemiI jeśli śniade lica, pod koronąCzarnych warkoczy, zdradzają krew ziemi,Przecież, że z wieszczki została zrodzoną —Kto raz się spotkał z oczyma takiemi.Pewno nie wątpił — i nie szukał fary,By w księdze metryk znaleść dowód wiary.

„Droga! — rzekł książe — jak dzięki mam składać,Że nieznanemu powierzasz się śmiało?…Przebacz mi!… pięknych słów nie umiem gadać…Wzruszenie szczęścia głos mi odebrało…Wszystko czem jestem, co mogę posiadać,Bez ograniczeń — i duszę — i ciałoU nóg twych składam! — i chciałbym się łudzić,Że tęskność ze snu nie będzie cię budzić!…

„Ty jednak milczysz… masz wzrok zadumany…O pójdź tu!… spocznij!… ty jesteś znużona!…Czy zechcesz spojrzeć na skromne te ściany?Nie jest-to wieszczek siedziba złocona…Dom mój jest mały — ale gaj różanyKwitnie wokoło — i palma zielona…Przywykniesz, jeśli nie będzie ci wstrętnyPan domu… jakże?…” Spuściła wzrok smętny.

„Nie! nie chcę, nie chcę by usta mówiły,Czego twe serce czuć jeszcze nie może…Kiedy mnie poznasz — i będę ci miły —Przyznasz, że ludzie — też stworzenia boże!Prawdaż to, że nas losy rozłączyłyNa cały miesiąc, nim błyśniesz na dworze,Jako królowa?… O! jak zimno sądząMiłość te, które losem naszym rządzą!

„Znasz je?…” Skinęła zamiast odpowiedziećWestchnienie łonem wzruszyło dziewiczem.Zamilkł i książe; on radby coś wiedziećWięcej o życiu wieszczek tajemniczem,Ale Giulnara zdawała się siedziećBez czucia, jakby przed strasznem obliczemMeduzy jakiej… tylko dłoń, co drżałaW ręku książęcia, życie w niej zdradzała.

Rozmowa w dwoje, której koszt opłacaKtoś jeden z pary gruchającej tkliwie,Rychło zasypia; nie mała to pracaMówić, gdy luba milczy uporczywie;Wniwecz się cały dowcip twój obracaI — że całujesz — wcale się nie dziwię!Ale Kalilbad, choc nieraz czytywałO pocałunkach, sam w ogniu nie bywał.

Podał jej czarę wina — wzrusza głową.Sorbet, owoce przepyszne z koszykiem —Nie chce; ust żadne nie otwiera słowo…Jakże ma mówić, czy wieszczek językiem?Książe przestraszył się… wszak taką mowąW całym się dworze nie dogada z nikim…„Lecz do wesela zrozumiem ją pewnie!”Tymczasem, dary przedstawia królewnie.

„Pójdź, o najdroższa! — rzekł w tkliwem wzruszeniu —Obacz, czy skarb mój zając cię nie zdoła…Oto dyadem, co w włosów twych cieniuMa błyszczeć, na kształt miesięcznego koła…Oto korona — kamień przy kamieniu —Co była godną matki mojej czołaDotykać — teraz, błogą ma nadzieję,Że w niej młodzieńcza księżna zajaśnieje.

„A oto pierścień, co jak słońce płonie;Syn go najstarszy brał z ojca i dziada,By z nim ozdobić tę, która na tronie,Jak monarchini, przy boku mu siada…A jak ten klejnot, tu, w całej koronieRównego nie ma, tak dla KalilbadaTyś jest jedyna!… o daj mi swą rączkę —I weź na wieczne śluby tę obrączkę!”

Tu się pochylił — i gibkim ramieniemObjął ją — w usta całując… Pobladła —I ze śmiertelnem jakiemś przerażeniemNagle mu do nóg na dywan upadła,Kolana jego rączek swych pierścieniemObjąwszy, z twarzą jakby u widziadłaBiałą… Usta jej: „łaski!” — wyszeptały,A on stał przed nią, drżąc z wzruszenia cały.

Wreszcie się schylił, by jej uścisk błogiZłożyć na czole; zerwała się z ziemi...„Ach puść mnie, panie! puść!… na wszystkie bogi!...Z zamku mnie wypędź rękami własnemi...Niech się nade mną dopełni los srogi!...A gdy już ujdę krokami cichemiW cień i w noc — przebacz! zapomnij, o panie,Żeś mnie tu widział!...” Głos stłumiło łkanie.

Lecz ten szalony wybuch był dla księciaJak objawieniem uroków dziewicy.„O nie! — zawołał — z mojego objęcieNikt cię nie wyrwie, blasku mej źrenicy!Nie wzbraniaj sercu miłości przyjęcia!...Wyznaj, dla jakiej smutnej tajemnicyChcesz mi ulecieć?...” — Łzy jej w oczach stoją:„Panie! nie godnam być i sługą twoją!”

On patrzy, jakby z oczu chciał dochodzić,Co za szał nagły unosi jej ducha?...Prędzejby wierzył, iż kłamstwa dowodzićMogą mu zmysły, niż — że prawdy słucha.„O panie! dłużej nie mogę cię zwodzić! —Ze łkaniem znowu dziewczyna wybucha —I choćby w sztuki poszarpać mnie miano,Wyznam ci zdradę podle uknowaną.

„Gdyż wiedz, o książe! iż nie jestem zgołaDziecięciem wieszczek, lecz nędzną istotą,Podrzutkiem, który nie śmie podnieść czoła...A jeśli umrzeć mam — umrę z ochotą!Bom bez ojczyzny, jak wiatr, co dokołaLata... i ręce bezlitosne otoW mocy mnie swojej mają... lud tułaczyPodjął mnie kędyś, na żywot żebraczy!

„Step był mem łożem — lub kamień wśród drogi,Mlekiem mnie klaczy cyganki karmiły.Ciernie mi bose kaleczyły nogi,A skórę żary słońca przepaliły.Ilekroć w wioski przybyliśmy progiMusiałam tańczyć, choć mi brakło siłyI wróżyć w chatach, i żebrać przy drodze.Wróciłam próżno — to bito mnie srodze.

„Lecz chociaż nigdym dawniej nie słyszałaO cnocie, zbrodni, o prawdzie, o Bogu,Przecież mnie hańba zawsze przerażała;I — czysta żyłam tam — na tym barłogu!Aż raz, gdym meczet otwarty ujrzałaI prawa niebios posłyszałam w progu,Codziennie modły prorokowi składamI z doli mojej Bogu się spowiadam!

„Tak żyłam dotąd; a kiedy nareszcie,Do twego państwa losy nas przywiodły,O niczem innem nie mówiono w mieście,Jak o książęciu, którego nie zwiodłyAż dotąd wdzięki i sztuki niewieście.Matkę przywódcy pobudził zysk podłyKorzyści — i mnie mając w swojej mocy,Podstępne dzieło rozpoczęła w nocy.

„Dwie stare wiedźmy, co nieraz w pochodzieDurzyły ludzi gołębiem i wężem,Ciebie, o książe! w zamkowym ogrodziePodeszły, własnych złudzeń twych orężem,Prawiąc o wieszczki przecudnej urodzie...A gdyś im przyrzekł zostać dla niej mężem,Rade, że sztuka taki obrót wzięła,Mnie przystroiły, by dokończyć dzieła.

„Tak, one złe są! ich całe zadanieObmyślać zdrady, zyski mieć z sromoty...Lecz sprawiedliwie dziwisz się, o panie,Czemu ja, do tej należę roboty?Ach! jak niechętnie! Lecz próżne błaganie,I nadaremnym był opór sieroty.W bandzie mi śmiercią okrutną grożono,Jeśli ich wola nie będzie spełnioną.

„A teraz — teraz ostatnie wyznanie,Chociażbym tutaj ze wstydu skonała!Jam do pałacu twego idąc, panie,Ze szczęścia raczej, nie ze strachu drżała...Myślałam sobie: niech się co chce stanie,Bylem go jeszcze raz w życiu ujrzała!Bom ja cię, książe, widziała już w tłumie,Kiedyś przejeżdżał pogrążon w zadumie.

„Za nic mam perły, za nic mam klejnoty,Chociaż łudzono mnie ich obietnicą.Wiedziałam także, iż nędznej sierotyNie zrobisz, panie, swą oblubienicą.Przyszłam — bo dusza mdlała mi z tęsknoty,Bo się dławiła podłą tajemnicąGrożącą tobie! Widziałam na świecieKłamstw tyle... Panie, snem jest „wieszczek dziecię”.

„Ileż to razy wróżek kunszt nikczemnyPodpatrywałam w tem życiu tułaczem,Gdy nim cyganki łudziły tłum ciemny!Dziś wiem, że duchy są kłamstwem prostaczem.Ludzkiej nam doli żaden znak tajemnyNie jawi… w gwiazdach nic my nie obaczym.Tylko pragnienie cudów łatwowierneDaje nam pędzić to życie mizerne!

„Wyznałam wszystko! jedyne żądanie,Niech umrę w twoich zaślubin godzinie!Ach! jedno twoich ust pocałowanieOdkryło całą odydę w mej winie!Tyś się uniżył do kuglarki, panie,Która wśród tłumów tańczyła na linie...Ostatnią łaskę twą przyjmę z podzięką,Jeśli mnie zabić zechcesz własną ręką”.

W prochu, u jego stóp, leżała bladaTwarz jej, a ciemna główka jej bez ruchuZdała się czekać na cios Kalilbada.Lecz książe w niemej boleści wybuchuStoi i sercem swojem ledwo włada,Tak udręczony i wstrząśnięty w duchu,Jak gdyby piorun rozwiał złote mary.On życie dałby za powrót swej wiary.

„Powstań Giulnaro!” — rzekł wreszcie — „choć możeInnem cię trzeba nazywać imieniem,Gdy wszystko, czemu wierzyłem, w tej porzeNiknie, jak śniegi pod słońca promieniem.Ja mam cię zabić? ja, ciebie? o Boże!Tyś ocaliła mnie swem poświęceniemPrzed siecią intryg grożących mej sławie,I obudziła mnie, com spał na jawie.

„Nie! ty żyć będziesz! a szczęścia kwiat biały,Z tej chwili smutku zakwitnie nanowo.Gdy cię wywyższę, kto będzie dość śmiały,By o przeszłości wspomnieć choćby słowo?Nie sądź, że jakieś przelotne zapałyMyśl tę kaprysem przewiały nad głową;Nie! gdym całował usta twe, poznałem,Żeś ty mi źródłem szczęścia w życiu całem!”

Do piersi swoich tuli ją i czekaRozpłomieniony, aż ozwie się blada.Czytelnik widząc, że się to przewleka,Oczekiwanie dzieli Kalilbada.Ona się płoni... „tak” z cicha wyrzeka.Uścisk, łez trochę i zasłona spada.A jak to wszystkim wiadomo, publika,Przed końcem aktu, z teatru umyka.

Co do mnie, nicbym znowu tak daleceNie miał przeciwko połączeniu paryBez żadnych przeszkód; bo wszystkie te heceZ zakochanemi — to wymysł już staryI tylko jakieś intrygi kobiece...Jeśli nie biorąc nazbyt ścisłej miaryNa ród tej, z którą wesele obchodzi,Książe jest kontent, a cóż mnie to szkodzi?

Ale gdzie idzie o prawdę, któż paktaZ kłamstwem zawiera dla marnej uciechy,Wszak w Astrachanie dziecko zna te fakta!Nuż przetłumaczą mnie? (za ciężkie grzechy)Miałbym się zpyszna! nie, alea jacta.Kronik się przecie nie pisze na śmiechy.Kto mniema, że to trudy są stracone,Może nie słuchać dłużej, jest... „padrone”.

Ja się historyi tutaj trzymam święcie!A ona świadczy (są cuda na ziemi),Że się Giulnara broniła zawzięcieLosowi, co jej czoło „dyademi”(Wyraz ten w jakimś znalazłem fragmencie);I choć się brzydzę dobrami cudzemi,Brak uczy żebrać, brak rymu — rabować...W oktawach trudno uczciwość zachować.

„Panie” — błagała — „co czynisz, o panie?Jak to, królewską matki twej koronęPodrzutek miałby nosić w Astrachanie?Przeciw mnie, której życie jest wzgardzone,Nienawiść ludu i wielkich powstanie?Czyż nie powiedzą tłumy oburzone,Żem cię uwiodła czarami tajemnie?Ach! nawet dobrzy będą szydzić ze mnie.

„Niechaj cię litość nie unosi rzewna.O szczęściu mojem nie myśl, panie drogi!Dla ciebie kędyś urosła królewna,Co skarby wieszczek przyniesie w twe progi.Ja niechaj zniknę, jako mgła rozwiewna,A gdy za bramę twą przejdą me nogi,Gdy znów zapadnę w noc życia nędznego,Pomyśl: to sen był — zbudziłem się z niego.

„Cyganom powiem, że twarz moja śniadaŁaski przed twojem nie miała obliczem.Ja, zanim zorza błysnęłaby blada,Miałam przed tobą nie mówić o niczem.Przed świtem odejść nie mogę. Gromada,Nim szpiegi zwietrzą, przejściem tajemniczemPowróci w lasy; lecz przyrzecz mi, panie,Że w kraju twoim nic im się nie stanie!”

Zamilkła; piękne swe błękitne oczyWzniosła na księcia z błagalnym wyrazem.Młodzieniec ciężką walkę z sercem toczy,Wie, że mu szczęście przepadnie z nią razem.Gdy tak, zbliżeni w księżyca przeźroczy,Są, jakby cudnym tęsknoty obrazem,Poza obiciem sąsiednich podwoiZakaszlał Hussejn, na znak, że tam stoi.

Frant! uznał, że czas już ratować człowieka,Który miłością stał tam udręczony.On pojąć nie mógł, na co książe czekaI życie sobie zatruwa, szalony!...Więc z miną sługi, któremu dopiekaDługie czuwanie, jak z drzemki zbudzony,Przetarł powieki i ziewnął z hałasem,Biedak, chciał pomódz, przeszkodził tymczasem.

Gdy pierwszy szelest doleciał dziewczyny,Pierzchła jak łania, którą szczują charty.Pokój pozostał (dla prostej przyczyny,Że książe wstydził się zamknąć) otwarty.Widział ją Hussejn, który od godzinyPoza obiciem odprawiał już warty;„Co chcesz?” — „Czy jest kto u waszej książęcejMości?” — „Sam jestem — i któż miał być więcej?”

„Hm!” — mruknął murzyn — „dziwaczne rozruchyZe snu mnie dzisiaj ciągle przebudzały.Słyszałem, jakby wołające duchy.Lecz, chwała Bogu, książe zdrów i cały!”Kalilbad, ledwo wstrzymując wybuchyGniewu: — Precz — krzyknął — służalcze zuchwały!Na oczy odtąd stanąć mi nie wolno!”— „O panie! przebacz winę mimowolną!

Przyśniłem widać gwar bitwy i błyski,Bom czytał długo z wieczora Szach-Namę.Lecz ja tu czuję zapach odaliski!Książe pan miałeś tu wizytę? damę?O! ja wiem, kto tak duchów zawsze blizki,Anioły tylko ten przyjmuje same!Któż to był, panie? Stawiam w zakład brodę,Że jakieś piękne stworzonko i młode.

Ale gdzież ona jest, na moją duszę?Mamże ją gonić?” — „Stój! nie waż się krokiem!” —Zawołał książe. — „Wyrzec się jej muszę,Nigdy z tym cudnym nie spotkam się wzrokiem!”— „I ja to słyszę pierwszy raz? Nie ruszęPalcem u nogi! i klnę się prorokiem,Że niema za czem wiatru gnać po świecie!Drogi wskazywać nie trzeba kobiecie.

Powróci sama”. — „Co ten stary plecie?Nigdy... przysięgła!” — „I książe jej wierzy?Lecz poco było puszczać ją? toż przecieU drzwi są zamki, klucze, jak należy!”— „Ja miałbym gwałtem zatrzymać to dziecię?Tę, co mej cześci ufnie się powierzy,Przeciw jej woli, tulić w mem objęciu?”— „I!... onaby to przebaczyła księciu!

„Trochę przymusu żadnej nie zaszkodzi;One bo wszystkie lubią ceregiele!Na Boga! krzyczą kiedy kto nadchodzi.A niech się wstrzyma — powiedzą, że cielę.Te zwłaszcza, którym bardzo o to chodzi,By o ich cnotach rozprawiano wiele...Wierzaj mi, książe, żadna nie pokochaChłopca, co nie jest zuchwałym choć trocha”.

Lecz książe krzyknął: „Milcz, ty sprośny gadzie!O! ty jej nie znasz! dziewica ta czystaPrzed swojem własnem szczęściem — moje kładzie;Dusza jej, jak jej oczy, przeźroczysta.Ona zawdzięczać berła nie chce zdradzie,Z ofiary tronu mego nie korzysta”.— „Mądrze! lecz niech mnie jasny piorun z nieba,Jeśli do tego tronu aż potrzeba.

„Dosyć cienistej i wonnej alkowy,Różanych sprzętów, miękkiego obicia,A ptaszek — wolność za żer swój perłowyOdda! wierz, panie, doświadczeniu życia!”Lecz książe, bardziej niż Koran surowy...Przy księciu, ludzkość, zostałaby... tycia...I może chciałbyś, jak król chrześcijański,Z jedyną żoną cieszyć swój gust pański?

„Ależ i oni, wbrew swojej reguleMonogamicznej, nie są zbyt drażliwi.Niejeden, chociaż żonę kocha czule,Kiedyniekiedy kaprys jakiś żywi.To też „ojcami ludu” zwą się króle!Wszak sam Abraham (i to mnie nie dziwi)Przykłady uciech podaje niewinnych,Że Salomona nie wspomnę i innych.

„Jakto! nie mogłeś książe tu, na dworze,Zapewnić nadal opieki dziewczęciu?Biedne stworzenie zostawiasz w tej porzeNa łaskę losu? Nie wstyd że to księciu?Książe się gniewa, lecz pożal się BożeNad taką dolą! Wypadnie ptaszęciuTułać się teraz, do samego ranka,Gdzieś tam po nocy, jakoby cyganka!”

„Hussejnie! — przerwał Kalilbad z zapałem,Żalem i wstydem zażegłeś mi duszę!Śpiesz! biegnij! szukać jej w królestwie całem!To, com zaniedbał, nagrodzić jej muszę.Ach! dachu nawet nie ma nad swem ciałem.Błąka się w nędzy, w głodzie, zawierusze,Wśród burz i słoty znużona upada...Wróć ją! pół państwa weźmiesz Kalilbada!”

„Ależ mój książe! — rzekł negr — w nocy, szareSą wszystkie koty; a ta piękna kotka,Kto wie, w jaką się schowała już szparę?Są pzecież jamy, których bies nie spotka!Czyż ona jedna tylko? Znam ja paręTakich śliczności... każda, jak miód słodka.Gdy książe każe!” — „Milcz, tu podły sługo...Nigdyś mnie nie znał, choć znasz mnie tak długo.

„Sam pójdę, jeśli to jest w losu woli.Ślad jej odszukam. Fez mi podaj! — „OtoJest; pójdę z księciem, książe pan pozwoli?”— „Nie chcę, sam idę! i najczystsze złotoBrudem bezwstydny dowcip twój osmoli!”— „Niech Allah darzy księcia swą szczodrotą,By się ta droga zguba odszukała!”Ale Kalilbad już prysnął, jak strzała.

Czarny szyderca popatrzał za księciem;Szpetnym grymasem drgnęła twarz odęta,I z małych oczu przebiegłem mrugnięciemRzekł sam do siebie: „Dzierlatka przeklęta!Mogę spać teraz! najgorzej z zaczęciem;Lwiątko poczuło krew! ta mała świętaO śniadej buzi, pewno go wyleczyZ „dzieciństwa wieszczek”, no, i z różnych rzeczy...

„Ja miałbym biegać? bezsenność mi szkodzi.Ktoby tam wierzył w tę „państwa połowę?”Choćbym ją znalazł nawet? O cóż chodzi?Książę łaskawie raczy skłonić głowę!„Ta albo żadna!” a że też ci młodziZawsze szaleństwa cierpią romansowe.„Miłość, ból, serce”, at, bajki przedwieczne.Cóż są kobiety, proszę? — złe konieczne”.